poniedziałek, 30 listopada 2020

rozdział 14

    Zostawili ją na noc w tym pokoju. W porządku, mogła przespać się i tutaj. Stół nie był najwygodniejszy, było jej trochę zimno, ale zdołała zdrzemnąć się kilka godzin. Była głodna i spragniona, przydałoby się jej też wyjście do łazienki, ale wytrzymała do rana. Nawet nie próbowała otwierać drzwi i wyglądać na zewnątrz, strażnicy ciągle tam byli. Potem przyszło po nią dwóch żołnierzy w czarnych mundurach. Znów założyli jej worek na głowę, tym razem ręce skuli z tyłu. Poprowadzili ją na zewnątrz i wsadzili do pojazdu, prawdopodobnie tego samego, którym ją tu przywieźli. Nikce naprawdę już bardzo chciało się siku, ale zachowała spokój. Oni nie odzywali się do niej, więc również siedziała cicho.

    - Hej, Inga, ty też tu jesteś? - usłyszała głos Kalii. 

    - Mhm - odmruknęła jej Inga krótko, widocznie świadoma tego, że powinna być cicho. A więc przewożono je razem, może wreszcie będą też trzymane razem i dadzą radę porozmawiać. Nikka postanowiła zaryzykować i też się odezwała:

    - Dziewczyny, ja też tu jestem, ale nie odzywajcie się już… - chciała jeszcze dodać “proszę”, ale jeden ze strażników uciszył ją uderzeniem czymś twardym w brzuch. Nie udało jej się powstrzymać jęku i kaszlu. Przez dłuższą chwilę zgięta wpół ciężko łapała powietrze przez worek. Usłyszała protesty Kalii, ale ktoś krzyknął na nią gromkim, żołnierskim głosem i dziewczyna zamilkła przestraszona. Do końca podróży nikt już się nie odezwał.

    A podróż trwała mniej więcej tyle, co poprzednio, więc może wrócili w to samo miejsce, chociaż Nikka nie miała jak tego stwierdzić, nie odsłoniono jej oczu. Została poprowadzona do budynku. Słyszała wokół siebie tupot wielu par stóp, miała więc nadzieję, że Inga i Kalia idą tuż obok. W końcu ktoś zerwał jej worek z głowy, przez chwilę i tak nie widziała, porażona przez nagłą jasność. Znajdowała się w sporej sali z drewnianą podłogą poprzecinaną kolorowymi liniami i wielkimi oknami na jednej z dłuższych ścian. Okna zasłonięto ciemnoniebieskim materiałem od połowy w dół. Przez górną połowę widziała tylko kilka czubków drzew, słońce, które akurat świeciło jej teraz w oczy, i to dziwnie błękitne niebo. Sala była prawie pusta, nie licząc kilku mebli stojących na środku, a były to trzy proste łóżka, stojące przy nich trzy pomalowane na biało metalowe szafki i duży stół z czterema krzesłami z jaskrawoczerwonego tworzywa. Pod krótszą ścianą po prawej stało wielkie metalowe pudło z drzwiami, jakby osobny pokój, do którego można wejść. Miała nadzieję, że to jakaś łazienka.

    A więc jednak będziemy mieszkać razem - pomyślała Nikka, kiedy strażnik rozkuwał jej ręce. Pchnął ją potem w stronę środka pomieszczenia, mocno, ale udało jej się złapać równowagę i nie upaść. Natychmiast odwróciła się i wreszcie zobaczyła swoje towarzyszki. Inga wyglądała już całkiem dobrze, była też spokojna, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Spojrzenie miała czujne, badała nim salę w taki sam sposób, jak przed chwilą robiła to Nikka.  Kalia też się rozglądała, ale jej uwagę przykuł mężczyzna, który właśnie wszedł do środka, wysoki, masywny i ciemnowłosy. Jego twarz była trochę dziwna, Nikka nigdy nie widziała oczu tego kształtu, wąskich i jakby trochę schowanych w oczodołach. Cóż, w tym świecie niebo jest niebieskie, ludzie bywają ciemnobrązowi, więc i oczy mogą być różne. Kalia poszła w jego stronę.

    - Erik, wreszcie ktoś, z kim można porozmawiać - ucieszyła się. 

    - Stój, stój, proszę, nie idź już! - wspomniany Erik zatrzymał ją gestykulując przy tym gwałtownie. Zdziwiona dziewczyna spojrzała na niego pytającym wzrokiem. Nikka i Inga zaciekawione podeszły bliżej.

    - Nie możecie wychodzić za czerwoną linię - wskazał im jedną z kresek namalowanych na podłodze, która tworzyła ramę wokół całej sali. - Żołnierze… będą tego pilnować - zakończył niezręcznie.

    Rzeczywiście, eskortujący je żołnierze w czarnych mundurach zdążyli się już rozstawić wzdłuż dłuższego boku sali, tego, w którym nie było okien. Ponad nimi znajdował się balkon, na który można było dostać się tylko z zewnątrz. Tam też pojawiło się dwóch strażników. Jeszcze dwóch stało przy jedynych drzwiach. Łącznie Nikka naliczyła ich siedmiu, każdy uzbrojony w karabin i broń krótką, które może w Akurii zostałyby uznane za przestarzałe, ale na pewno były skuteczne. Na razie nie widziała większych szans na ewentualną ucieczkę. 

    Trzeba będzie się przyczaić i przeczekać - pomyślała. 


wtorek, 24 listopada 2020

rozdział 13

    Pan Hill, a konkretnie człowiek znany teraz jako Ethan Hill, przeglądał nagranie z przesłuchania już czwarty raz. Owszem, miał świadomość, że w tej chwili robi to również cały sztab analityków, ale on tam był, widział więcej. Przeglądał też wszystkie protokoły z wcześniejszych przesłuchań, chociaż on nazwałby je raczej rozmowami. Pułkownik Margharetti był zdecydowanie zbyt miękki. Ta dziewczyna, Nika, nie kłamała, co nie znaczyło, że mówiła prawdę: po prostu święcie wierzyła w swoje słowa. Przesłuchiwało się ją jak muzułmańskiego terrorystę. 

    Najpierw brali te dziewczyny za nielegalne imigrantki z Rosji albo innego kraju tamtego regionu, które jakimś sposobem ukradły wojskowy prototyp i przyleciały nim do Stanów. Potem to już nie było takie oczywiste i teoria o ich pozaziemskim pochodzeniu powoli zyskiwała na znaczeniu. Ale z drugiej strony biologicznie są po prostu ludźmi, a ich język ta doktor Peake określiła jako prasłowiański. Rozumiał wszystko, co mówiła Nika, i byłby w stanie z nią normalnie rozmawiać, ale na razie nie się z tym nie ujawniał. W końcu ostatnie piętnaście lat spędził na Ukrainie, w Czechach i trochę w Rosji, a talent do języków miał od dziecka. Dlatego go tu ściągnęli. Na razie jednak nie pozwolili mu działać tak, jak chciał. Był pewien, że w końcu skłoniłby tą dziewuchę do mówienia, ale Margharettiemu na pewno nie spodobałyby się jego metody. Dlatego zaczął spokojnie, używając “serum prawdy”. 

    Widział nagrania tego ich statku w locie, w końcu był niemałą sensację nad Cape Cod. I o ile była to maszyna powolna i ciężka w manewrowaniu, to jej możliwości obronne i silniki, najprawdopodobniej napędzane jakimś reaktorem, zasługiwały na uwagę. Na pewno miał też broń, przez radio Nika określała go jako statek wojsk tego tam ich królestwa. Chętnie zobaczyłby uzbrojenie w akcji. Wojskowi bali się jednak ruszyć to ustrojstwo, podobno miało eksplodować przy każdej próbie ingerencji, i miała być to jakaś nuklearna eksplozja. Ethan nie wierzył, że nie da się tego jakoś obejść, ale wiedział, że dziewczyna nie żartowała, że była w stanie wysadzić w powietrze ten statek, żeby tylko technologia nie wpadła w ich ręce. Jego zadaniem było przekonanie Niki, że pełna współpraca to najlepsza opcja.

    Ale dlaczego tiopental na nią nie zadziałał? Początkowo szło dobrze, rozluźniła się i rozgadała. Ale potem stało się coś dziwnego. Najpierw twierdziła, że ktoś za nią stoi, po czym nagle otrzeźwiała. I, do cholery, dlaczego w jej krwi nic nie wykryto, skoro dosłownie chwilę wcześniej wstrzyknął jej drugą dawkę? Przewinął do tego momentu i obejrzał go jeszcze raz. A potem jeszcze raz. Ech, nic to nie da, musi przespać się i usiąść do tego ze świeżą głową. Wcisnął pauzę i wtedy to zobaczył. Na zatrzymanej klatce tuż za Niką stała niewyraźna humanoidalna postać, jakby utkana z ciemnozielonego światła. Ledwo odcinała się od tła. Wydawała się płaska, namalowana, a jedynym detalem jej twarzy były jaskrawe brązowe oczy. 

    Najpierw pomyślał, że to wyobraźnia podsuwa mu ten obraz, że zmęczony mózg nie radzi sobie z odróżnianiem imaginacji od rzeczywistości. Przetarł oczy, ale postać wciąż tam była. Cofnął nagranie, klatka po klatce. Niczego nie było. Teraz do przodu, i jest. Znów tam stoi. W sumie widział ją tylko na dwóch klatkach. Po jej zniknięciu przesłuchiwana natychmiast usiadła prosto, a działanie tiopentalu jakby ustało. 

    Ethan Hill podniósł słuchawkę telefonu i wybrał numer kierownika analityków, żeby upewnić się, że nie oszalał i nie tylko on to widzi.


niedziela, 22 listopada 2020

rozdział 12

    Nikka wyprostowała się na krześle i jeszcze raz popatrzyła na wszystkich zgromadzonych w tym ciasnym pomieszczeniu, tym razem już w pełni przytomnym wzrokiem. Kamilla miała podkrążone oczy, jakby ostatnio nie sypiała zbyt dobrze. Pan Hill skrzyżował ręce na piersi i czujnie ją obserwował. Kolonel Margareti nawet nie usiadł, stał z boku i sprawiał wrażenie, że niezbyt mu się to wszystko podoba. Chyba nie zauważyli niczego dziwnego, nie poczuli tej obecności. A ona? Teraz chciało jej się płakać ze szczęścia. To już drugi raz, kiedy bogowie ją uratowali. Tym razem była to najprawdopodobniej Pani Zoyanna, to ciepło i kojąca moc jest utożsamiana właśnie z nią. Podziękuje jej, podziękuje im wszystkim, niech tylko dadzą jej chwilę spokoju. Ale najważniejsze, że wszystko będzie dobrze, teraz wszystko już będzie dobrze.

   Kamilla znów zaczęła mówić o statku, Nikka zignorowała ją i patrząc Hillowi prosto w oczy oświadczyła:

    - Twój specyfik już na mnie nie działa.

    Mężczyzna zmierzył jej puls, po czym wstrzyknął kolejną, trochę większą dawkę. Rozmawiał przy tym z Antonym. Nie brzmiało to jak kłótnia, ale raczej się ze sobą nie zgadzali. Kamilla nie tłumaczyła.

    - Słuchaj, wiem, że dostałaś takie rozkazy i nie mam ci tego za złe - powiedziała jej Nikka - ale od teraz będę cię ignorować. Jak chce coś ode mnie wyciągnąć - kiwnęła głową w stronę Hilla - niech postara się bardziej.

    Mijały minuty a ona i Hill wpatrywali się w siebie, oboje uśmiechali się trochę drwiąco, trochę lekceważąco. Mijały minuty, a Hill coraz częściej spoglądał na zegarek. Czyżby zaczynał się niepokoić? Kamilla coś mu tłumaczyła, warknął na nią zniecierpliwiony. Teraz do rozmowy włączył się Margareti, wyglądało na to, że stanął po stronie kobiety. Przez chwilę rozmawiali, po czym Hill obejrzał dokładnie swoją fiolkę z żółtym płynem, popatrzył na Nikkę, powiedział coś jeszcze i wyszedł.

    - Kolonel pyta, czy dobrze się czujesz - przetłumaczyła Kamilla.

    - Tak, nic mi nie jest. 

    - Nie boli cię głowa, nie chce ci się… no wiesz… - pokazała coś mającego zapewne oznaczać wymioty.

    - Dawno nie czułam się tak dobrze. Mówiłam już, to coś już na mnie nie działa.

    - Oni twierdzą, że to niemożliwe.

    - Niemożliwe… Wy naprawdę nie rozumiecie, co się tu wydarzyło? - Nikka uśmiechnęła się do nich tak, jak czasem uśmiecha się do naprawdę małych dzieci.

   Nie rozumieli. Pytali, co ma na myśli, ale machnęła ręką i przestała im odpowiadać. Kamilla tłumaczyła jej, że nikt nie chce jej skrzywdzić, że przecież dostały pomoc i gościnę, więc wypadałoby się odwdzięczyć, że to tylko kilka informacji… Nie dała wciągnąć się w rozmowę. Hill w końcu wrócił. Przyprowadził ze sobą medyka, który przyniósł własną fiolkę. Pustą.

    Kamilla powiedziała, że chcą jeszcze trochę jej krwi do badań, wystawiła więc ramię kolejny raz. Medyk zawahał się widząc dwa ślady po wkłuciach, zerknął nerwowo na wciąż leżącą na stole metalową kasetkę, ale nic nie mówił. Pobrał próbkę szybko i sprawnie, po czym wyszedł razem z panem Hillem. Po dłuższej chwili kolonel Margareti również wyszedł zabierając tłumaczkę ze sobą. Nikka została sama.

Śmiertelna dziękuje.

Biorą jej słowa, karmią się nimi, rosną.

Inni śmiertelni milczeli, nie wzywali ich, nie prosili, nie dziękowali.

Trzeba będzie to zmienić, myślą zielone oczy.

Tak, trzeba będzie.

Inne oczy się z nim zgadzają.


środa, 18 listopada 2020

rozdział 11

    Obyło się bez worka i asysty strażników. Oni co prawda nie zniknęli, ale trzymali się w pewnej odległości. Nikka zauważyła też, że dwóch pilnuje wejścia do pokoju dziewczyn. Szpital w tym miejscu wydawał się być dziwnie opustoszały. Mogła się mylić, ale wydawało się jej, że powinno być tu więcej chorych i personelu. Może wszystkich przeniesiono, żeby utrzymać pobyt Ingi i Kalii w tajemnicy? 

    Nie poszli daleko, jedynie do małego pokoju tuż za zakrętem korytarza. Do środka weszła tylko czwórka: Nikka, tłumaczka, kolonel i pan Hill. Straż ustawiła się przed wejściem, Nikka zdążyła to zauważyć zanim zamknięto drzwi. W pokoju były tylko krzesła, stół i jakieś elektroniczne urządzenie na trzech cienkich nogach połączone czarnym kablem ze ścianą. Czyli znów przesłuchanie. Dziewczyna westchnęła i nieproszona usiadła na pierwszym wolnym krześle. Ten cały Hill nie wydawał jej się najprzyjemniejszym typem, ale czego by jej nie robił, powiedziała sobie, że wytrzyma przynajmniej tę noc. Jeśli będzie naprawdę źle, podda się rano i poda im kod. Jeden. 

    A może będzie dobrze i niepotrzebnie ma czarne myśli. Patrząc prosto w szarobłękitne oczy pana Hilla oświadczyła:

    - Nie podam wam kodu do mojego statku. Jeśli chcecie, możemy porozmawiać o czymś innym.

    Kamilla przełożyła jej słowa, ale brodacz nie zareagował. Poprawił ten dziwny sprzęt podobny do lunety, skierował go szklanym okiem w stronę Nikki. Czy to był jakiś system z sensorem? Może, ale tak naprawdę mogła tylko zgadywać. Z tylnej kieszeni spodni wyjął płaskie metalowe pudełko i położył tuż przed nią. To miało ją przestraszyć? Co zabawne, jego spodnie miały wiele kieszeni, z przodu, z tyłu, a także naszytych na nogawkach. Nikka nigdy nie widziała, by ktoś nosił coś tak dziwnego.

    Przez chwilę rozmawiał z Antonym, który jakby nie był zadowolony z tego wszystkiego, co tu się działo. Spojrzał na Nikkę prawie że współczującym wzrokiem.

    Hill kazał jej zdjąć kurtkę, po czym otworzył pudełko. W środku była strzykawka z igłą i jakiś żółty płyn w szklanej ampułce. Nabrał trochę do strzykawki, fachowo, jakby robił to nie pierwszy raz. Gestem kazał jej odsłonić żyły w zgięciu łokcia. Nie protestowała, chociaż teraz zaczynała się naprawdę bać. Zniosłaby bicie czy wrzucenie do lochu, ale w tej strzykawce mogło być wszystko.

    Niech bogowie dadzą mi siłę - pomyślała, kiedy igła wbiła się w jej ciało.

Śmiertelna prosi.

Brązowe oczy widzą prośbę.

Zaglądają w duszę śmiertelnej.

Śmiertelna jest oddana, śmiertelna jest czysta.

Śmiertelna boi się.

Rzadko prosi o coś dla siebie, ale teraz się boi.

Nie chce zawieść.

Teraz śmiertelna dostanie łaskę.

    Przez jakiś czas nic się nie działo, ale tak chyba miało być, bo obaj mężczyźni nie okazywali zaniepokojenia. Zagadała do Kamilli, która wydała jej się zmęczona, ale ta nie udzieliła jej odpowiedzi. 

    - Kamilla, przecież widzę, że nie czujesz się dobrze. Słuchaj, ty wyglądasz gorzej ode mnie, a to przecież mnie tu trzymają, ty sobie możesz wyjść. Chociaż nie jest tu tak źle, słuchaj, w kopalni tellarium to dopiero było słabo… Ale uciekłam stamtąd, uciekliśmy razem, i jak będzie trzeba, to stąd też ucieknę… - Nikka zaczęła się śmiać. Ogarnął ją dziwny nastrój, jakby wypiła za dużo wina i musiała już teraz, natychmiast wszystko komuś opowiedzieć. Usłyszała, że brodaty pan śmieszne spodnie Hill mówi coś do Kamilli. Czemu on do niej mówi? Przecież to jej przyjaciółka!

    - Nika, mówiłaś mi kiedyś, że polecimy twoim statkiem. Razem. Ty i ja - Kamilla wreszcie się odezwała.

    - Pewnie, polecimy. Ale nie pozwolą mi wyjść. Trzymają mnie tu i nie wypuszczą - Nikka nagle posmutniała. A co jeśli zostanie tu już na zawsze? 

    Hill znów coś powiedział.

    - Nika, ja się zaopiekuję twoim statkiem, przysięgam. Będzie u mnie bezpieczny. A jak wyjdziesz, to polecimy nad morze.

    - Słuchaj, Kamilla, ja cię lubię… Ale nie mogę ci dać statku, nie mogę go dać nikomu. Rozumiesz? Nie mogę i tyle… 

    Hill znów mówił, Nikka się zdenerwowała. Ona tu rozmawia, niech on zamknie tę brodatą gębę! Spojrzała na niego groźnie. Jej wzrok padł też na leżącą na stole strzykawkę i udało jej się połączyć wątki: to coś, co jej wstrzyknął sprawiło, że teraz czuła się jak pijana. A Kamilla chciała rozmawiać tylko o statku. A więc tak chcieli wyciągnąć kod!

    - Posłuchaj - powiedziała do Hilla. - To ci się nie uda. Ani tobie, ani tobie - oskarżycielsko wskazywała palcem kolonela i tłumaczkę. - Nie będę z wami… - urwała nagle i przez chwilę wpatrywała się w przestrzeń z głupio otwartymi ustami. - A teraz ktoś za mną stoi, co? Nie odwrócę się, niech sobie stoi, a ja się nie odwrócę!

    Faktycznie czuła jakąś obecność. Miała wrażenie, jakby ktoś bardzo intensywnie wpatrywał się w sam środek jej głowy. Nie było to nieprzyjemne, raczej kojące i uspokajające. A potem poczuła na ramieniu ciepły dotyk i otumaniające działanie żółtego płynu nagle zniknęło, jakby nigdy nie krążył w jej żyłach.

niedziela, 15 listopada 2020

rozdział 10

    Trzymali ją w tym pokoju przez dwa kolejne dni. Dostała nowe ubranie, materac i gruby koc, pozwolono jej się umyć, dostarczano posiłki, prowadzano do toalety - wszystko pod nadzorem co najmniej dwóch uzbrojonych ludzi. Wykorzystała ten czas na odpoczynek. Dużo spała, jadła - tutejsze jedzenie było tłuste, ale po ośmiu miesiącach więzienia i tułaczki po górach właśnie tego jej było trzeba. Czasem obserwowała żołnierzy i starała się wprawić ich w zakłopotanie bezpośrednim gapieniem się, ale to byli zawodowcy, ignorowali ją po mistrzowsku. Zauważyła, że niektórzy tutejsi ludzie mieli bardzo ciemną, brązową skórę. Nigdy nie spotkała nikogo takiego na Amarze, a jej miasto było wielkim, ruchliwym portem, po którym kręcili się ludzie ze wszystkich stron świata. Mieszkańcy Południowego Archipelagu zawsze byli mocno opaleni, ich styl życia opierał się głównie na przebywaniu na świeżym powietrzu, ale nikt nie miał aż tak ciemnej skóry. 

    Humor poprawił jej się na tyle, że czasem mówiła do siebie, albo śpiewała jakąś piosenkę. Często się modliła. Nie do końca zdawała sobie z tego sprawę, ale po każdej modlitwie nabierała coraz większej pewności, że wszystko będzie dobrze. Po prostu czuła, że w końcu uda jej się wrócić do domu i zobaczyć piękne szare amarskie niebo.

    Kolonel Margareti kilka razy dziennie próbował wypytywać ją o kody do Płaszczki i technologie użyte do budowy statku. Za każdym razem odmawiała, a on na razie poprzestawał tylko na pytaniach. Czasem denerwował się i zaczynał krzyczeć, ale nie posunął się jeszcze do gróźb i bicia. Jak na razie to był najmilszy przesłuchujący, z jakim miała do czynienia i wciąż ciężko było jej uznać go za wroga. Najgorsze było to, że zabronił Kamilli z rozmawiać z nią na tematy inne niż statek. Nikka mogła tylko zadawać pytania, na które tłumaczka za każdym razem odpowiadała tak samo: najpierw podaj kody.  

    Każdego wieczoru odwiedzał ją medyk, ten sam, który bandażował jej dłonie zaraz po lądowaniu. Zmieniał opatrunki, badał ją różnymi przyrządami, pobrał kilka fiolek krwi do analizy. Nawet grzebał jej w gardle jakimś patykiem, nie miała pojęcia po co. Był przyjaźnie nastawiony, ale przez barierę językową mogli tylko uśmiechać się do siebie.

    Trochę martwiła się o Ingę i Kalię, ale tłumaczyła sobie, że skoro jej nie skrzywdzili, to tym bardziej nie mają powodu, by robić im coś złego. Chętnie poprosiłaby o spotkanie z dziewczynami, ale na razie nie było ku temu okazji.

    Okazja sama się znalazła. Trzeciego dnia izolacji, późnym wieczorem, razem z medykiem przyszli do niej Kamilla Pik i Antony Margareti w towarzystwie nieznanego jej brodatego i łysiejącego mężczyzny w średnim wieku. Ktoś ważny zadecydował, że może odwiedzić przyjaciółki pod warunkiem, że będzie słuchać Margaretiego i nie sprawiać problemów, cokolwiek miałoby to znaczyć. Zgodziła się.

    Na głowę założyli jej czarny worek. Rąk nie skuli, chociaż chyba przez chwilę się nad tym zastanawiali. Prowadziło ją dwóch strażników. Razem wsiedli do jakiegoś auta, jechali dłuższą chwilę: tutejsze pół godziny, może więcej. Wysiadka, krótkie przejście po odkrytym terenie - czuła wieczorny chłód - jakiś budynek, schody, echo kroków w korytarzu. Drzwi, krótka wymiana zdań pomiędzy mężczyznami. Wreszcie zdjęli jej worek. Białe światło lamp boleśnie poraziło jej oczy.

    Ale w pokoju, w którym się znalazła, były też Inga i Kalia. Młodsza dziewczyna siedziała na jednym łóżku.

    - Nikka , ty żyjesz! - wykrzyknęła.

   - Nie chcieli nam powiedzieć, co się z tobą dzieje - odezwała się Inga leżąca na drugim łóżku. Wyglądała lepiej, chociaż wciąż dużo brakowało jej do szczytowej formy. Obok ciągle stały jakieś urządzenia wyglądające na aparaturę medyczną. Najwidoczniej był to szpital.

    - Tak, żyję. Chociaż nie wiem, ile to jeszcze potrwa - Nikka uśmiechnęła się smutno. Z tyłu Kamilla tłumaczyła każde ich słowo kolonelowi i temu brodatemu mężczyźnie.

    - Co się dzieje? - spytała poważnie Inga.

    - Otóż bardzo interesuje ich nasz statek. Tak bardzo, że już raz przy nim grzebali i musiałam wyłączyć autodestrukcję. I mój przyjaciel Antony ciągle o niego wypytuje.

    - Do nas też przychodzi taki jeden wojskowy z tłumaczem, rozmawiamy o różnych rzeczach. O statek też pytali, ale ja się nie znam na statkach - stwierdziła Kalia. 

    - Ja też się nie znam, pierwszy raz takim leciałam. Ale ty… Nic im nie mów. Nawet jakby… no, wiesz co - w głosie Ingi dało się teraz wyczuć twardsze nuty. Nikka przysiadła na jej łóżku.

    - Wiem, co muszę robić - obie spojrzały na Kalię, a potem Nikka zmieniła temat. Wiedziały, że lepiej o tym nie mówić przy Amerikanach. -  No, a jak ty się czujesz? Powiedzieli ci jak bardzo oberwałaś?

    -  Mam pęknięte żebra i mnóstwo siniaków. Będę żyć - westchnęła. - Myślałam, że jest ze mną gorzej, ale to chyba od przeciążeń w trakcie lotu.

    - Które to było przesłuchanie, drugie, trzecie? Chcieli cię jeszcze zachować w miarę dobrym zdrowiu do następnej tury - spekulowała Nikka.

    - Skurwysyny - Kalia podsumowała okrucieństwo żołnierzy Murkey.

    - Ej, młoda, skąd ty znasz takie słowa? - zaczepiła ją Inga.

    - Od ciebie. Sama ich tak nazwałaś, nie pamiętasz? 

    Rozmowa zaczęła im się kleić, ale przerwało ją pytanie zadane przez Kamillę:

    - Pan Hill chciałby wiedzieć, dlaczego byłaś przesłuchiwana.

    Wszystkie trzy spojrzały na rzeczonego pana Hilla, którym zapewne był ów brodacz.

    - Żołnierze wroga okupujący nasze królestwo chcieli ustalić, czy Inga należy do Armii Wyzwoleńczej - odpowiedziała szybko Nikka. Inga nie zaprotestowała. Może nie chciała udawać cywila, ale to Nikka była wyższa stopniem i ona ustalała strategię w takich sytuacjach.

    - A należy?

    - A czy to ważne? Ta wojna została w naszym świecie, tutaj nie mamy wrogów. Tutaj jesteśmy tylko rozbitkami szukającymi pomocy. Za którą bardzo dziękuję, w imieniu swoim i moich towarzyszek.

    Nikka wstała i ukłoniła się dwornie. Nie kolonelowi, nie tajemniczemu panu Hillowi, a Kamilli. Kobieta zakłopotała się tym, próbowała wyjaśniać, że tutaj nie trzeba się nikomu kłaniać. Pan Hill, który najwidoczniej objął teraz dowództwo, powiedział coś do niej stanowczo. 

    - To koniec widzenia, teraz pójdziesz z nami - przełożyła tylko część jego słów. Na pewno powiedział do niej znacznie więcej.

    - Pozwolili mi tu przyjść, bo obiecałam, że będę grzeczna - szybko wyjaśniła dziewczynom. - Ale jeszcze się spotkamy.

    - A jeśli nie? - spytała zaniepokojona Kalia.

    - To i tak damy sobie radę - odpowiedziała Inga, i było to dokładnie to, co chciała powiedzieć Nikka. 


środa, 11 listopada 2020

rozdział 9

    Oczywiście, nie wytrzymali nawet godziny i zaczęli coś kombinować z Płaszczką. Nikka spuściła głowę by ukryć uśmiech. 

    - Mówiłam, nie dotykać, nie otwierać. Teraz wybuchnie. Duży wybuch, duże zniszczenia. 

    Kamilla przełożyła to wojskowym.

    - Mogę wyłączyć, ale wy już nie dotykać statku nigdy, przysięga - dodała Nikka. Po chwili kolonel Antony wygłosił do niej coś, co po przełożeniu brzmiało mniej więcej tak:

    - Idziemy i wyłączysz wycie. Wyłączysz alarm, my zbadamy statek. Inaczej nie ma jedzenia, nie ma leków, nie zobaczysz przyjaciółek.

    W odpowiedzi Nikka rozsiadła się lepiej na krześle i skrzyżowała ręce na piersi w uniwersalnym lekceważącym geście.

    - Nie - powiedziała tylko. Tego nie trzeba było tłumaczyć. Kolonel zdenerwował się, zaczął prawie że krzyczeć. Nerwowość udzieliła się też żołnierzom z karabinami. Tłumaczka wyglądała na przestraszoną. 

    - Ja wyłączę, sama. Wy nie dotykać więcej statku, przysięga. Następnym razem wybuch szybko - powtórzyła Nikka. Oprócz tego, że statek był jej kartą przetargową i niezłą drogą ucieczki, chodziło jej jeszcze o jedno. Najwidoczniej nie znano tu niektórych technologii powszechnych już na Amarze. Przekazanie silników z zimną fuzją tym ludziom, tym Amerikanom, zostałoby potraktowane jak zdrada. A w Akurii zdradę karano tylko w jeden, niezwykle ostateczny sposób. 

    Nie sądziła jednak, że pozwolą jej pójść do statku. Myślą, że blefuje. Trudno. Już i tak długo uciekała przed śmiercią. Teraz przynajmniej koniec będzie szybki. Reaktory zimnej fuzji były bezpieczne w użytkowaniu, a tellarium używane jako paliwo prawie nie wytwarzało szkodliwego promieniowania. Ale przy odpowiednich ustawieniach potrafiły też wybuchać jak te nieudane eksperymenty z gorącą fuzją, i taką właśnie autodestrukcję ustawiła w systemie. Jeśli dobrze pamięta ze szkoły, wybuch reaktora tej mocy powinien zniszczyć wszystko w promieniu trzech czwartych mili, czyli te budynki obok lądowiska i jeszcze kawałek miasta obok. Resztę wykończą pożary i promieniowanie.

    - Ile jeszcze czasu? Zanim wybuch? - z zamyślenia wyrwała ją tłumaczka. Nie tłumaczyła niczyich słów, podeszła do niej z własnej inicjatywy.

    - Nie wiem, niedużo. Nie wiem kiedy alarm się włączył. Ustawiłam godzinę. Wasze godziny chyba dłuższe od naszych - Nikka wskazała na zegar wiszący na ścianie biura. Wyglądał identycznie jak zegary w jej świecie, cyfry oznaczające godziny też były podobne, ale wskazówki poruszały się jakby wolniej. Niewiele, ale miała wrażenie, że tutejsze sekundy są trochę rozciągnięte w czasie.

    - My tu bezpieczni?

    - Och, nie - Nikka uśmiechnęła się do niej, i było w tym uśmiechu coś szalonego. - Wszyscy zginiemy. Tu i w mieście. My szybko, tamci będą cierpieć, chorować. To wybuch jądrowy, znasz? Atom, rozszczepienie, promieniowanie.

    Twarz Kamilli zmieniła się nagle. Wcześniej była niespokojna, teraz wyglądała na kompletnie przerażoną. Podbiegła do kolonela i zaczęła mu coś gorączkowo tłumaczyć. Nikka obserwowała ich obojętnie. Naprawdę nie wiedziała kiedy statek wybuchnie. Jeśli zaczęli przy nim grzebać tuż po ich odejściu, to może eksplodować w każdej chwili. 

    Rozmowa przyniosła jakiś skutek, bo kolonel Antony umilkł i zaczął na nią intensywnie patrzeć. Prawie tego nie zauważyła, zajęta własnymi myślami. Z odrętwienia wyrwał ją dopiero głos Kamilli:

    - Chodź, idziemy wyłączyć statek.

    - My? Ja i ty?

    - Ja, ty i oni - wskazała na wojskowych.

    - Nie, ja i ty. Oni daleko od statku. Nie pozwolę patrzeć. Słuchaj, wiem, że nie chcesz umierać - złapała tłumaczkę za ramię - ale mnie jest wszystko jedno. Albo robimy to po mojemu, albo wybuch.

    - Mam dzieci, proszę… - w oczach Kamilli zalśniły łzy. 

    - A ja mam obowiązki. Chcesz żyć, przekonaj go - Nikka się nie ugięła. Owszem, miło byłoby jeszcze pożyć, w końcu miała dopiero dwadzieścia lat. Kiedyś miała plany na przyszłość: skończyć szkołę, znaleźć najlepszą pracę, jaką będą chcieli dać komuś z tak marnym pochodzeniem, kupić dom dla matki w lepszej dzielnicy… Wyjść za mąż, jeśli znalazłaby odpowiedniego mężczyznę. I co z nich wyszło? Przez wybuch wojny nawet nie skończyła szkoły. I teraz jeszcze ten świat, niby podobny, ale jednak obcy. Obiecała dziewczynom, że znajdzie drogę do domu, ale ta perspektywa w tej chwili wydawała się bardzo odległa. Teraz pozostało jej tylko pomodlić się o zdrowie i pomyślność dla matki, o ile ta jeszcze żyła.

    - Jest zgoda, możesz iść sama - słowa Kamilli ledwo do niej dotarły. - Odprowadzą nas, ale do statku idziesz sama.

    - Dobrze, w takim razie idę. Chodź ze mną, proszę. Wszystko jedno, czy będziesz tu, czy tam.

    Tłumaczka zawahała się, ale w końcu potaknęła. Wyszły z biura w asyście czarno umundurowanych żołnierzy. Antony Margareti i ten drugi oficer również im towarzyszyli, ale trzymali się z tyłu. Już na korytarzu Nikka usłyszała basowy pomruk. Statek korzystał z syreny przeciwmgłowej i co kilka sekund wyrzucał z siebie ostrzeżenie. Przerwa pomiędzy nimi wynosiła jakieś trzy sekundy. Czyli nie jest źle, ma jeszcze około pół godziny. Trochę jej ulżyło. Wyglądało na to, że zdąży bez problemu.

   Mimo to przyspieszyła kroku. Na zewnątrz dźwięk syreny przenikał wnętrzności i pozostawiał dziwne uczucie w żołądku. Żołnierze oczywiście najchętniej weszliby z nią na pokład i przejęli kontrolę nad Płaszczką. Zatrzymała się w miejscu, w którym medyk wcześniej opatrywał jej dłonie, i poprosiła, by się zatrzymali.

    - Teraz ja. Wyłączę wybuch. Ale wy nie dotykajcie statku. Następnym razem wybuchnie szybciej, mogę nie zdążyć. Pani Kamillo, zechcesz mi towarzyszyć?

    Kolonel Margareti powiedział coś do swoich ludzi. Rozstawili się w luźnym szyku, broń trzymali w pogotowiu.

    - Jeśli spróbujesz uciec, będą do ciebie strzelać - wyjaśniła Kamilla. Nikka nie odpowiedziała, spojrzała tylko na tłumaczkę pytająco.

    - A, co mi tam - stwierdziła tamta. - Jeszcze nie widziałam czegoś takiego z bliska.

    Podeszły więc obie do statku. Nazwa Płaszczka nie wzięła się znikąd, przypominał tę rzeczną rybę kształtem. Był z grubsza owalny, i cóż, płaski. Od góry wystawał tylko pokryty przezroczystym tworzywem kokpit, a z tyłu dwa ruchome silniki umieszczone pod sterczącymi w górę statecznikami rufowymi. W tej chwili stał na wysuniętych kołach z uniesionym dziobem i było widać zarówno jego pomalowany na szaro spód, jak i wierzch w różnych odcieniach granatu i zieleni imitujących kolor morza. 

    - Skąd znasz nasz język? - spytała szybko Nikka, kiedy tylko oddaliły się trochę od żołnierzy.

    - A skąd wy go znacie? Jest stary i już nikt u nas nim nie mówi, ale w wielu krajach mówi się językami, które pochodzą od niego. Tak jakby twój był ojcem, a one dziećmi. Ja badam je wszystkie.

    - Rozumiem - stwierdziła Nikka, ale w głowie miała zamęt. Czyli kiedyś ludzie gdzieś tutaj mówili tym samym językiem, ale teraz już nie mówią, mają podobne… - Kiedy to było? 

    - Jakieś tysiąc lat temu, tysiąc dwieście.

    Pisana historia Akurii i Tellarii, najstarszych państw Amaru, liczy sobie nieco ponad osiemset lat. To mogłoby się zgadzać. Nie, teraz Nikka nie mogła o tym myśleć, ma jedną autodestrukcję do powstrzymania.

    Doszły do burty statku, do miejsca, w którym kończyło się skrzydło. Tamtędy zwykle wchodziło się na pokład i tam znajdował się pierwszy panel kontrolny. Mogłaby wszystko wyłączyć stąd, ale wolała wprowadzić główny kod w kokpicie, z dala od oczu żołnierzy, którzy na pewno obserwowali ją za pomocą lunety czy czegoś podobnego. Ona by tak zrobiła. Otworzyła panel i wklepała tu tylko pierwszy kod zasłaniając ekran swoim ciałem i drugą ręką. System przyjął go, otworzył też właz na tej burcie. Tłumaczka z ciekawością dotykała kadłuba.

    - To nie jest metal? - zapytała zdziwiona w przerwie pomiędzy dźwiękiem syreny.

    - Tworzywo - rzuciła jej Nikka w odpowiedzi i zaczęła wspinać się po skrzydle w stronę kokpitu. - Jak chcesz, to chodź za mną.

    Kamilla chciała, ruszyła więc śladem Nikki, ale włażenie na górę nie szło jej tak dobrze. Dotarła tam w momencie, w którym syrena wreszcie przestała wyć. Weszła na pokład i usiadła za fotelem głównego sternika, dokładnie tam, gdzie wcześniej siedziała Kalia.

    - Dwuetapowa weryfikacja, potwierdź.

    Potwierdzam.

    - Czas do autodestrukcji: trzydzieści sekund, potwierdź.

    Potwierdzam.

    - Syrena ciągła, potwierdź.

    Potwierdzam.

    - Dobry system - Nikka uśmiechała się radośnie. Pozostawiła go w stanie czuwania, w razie gdyby Amerikanie nie potrafili uczyć się na błędach. - Ustawiłam czas na pół minuty, słyszałaś. Następnym razem po prostu wybuchnie, więc wytłumacz kolonelowi, żeby nie ruszał mojego statku, wytłumacz mu tak, żeby wreszcie zrozumiał.

    - On myśli, że coś przed nim ukrywasz - powiedziała Kamilla. Zamilkła szybko, zupełnie jakby zdała sobie sprawę, że wyjawiła za dużo. Nikka odwróciła się w jej stronę z całym fotelem.

    - Ma rację. Nie mówię wszystkiego, bo mu nie ufam. Widzisz, prosiłam nie ruszajcie statku, ale ruszyli. On nie myśli, że ja jestem poważna. Myli się. Ale, to jest sprawa między mną a nim. Jak ci się podoba na pokładzie?

    - Och, jest super, to znaczy tak, bardzo mi się podoba. Jest podobnie jak u nas, ale inaczej…

   - To samo myślę o waszym świecie. Podobny, tak, ale inny. I niebo. Jest niebieskie, tak bardzo niewłaściwe… - westchnęła spoglądając w górę. 

    - Ale widzisz, w waszym języku nazwa niebieski pochodzi od słowa niebo. Niebieskie niebo, pasuje do siebie, rozumiesz?

    - Tak, tak… U nas to tylko taka nazwa koloru, a niebo to niebo. Nikt tego ze sobą nie łączył - a może powinien, dopowiedziała sobie Nikka. Coraz mocniej wydawało jej się, że mają z tym światem zaskakująco dużo wspólnego. - Słuchaj, jak nam pozwolą, to zabiorę cię na lot. Tylko ciebie. Polecimy nad morze, porozmawiamy jak teraz. 

    Kamilla uśmiechnęła się do niej.

   - Lubię cię - powiedziała, łapiąc ją delikatnie za ramię. - Chcę z tobą rozmawiać. Ale proszę, nie wysadzaj statku. Naprawdę nie chcę umrzeć.

    - To nie zależy tylko ode mnie - Nikka odwróciła się. - I wracajmy już, zanim zaczną się niepokoić.

    Kiedy tylko opuściła statek, dwóch żołnierzy złapało ją z obu stron za ramiona i średnio delikatnie odprowadziło do biura. Nie zdziwiła się jakoś szczególnie. Wyobrażała sobie, jak bardzo wściekły musi być ich dowódca. Kamilla została na zewnątrz, zapewne za chwilę kolonel Antony zażąda od niej szczegółowego sprawozdania. Eskortujący ją mężczyźni zostali, by jej pilnować, broń mieli w pogotowiu. Nikka starała się nie zwracać na nich uwagi. Pierwszy raz, odkąd znalazła się na Erf, miała czas tylko dla siebie. Usiadła wygodnie przy biurku, schowała twarz w dłoniach i pogrążyła się w modlitwie.


niedziela, 8 listopada 2020

rozdział 8

    Rozmowa - a raczej przesłuchanie - odbyło się w pomieszczeniu, które wyglądało na naprędce opuszczone biuro. Rozmawiał z nią wciąż ten sam oficer w towarzystwie tłumaczki i czterech żołnierzy z bronią. Nie miała pojęcia, po co było ich aż czterech. Najpewniej po to, by ją zastraszyć i zmusić do uległości.

    Tłumaczka nazywała się Kamilla Pik. Zaskakująco swojsko brzmiące imię, nazwisko też prawie jak z Amaru, chociaż wymawiała je dziwnie, jakby koło tego “i” były jeszcze jakieś inne litery, słyszalne tylko troszkę. Wojskowy przedstawił się tak niewyraźnie, że musiała prosić o powtórzenie. Antony Margareti - z niczym jej się to nie kojarzyło. Mówili też do niego kolonel, co było tytułem albo stopniem wojskowym, obstawiała raczej to drugie. Jej imię wymawiali krótko, przez jedno "k", zupełnie jak mieszkańcy Archipelagu, którzy lubią skracać wszystko, nawet imiona bogów. 

    Margareti chciał rozmawiać, więc rozmawiali. Jak najprościej usiłowała wyjaśnić mu, że naprawdę przybyły z innego świata. 

    - Lecimy statkiem, w chmurach, wysoko. Nagle statek spada, nic nie widzimy, chmury. Patrzę na ekran, ta sama wysokość. Nie zmienia się, a statek spada, lecimy w dół, do morza. Nagle nie ma chmur, nie spadamy. Statek leci normalnie. Patrzymy, inne niebo. Nie szare, nie nasze. 

    Było ciężko, jakby koncepcja istnienia innego świata nie mieściła im się w głowach. Pokazali jej mapę, kontynenty się nie zgadzały. W ogóle tu było o wiele więcej lądów. Dali jej kartkę i pisak, narysowała im koślawy Amar. Nazwała kontynenty i kraje. Ustalili, że ich świat to Erf, znów bardzo dziwnie, sepleniąco wymawiany, a jej to Amar. Że jej kraj to Akuria, ich coś tam coś tam Amerika. Nie potrafiła powtórzyć dwóch słów tej nazwy, ale sama Amerika wystarczała. Co najdziwniejsze, mieli bardzo podobne alfabety. Nikka byłaby w stanie odczytać ich pismo po paru godzinach nauki. 

    Rozmowa - czy też przesłuchanie - zaczęła się jako tako układać. Przynieśli jej napoje: wodę w butelce i kubek czegoś czarnego i gorącego. Tłumaczka to piła, więc Nikka też spróbowała, ale było gorzkie i zostawiało w ustach dziwny posmak. Pozostała przy wodzie. Próbowała właśnie wytłumaczyć kolonelowi, że uciekały przed wojskiem wroga, kiedy drzwi biura otworzyły się i stanął w nich inny oficer w granatowym mundurze. Nawet nie silił się na szeptanie, po prostu przez dłuższą chwilę rozmawiał z Antonym. Tłumaczka przełożyła jej tylko jedno zdanie, i to na wyraźne polecenie dowódcy :

    - Twój statek zaczął wyć. 


czwartek, 5 listopada 2020

rozdział 7

    Po tym wyznaniu Nikki rozmowa już się nie kleiła. Każda z nich musiała sama poukładać sobie w głowie zaistniałą sytuację. Komandor postanowiła też zabezpieczyć statek. Ta technologia byłaby łakomym kąskiem dla mieszkańców tego świata, a jej obowiązkiem jest dopilnowanie, by nie wpadła ich ręce. Poza tym polubiła tę maszynę, którą zdobyła właściwie dzięki królowi Mertinowi. Podał jej, Malenie i Anie szesnastoznakowe królewskie hasło nadrzędne, które pozwalało przejąć kontrolę nad każdym systemem w Akurii. Powtarzały je wieczorami przy malutkim ognisku. Mertin nie miał pewności, czy zadziała, ale uznały, że to przydatne narzędzie i  warto spróbować. Biegnąc do Płaszczki w trakcie ucieczki nadal nie wiedziała, czy hasło jest nadal aktualne, i czy Murkey nie wprowadzili jakiś swoich zabezpieczeń. Kolejny raz los jej sprzyjał. I zapewne kolejny raz nie był to przypadek, ale teraz nie miała czasu nad tym myśleć. Ustawiła w systemie dodatkowy czterocyfrowy kod i autodestrukcję w dwóch przypadkach: z godzinnym głośnym odliczaniem kiedy ktoś spróbuje otworzyć statek siłą, i drugą, natychmiastową, kiedy ktoś wprowadzi kod królewski bez tego jej nowego kodu. Takie ostateczne zabezpieczenie na wypadek, gdyby lokalni mieszkańcy okazali się równie skłonni do torturowania jeńców, jak Murkey.

    Prowadzący je sternik zaczął obniżać pułap lotu swojej maszyny, Kobiecy głos z radia mówił coś o lądowaniu, więc były już prawie na miejscu. Nikka zwolniła i została w tyle. Może tamten lądował jakoś inaczej, ale ona musiała znacznie zmniejszyć prędkość. 

    - Lądowanie, rozumiem, ja tak muszę - rzuciła do radia. Obniżyła pułap i zaczęła uważniej studiować okolicę. Jeziorka, lasy, miasteczka, szare drogi. I coś, co wyglądało jak lądowisko: rozległy płaski teren porośnięty trawą, a na nim dwie drogi przecinające się pod kątem, który bynajmniej nie był prosty. Na końcu tej biegnącej z południa na północ zatrzymywał się właśnie obcy statek.

    Podeszła do lądowania jego śladem, ale Płaszczka nie potrzebowała aż tyle miejsca. Zatrzymała się gdzieś w połowie drogi. Wokół statku od razu zaroiło się od ludzi i aut. Ludzie na milion procent byli wojskowymi poubieranymi w różne mundury: zielone, granatowe i czarne. Niektóre auta miały na dachach czerwone i niebieskie światła, niektóre nie miały dachów, a w środku siedzieli kolejni żołnierze. 

    - No to co, wychodzimy wreszcie? - zapytała Kalia przerywając sesję wzajemnego gapienia się na siebie z oddali. 

    - Kiedyś trzeba - westchnęła Nikka. - System, otwórz właz na sterburcie. Pamiętajcie, jesteśmy trzy razy bardziej chore i zmęczone niż w rzeczywistości. I nie znamy się na wojsku, nic a nic, absolutnie. A teraz opuścić statek.

    Płaszczka była co najmniej dwa razy większa od tutejszego statku powietrznego, a to oznaczało, że ciężko było z niej wyjść. Na postoju skrzydła wyginają się w dół, żeby można było po nich zjechać, ale nie było to takie proste, gdy się podtrzymywało ranną Ingę. Wcześniej w Ellis wspięły się do środka zaskakująco szybko, ale to adrenalina dodała im sił. Teraz złaziły powoli. W końcu Nikka pierwsza dotknęła powierzchni ziemi, po czym pomogła Indze. Dziewczyna dyszała ciężko i chętnie wsparła się na ramieniu komandor. Ostatnia zeszła Kalia zeskakując ze skrzydła. 

    - Młoda, trzymaj się blisko. Nie rozdzielamy się, chyba, że nie będzie innego wyjścia.

    W ich stronę szła już oficjalna delegacja: kilku mężczyzn w granatowych mundurach, kilku w czarnych, z prymitywnymi karabinami w rękach, i jedna kobieta ubrana w coś, co mogło być tutejszym cywilnym strojem. Czy to z nią rozmawiały przez radio? Okazało się, że tak.

    - Witajcie w… - tu wypowiedziała jakąś długą i kompletnie niezrozumiałą nazwę, która była zapewne nazwą tego miejsca. Albo kraju. Albo świata.

    - Dziękuję ci, pani za pomoc - Nikka starała się wykonać oficjalny ukłon, ale z Ingą wciąż opierającą się na niej nie wyszedł najlepiej. - Moja przyjaciółka potrzebuje lekarza.

    Odezwał się jeden z mężczyzn w granatowym mundurze. Tłumaczka rozmawiała z nim przez chwilę. Nie wyglądała na zadowoloną.

    - Dostanie pomoc, jak ty pójdziesz z nami - powiedziała w końcu w normalnym języku.

    - Ale to moja przyjaciółka, muszę być przy niej. Ona cierpi, proszę - Inga zrobiła zbolałą minę. Chyba była kiepską aktorką, obcy wojskowi pozostali nieprzekonani. Za ich plecami pojawiła się grupa ludzi w białych strojach. Zabawne, na Amarze medycy też chodzili w bieli. Wyszli z jednego z większych aut ze światłami na dachu, który był widocznie czymś w rodzaju szpitala polowego.

    Tłumaczka znów rozmawiała z dowódcą. Wyglądała, jakby chciała być po ich stronie, ale nie na wiele to się zdało. Poddała się i teraz po prostu przekładała jego słowa:

    - Ty pójdziesz z nami. Twoje przyjaciółki obejrzy lekarz. Obiecałaś rozmawiać. Nic im się nie stanie jak będziesz rozmawiać. Dostaniecie leki, wodę jedzenie. Jeśli nie, możecie odlecieć. Bez pomocy.

    Nikka pokiwała głową ze zrozumieniem. To był uczciwy układ, a cena na pierwszy rzut oka nie była wygórowana. Nie miała złudzeń, że bardziej zależy im na statku.

    - Zgadzam się. Porozmawiamy.

    Mężczyzna uśmiechnął się do niej i odsunął się, by przepuścić medyków. Zabrali Ingę, która jednak próbowała się trochę opierać.

    - Daj spokój, twoje zdrowie jest najważniejsze - napomniała ją Nikka. - Idź, Kalia będzie cię pilnować. Ja dam sobie radę.

    Inga niechętnie odpuściła. Medycy zabrali obie dziewczyny do swojego auta. Wydawało się, że znają się na swojej robocie. Tłumaczka złapała jednego z nich za rękaw, wskazała na Nikkę i coś powiedziała. Ten podszedł do niej i delikatnie obejrzał jej dłonie. Prawie już zapomniała, że ona też jest ranna. Chwilę pogrzebał w torbie przewieszonej przez ramię, wyciągnął parę rzeczy. Najpierw przetarł rany kawałkiem materiału, który wrzucił do przezroczystego woreczka. Tak, na pewno zechcą zbadać im krew. Potem polał to wszystko płynem, który spienił się na skaleczeniach. Szczypało, ale powstrzymała syk. To był dobry środek odkażający, czymś podobnym matka polewała jej zdarte kolana, kiedy w dzieciństwie wracała poobijana do domu. Następnie bardzo sprawnie owinął jej obie ręce śnieżnobiałym bandażem.

    - Dziękuję bardzo - powiedziała. On odpowiedział w swoim języku, ale tego nikt nie musiał tłumaczyć, oboje znali znaczenie swoich słów.

    - Teraz idziemy porozmawiać - stwierdziła tłumaczka i gestem zaprosiła Nikkę w stronę najbliższego budynku. 

    - Jeszcze chwila - odpowiedziała jej nie ruszając się z miejsca. - Tłumacz dowódcy, tłumacz dokładnie. Nie dotykać mojego statku. Nie otwierać. Nie ruszać. Inaczej wybuch, zniszczenie, autodestrukcja. Wszystko wyleci w powietrze - pokazała gestem eksplozję. - Tylko ja mogę nim latać. Rozumiesz?

Tłumaczka pokiwała głową, po chwili zrobił to również dowódca. Nie wierzyła mu ani trochę, teraz jednak mogła pójść na tę wyczekiwaną rozmowę. 


wtorek, 3 listopada 2020

rozdział 6

    Dwie mile od brzegu ostrzał nagle ustał, a w głośniku usłyszały inny, damski głos. Był niewyraźny, jakby przekazywany z daleka, ale wreszcie były w stanie coś zrozumieć.

    - Kim wy jesteście, co chcecie - powtarzała kobieta.

    Nikka natychmiast dopadła do radia.

    - Rozbitkowie, potrzebujemy pomocy. Potrzebujemy lekarza. Nie strzelać.

    - Kim jesteście, odpowiedz.

    - Ludzie, jak wy. Z innego świata. U nas inne statki, inne niebo - Nikka starała się mówić prosto, jak do dziecka. - Chcemy pomocy, jedna ranna.

    Ktoś wciął się w rozmowę, znów w tamtym niezrozumiałym języku. Łączność nagle zerwała się. Nikka kazała systemowi łączyć ponownie. Przez dłuższą chwilę nie było odpowiedzi. 

    - Czyli jednak ktoś tu mówi po ludzku - podsumowała Inga.

    - Może i mówi, ale nie jest za bardzo rozmowny. Hej kobieto, słyszysz mnie, rozmawiajmy dalej. Było dobrze, nie psujmy tego - Nikka wciąż nadawała. 

    - Pli stenby - odpowiedział jej głos mężczyzny. Rozpoznała go, to był sternik jednego ze statków.

    - Gdzieś mam twoje stenby, cokolwiek to jest. Może sobie jeszcze postrzelasz do nas, co? Dobrze się bawiłeś? Amunicja się skończyła? Jakbym tu była sama, to inaczej byśmy porozmawiali… Dawaj tą miłą panią, która umie gadać po ludzku, a nie jakieś stenby powtarzasz, jakby ci się system zawiesił.

    Jak na zawołanie miła pani znów pojawiła się w radiu.

    - Wasz statek stać, nie płynie dalej, proszę. Proszę stać.

    - Nie, my nie stać - oświadczyła dobitnie Nikka. - Nie mamy wody, rozumiesz?

    Kobieta nie odpowiedziała od razu, szeptała coś cicho, jakby tłumaczyła komuś ich rozmowę na bieżąco.

    - Ja rozumiem nie macie wody, picia - odpowiedziała w końcu.

    - Nie mamy jedzenia, rozumiesz?

    - Rozumiem.

    - Mamy ranną, jedna osoba jest ranna. Potrzebujemy lekarza, doktora, rozumiesz?

    - Tak.

    - I nie umiemy wrócić do domu. Nie wiem, jak tu przyleciałyśmy i nie wiem jak stąd odlecieć. 

    - Rozumiem, czekaj. Statek stój, nie płyń dalej, rozumiesz?

    Nikka westchnęła i przewróciła oczami.

    - Rozumiem, zatrzymam statek. Nie strzelajcie, pomóżcie nam.

    Komandor poleciła systemowi wyłączyć silniki. Skręciła na bakburtę, żeby Płaszczka nie zbliżała się bardziej do brzegu. Statek powoli tracił prędkość płynąc na południe. Kobieta znów na chwilę zamilkła, ale nie zerwała transmisji. Było słychać jakieś głuche odgłosy, jakby zakryła mikrofon dłonią. 

    - Ile was jest? - zapytała.

    - Trzy. Jedna młoda, jeszcze dziecko.

    Wzmiankowane dziecko zaczęło protestować, Nikka uciszyła je ruchem dłoni.

    - Skąd wy tu jesteście, skąd jest wasz statek?

    - Ja wiem, że wy ciekawi. Ja wszystko powiem, później, rozumiesz? Najpierw na ląd, najpierw lekarz. Teraz nie powiem nic. Później tak, porozmawiamy.

    Znów przerwa i zduszone głosy stłumione dłonią.     

    - Nie są za bardzo chętni do pomocy - Inga niezbyt optymistycznie podsumowała tę rozmowę.

  - Dam im piętnaście minut. Potem startujemy i przechodzimy do planu B, który przewiduje wybuchające statki - oświadczyła Nikka wyłączając na chwilę mikrofon. Inga odpowiedziała jej uśmiechem. Takie działanie rozumiała najlepiej.

    - Wasz statek może latać jeszcze ? - kobieta z radia nagle zadała pytanie.

    - Tak, to statek powietrzny, głównie lata.

    - Wy lećcie za naszym statkiem, na ląd. Tam lekarz, tam pomoc.

    Nad ich głowami obcy sternik zataczał ciasne koła i przechylał maszynę na boki, jakby machał im skrzydłami.

    - Rozumiem, lecieć za nim. Startujemy, nie strzelać.

    Nikka znowu włączyła silniki i nabrała prędkości. Start z morza zajmował więcej czasu niż start z lądu, ale Płaszczka potrafiła to zrobić nawet przy większych falach. Przy prawdziwym sztormie system zalecał start spod powierzchni. Wzniosły się na tysiąc stóp. Sternik ostro zmienił kurs, prowadził je prosto na północ. Nikka musiała trochę się natrudzić, by za nim nadążyć, jej zwrot zajął zdecydowanie więcej miejsca. Tamten wciąż przyspieszał i nabierał wysokości. Nikka stwierdziła, że nie będzie się z nim ścigać, oznaczyła go na wyświetlaczu i poleciła systemowi podążać za nim z prędkością maksymalną stu węzłów. Osłony odnowiły się do stu procent. Wskaźnik naładowania reaktora pokazywał gotowość do czterystu dwóch dni i osiemnastu godzin ciągłej pracy. Płaszczka była prawie nowa i utrzymana w świetnym stanie. To był numer czternasty, łącznie wyprodukowano ich dziewiętnaście, z czego trzy tuż przed wybuchem wojny. 

    - Lecimy, słyszysz mnie, pani? - rzuciła do radia, siląc się na wyjątkową jak na nią uprzejmość.

    - Tak, słyszę rozumiem.

    - Nie możemy lecieć szybciej. Jak długo do celu?

    Kobieta przez dłuższy czas konsultowała z kimś odpowiedź.

    - Krótko, piętnaście minut - odrzekła wreszcie.

    - Dziękuję - rzuciła Nikka i szybko wyłączyła mikrofon. Kobieta mówiła coś jeszcze, więc przyciszyła też głośnik.

    - Nie mamy dużo czasu, słuchajcie więc teraz. To tajemnica, ale w tym świecie nikomu się nie przyda, a wy zasługujecie, żeby wiedzieć. Król żyje i uciekł do Tellarii. Pomagałam mu przejść przez góry. Rozstaliśmy się na tellarskim posterunku, on dostał azyl, a ja wróciłam walczyć. Najbliżej miałam do Ellis i zostałam tam prawie miesiąc. Złapali mnie, no i dalej wiecie, uciekłyśmy.

    Inga złapała ją gwałtownie za więzienny kombinezon. Spojrzała jej głęboko w oczy.

    - Jeśli kłamiesz, żeby móc nami lepiej manipulować, to cię zabiję, przysięgam - oświadczyła z pasją.  

   - Wiem, że moje poglądy mogą być trochę zbyt radykalne dla niektórych, ale w życiu nie skłamałabym w takiej sprawie. Spotkałam króla w kopalni w Górach Jeziornych. No, właściwie to w karcerze, nie byłam dobra w byciu przymusową robotnicą, a i jemu też to nie wychodziło. Moje przyjaciółki z Port Albis też tam były. I nie wierzę, że to był przypadek - spojrzała w niebo, jak to czasem robi się przy modlitwie, ale niebo było niewłaściwie błękitne, więc cały gest wydał jej się niewłaściwy. - No, w każdym razie uciekliśmy stamtąd, a żadne z nas nie było w lepszym stanie niż ty teraz. Na szczęście Mertin…, to znaczy król Mertin, dał radę za nami nadążyć i przetrwać w górach, chociaż nie było wesoło.

    Wzrok Ingi nadal był podejrzliwy, ale puściła Nikkę. Komandor kontynuowała opowieść. Przelatywały właśnie nad ogromnym miastem, ale żadna nie zwracała uwagi na widoki.

    - Szliśmy na wschód, w stronę granicy, ale musieliśmy skręcić na południe, nie dalibyśmy rady przejść przez Północne Skalniki. Udało się dopiero na wysokości Jeziora Czystego. Tam rozdzieliliśmy się, żeby nie tracić czasu. Moje przyjaciółki wróciły do stolicy zanieść wieści odpowiednim osobom, a ja odprowadziłam króla do granicy. Potem wróciłam do Akurii. I to chyba wszystko.

    - Nie rozumiem, dlaczego król poszedł do Tellarii? - zdziwiła się Kalia.

    - Tellaria może na razie nie chciała się mieszać, ale teraz będzie musiała. Myślisz, że Dawid Wolsh i jego poplecznicy zadowolą się podbiciem Akurii? Poszło im tak łatwo, że na pewno zechcą pójść dalej. Nasz król musi teraz uświadomić Tellarczyków, że najlepszą obroną będzie atak wyprzedzający.

    - Czy to się działo jakieś dwa miesiące temu, może dwa i pół? - zapytała powoli Inga. Nikka potwierdziła skinieniem głowy. - Murkey wtedy kogoś szukali, bardzo intensywnie. Sprawdzali mężczyzn… To by się zgadzało… I dlatego uciekłaś, żeby nie wypaplać niczego przy przesłuchaniu?

    Nikka jeszcze raz pokiwała głową.

    - Prawdę mówiąc, nie myślałam, że nam się uda. Chciałam tylko, żeby mnie zastrzelili.


rozdział 80

     Ostatnia godzina minęła nie wiadomo kiedy. Potem Nikka nie za bardzo pamiętała ten czas, czuła się podekscytowana i zdenerwowana jednoc...