niedziela, 31 stycznia 2021

rozdział 32

    Przez kraciaste zasłony sączyło się łagodne światło poranka. Przez chwilę Nikka nie wiedziała gdzie jest, ale dała sobie chwilę i uczucie dezorientacji minęło, a w zamian napłynęły fale bólu z nóg, rąk i gardła. Rozejrzała się po pokoju. Oprócz łóżka i lampy był tu jeszcze spory drewniany mebel z wieloma szufladami, na którym leżała czarna torba z lekarstwami, i zielony fotel, w którym aktualnie siedział Dżonatan. Zauważył, że nie śpi i krzyknął w stronę otwartych drzwi:

    - Itan, szi łoke ap!

    Spróbowała usiąść, chociaż z jedną ręką przykutą do łóżka było to nieco utrudnione. Ktoś w nocy wyjął rurkę z tego… zaworu, zapomniała tutejszej nazwy. Na przegubie i wyżej, aż za łokieć, malowały się piękne czerwone ślady i fioletowe siniaki. Spojrzała na drugą rękę - to samo.

    Hill wszedł do pokoju i od razu ruszył w jej stronę. Zamarła, gdy wyciągnął rękę, ale tylko dotknął jej czoła sprawdzając temperaturę. Zdziwiła ją ta reakcja, nie sądziła, że aż tak bardzo się go boi. Próbowała skupiać się na tym, co dzieje się tu i teraz, ale jego widok sprawił, że wspomnienia odżyły, jasno i o wiele bardziej wyraźne, niżby sobie tego życzyła. Spuściła głowę i starała się uspokoić, on jednak ujął ją pod brodę i oglądał dokładnie, jakby był prawdziwym lekarzem i faktycznie się o nią troszczył.

    - Jak się czujesz, Selino, powiedz coś.

    - Całkiem dobrze, wszystko mnie boli - skrzywiła się słysząc swój głos. Wcale nie brzmiał lepiej niż wczoraj.

    - Skoro tak mówisz… Na razie nie masz gorączki, ale dam ci jeszcze leki. No i jeszcze jedno, wczoraj zapomniałem - wstał i wyjął z torby tubkę maści. Wycisnął trochę na palec i posmarował siniak na jej policzku. Przymknęła oczy, maść była przyjemnie chłodna.

    - Mógłbyś nasmarować mnie tym całą? - spytała, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo głupie było to pytanie. Zgodnie z przewidywaniami nie odpowiedział, parsknął krótko i rzucił jej wymowne spojrzenie.

    - Jak tam twoje gardło, powiedz coś jeszcze - zmienił temat.

    - Masz na imię Itan, tak? Itan Hill… Nadal nie wierzę, że to prawdziwe nazwisko, ale brzmi dobrze.

    - To zupełnie odwrotnie niż ty. Myślisz, że system statku rozpozna twój głos?  - wrócił do sedna sprawy.

    - Ma pewną tolerancję, ale wątpię, że aż tak dużą.

    - Powtórz kod jeszcze raz, powoli, po jednej cyfrze.

    - Jeden - sześć - siedem - dwa - G - D - I- dwa - siedem - F - N - jeden - jeden - cztery - A - S.

    Kiwnął głową, usatysfakcjonowany odpowiedzią. Przepuścił Dżonatana, który właśnie przyniósł śniadanie: dwa smażone jajka, trochę boczku, opiekany chleb i kubek intensywnie żółtego soku. Cała zastawa była z papieru lub lichego tworzywa, nie dostała sztućców. Szkoda. Żeby wypaść bardziej przekonująco, powinna teraz chociaż spróbować popełnić samobójstwo, a do tego potrzebowała co najmniej kawałka szkła.

    Jadła więc palcami, jakby wychowała się w lesie, a nie w cywilizowanym mieście. Starała się ignorować obserwujących ją mężczyzn, zresztą to było łatwe, bo udawali, że interesuje ich tylko rozmowa. Hill dał jej kolejne cztery tabletki, poczekał, aż je połknie, i rozgadał się z Dżonatanem. Chciałaby znać ich język, ale wątpiła, by ktokolwiek zechciał, czy też mógł ja nauczyć.

    Po posiłku dostała jeszcze zastrzyk, prosto przez kanulę, tak, przypomniała sobie. Hill oznajmił, że musi coś wypróbować. Kazał jej otworzyć szeroko usta i prysnął do gardła jakimś ostro pachnącym płynem. Prawie spanikowała czując ciecz w tamtym miejscu, ale zacisnęła pięści i wbiła paznokcie w ciało. Ból pomógł jej nad sobą zapanować.

    - Nie bój się, teraz nie chcę cię skrzywdzić - powiedział, jakby to miało jej w czymś pomóc. - To powinno cię znieczulić.

    Rzeczywiście, przestawało boleć, ba, po chwili przestała czuć w gardle cokolwiek. Niżej w tchawicy wciąż piekło. 

    - No, powiedz coś teraz.

    - Może powinieneś zostać lekarzem, Itan? Całkiem dobrze ci idzie.

    - Może powinienem, ale chyba psucie ludzi wychodzi mi lepiej. No, mów coś jeszcze.

    - Muszę iść do łazienki. Raczej nie chcesz, żebym zmoczyła łóżko.

    - Za chwilę. Dlaczego wczoraj i dziś jesteś dla mnie taka miła i w ogóle taka grzeczna?

    Odpowiedziała szybko, zdecydowanie i w stu procentach szczerze. 

    - Bo nie chcę tam wrócić.

    - Dobrze, prawie dobrze - odpowiedział, i przez przeraźliwie długą chwilę myślała, że nie uwierzył, że będzie pytał dalej. Ale uzmysłowiła sobie, że chodzi tylko o głos. - Brzmisz już prawie jak ty, ale dla pewności dam ci jeszcze… osiem godzin - oznajmił po spojrzeniu na naręczny zegarek. - I masz się nie odzywać, oszczędzaj głos.

    Pokiwała głową, na znak, że rozumie. Uwolnił jej rękę, jeszcze raz ostrzegł, że ucieczka będzie mieć niemiłe konsekwencje.

    - Chętnie bym z tobą porozmawiał, wysłuchał paru historii. Znajdziemy na to czas później - mówił, prowadząc ją do łazienki. Nikkę zmroziło, chociaż ton głosu miał normalny, nie groził jej ani nie straszył specjalnie. Jednak sam pomysł wystarczył.

    Łazienka była ciasna, brudna i dość ciemna, z małym oknem umieszczonym wysoko pod samym sufitem. Nie było jak z niej uciec, zwłaszcza że Hill ani myślał zostawiać jej samej. Stanął w otwartych drzwiach i obserwował z uprzejmą obojętnością. Jej to nie przeszkadzało, wysikała się, umyła ręce. Stare mydło nie chciało się pienić, musiała porządnie namoczyć je wodą. Po krótkim namyśle rozebrała się od pasa w dół. Majtki wrzuciła do umywalki, spodnie złożyła i odłożyła na półeczkę pod lustrem. Podmyła się nie bacząc na to, że przy okazji zachlapuje pół podłogi. Był tam jakiś ręcznik, ale nie podobał się jej ani jego kolor, ani zapach. Trudno, zaraz sama wyschnie. Uprała majtki, wyżęła je i wytrzepała. Zaryzykowała i wycisnęła je jeszcze w ręczniku. Teraz były tylko lekko wilgotne, wysuszą się od ciała. Wciągnęła je na tyłek, założyła też spodnie. Oparła się o umywalkę i przyjrzała swojemu odbiciu. Lewy policzek spuchnięty, zaczerwieniony. Oczy zmęczone, podkrążone. I czyżby widziała pierwsze zmarszczki? W tym świetle ciężko stwierdzić, ale chyba tak. Może jeszcze dorobiła się siwych włosów? Przeczesała je palcami, wydawały się brązowe, jak zawsze. Zniszczone, z niemiłosiernie połamanymi końcówkami, nieuczesane, ale przynajmniej nie siwe. W ogóle wyglądała jak chodzący obraz nędzy i rozpaczy. Lustro nie kłamało, była naprawdę w złej formie.

    Lustro… lustro jest ze szkła… Bez chwili zwłoki huknęła pięścią prosto w środek tafli, najmocniej jak tylko potrafiła. Kostki zabolały, musiała się skaleczyć, ale to nieistotne. Ważne, że pękło, i złapała odpowiedni kawałek. Teraz jeszcze nacięcie, porządne, głębokie, z góry na dół…

    Nie zdążyła. Hill złapał ją za rękę, wykręcił mocno do tyłu. Krzyknęła i musiała wypuścić szkło, bo straciła czucie w palcach. Szybko odciągnął ją od ostrych odłamków. Poczuła za to zimny dotyk metalowych kajdan, najpierw na jednym, potem na drugim nadgarstku. 

    - Wiedziałem, no wiedziałem, że coś zrobisz, byłaś za spokojna - wysyczał jej do ucha. - I nawet nie próbuj się tłumaczyć, po prostu zamknij się i siedź. I pamiętaj, co mi obiecałaś. 

    Zaciągnął ją do pokoju i rzucił na łóżko, sam zasiadł w zielonym fotelu. Obróciła się tak, żeby go widzieć. Na skutych dłoniach czuła ciepłą krew.

    - Selino - zaczął po chwili. - Komandor Selino, posłuchaj mnie bardzo uważnie. Jeśli coś kręcisz, jeśli kłamiesz i będziemy musieli tu wrócić… Najpierw zostawię cię na parę godzin z Brynnem, sprawiał, wrażenie, że chciałby cię lepiej poznać. Wyjdę do lasu, pochodzę trochę, tu jest naprawdę ładnie. On się tobą zaopiekuje, a potem będziemy kontynuować. I pamiętaj, ja mam czas. Twój statek mi nigdzie nie odleci, więc będziemy próbować do skutku. Rozumiesz? Kiwnij głową, jeśli to do ciebie dotarło. 

    Zrobiła, co kazał. Więc Łysy nazywał się Brynn… Nie bała się go, bo i co mógł jej zrobić? Pobić? Zgwałcić? No dobra, to drugie było straszne, ale nie bardziej niż topienie. Tego naprawdę nie chciała powtarzać.

    Resztę dnia spędziła w łóżku przykuta do wezgłowia za obie ręce, więc mogła tylko leżeć albo usiąść. Któryś z nich zawsze był w pokoju. Itan, Brynn, Dżonatan… Patrzyli na nią, każdy w inny sposób. Itan przypominał jej nauczyciela, który zawiódł się na uczniu i musi go ukarać, dla jego dobra. Brynn wyglądał jak wielu żołnierzy Murkey, czyli gniewnie i brutalnie. Nie miała wątpliwości, dla niego tortury były nie tylko pracą, ale i przyjemnością. Dżonatan był dla niej największą zagadką. Traktował ją obojętnie, no, może tam w celi wykazał odrobinę pozytywnych uczuć, jakby jednak darzył ją jakąś sympatią. Nie sprzeciwiał się jednak Hillowi, wręcz widać było, że się dobrze dogadują. A teraz patrzył na nią tak jakoś smutno. 

    A może tylko ci się wydaje, głupia dziewucho - skarciła się w myślach. Może nadinterpretuje jego zachowanie, bo rozpaczliwie potrzebuje chociaż jednej przyjaznej osoby. Tak bardzo chciała teraz znaleźć się w domu, ale zaraz przypomniała sobie, jak wyglądał dom. Zbombardowane i spalone centrum straszyło na wpół zapadniętymi kamienicami. Pałac królewski praktycznie nie istniał. Na północno-wschodnim krańcu miasta wyrósł obóz Murkey otoczony chaotycznymi zabudowaniami. Tam nie odważali się zapuszczać, był zbyt silnie strzeżony. W porcie roiło się od statków pływających pod obcą, czerwono-żółtą banderą. Wywieszenie akuryjskich barw karano śmiercią. Biedniejsze dzielnice nie ucierpiały aż tak bardzo, ale brakowało w nich zwykłego gwaru. Ludzie ucichli, przemykali się ze spuszczonymi głowami, starając się nie zwracać na siebie uwagi wrogich żołnierzy. Port Albis nie przypominał siebie z czasów świetności, a przecież opuściła go już jakiś czas temu, teraz mogło być jeszcze gorzej.

    Ale nawet jeśli miasto było teraz wypalone do gołej ziemi, i tak wolałaby być tam i walczyć, robić cokolwiek, czuć się potrzebną. Teraz mogła jedynie patrzeć w sufit i odliczać godziny do śmierci. Jeśli plan się powiedzie, bo nie była pewna, czy Hill nie odgadnie, do czego chce doprowadzić.

    Dostała kolejną porcję leków: tabletki i zastrzyk. Cokolwiek to było, działało dobrze. Nikka myślała, że po tych atrakcjach dostanie przynajmniej zapalenia płuc, a tymczasem gorączka minęła, a i kaszel prawie ustał… Hill robił naprawdę wszystko, żeby odzyskała normalny głos, co było zabawne biorąc pod uwagę to, co zrobił wcześniej, by doprowadzić ją do kresu wytrzymałości. Chciała wypróbować jak brzmi, ale to on właśnie teraz siedział w fotelu i nie chciała go denerwować. Wyczuł, że na niego patrzy, rzucił okiem na zegarek i stwierdził:

    - Jeszcze dwie godziny, Selino. Dasz radę. 

    Przytaknęła i odwróciła wzrok. Na ścianie było jedenaście większych zacieków i znów zaczęła obliczać w myślach ich łączną długość.

czwartek, 28 stycznia 2021

rozdział 31

    Musiała zasnąć, bo obudził ją Czarny. Ile czasu minęło? Nie miała pojęcia. Przyniósł jedzenie, kawałek mięsa i warzywa polane sosem i wciśnięte do przekrojonej na pół bułki. Jadała to już w tym świecie. Do tego był jeszcze jeden kubek czarnego słodkiego napoju.

    - Dziękuję - powiedziała. Wciąż była ochrypnięta, ale myślała, że będzie gorzej. Gardło bolało, głos jednak brzmiał nieźle jak na kogoś, kogo próbowano wielokrotnie utopić.

    Czarny najwidoczniej czekał, aż skończy jeść, ale ona się nie spieszyła, bo przełykanie bolało. 

    - Nikka? - zagadnął ją w końcu.

    - Tak, Nikka - wskazała ręką siebie - A ty? - wskazała na niego.

    - Dżonatan, ajem Dżonatan.

    - Dżonatan - powtórzyła, co wyraźnie sprawiło mu przyjemność. Chce się z nią zaprzyjaźnić, czy co?

    Zrobił krok w jej stronę, odruchowo odsunęła się i ciaśniej owinęła kocem. Nie musiała udawać strachu, wystarczyło przypomnieć sobie jak nachylał się nad nią i zakrywał twarz koszulą… 

    Cofnął się, spłoszony jej reakcją. Już bez słowa podniósł pusty kubek i papierowy talerz, które odstawiła na podłogę jak najdalej od siebie. Wymamrotał coś po swojemu i odszedł, ryglując za sobą drzwi. 

    Bułka z mięsem była ciepła i pierwszy raz w tej celi nie było jej zimno. No, może trochę jeszcze ciągnęło od podłogi, ale koc był gruby i dało się wytrzymać. Oczy same zaczęły się zamykać… Kaszlnęła jeszcze kilka razy i znów zapadła w sen.

    - Selino? Hej, Selino, słyszysz mnie? - ktoś szarpał jej ramię. - Jesteś cała rozpalona…

    Powoli podniosła głowę, ale zaraz opuściła ją z powrotem na podłogę. W skroniach jej łupało, w gardle zaschło. Nie chciała wstawać. Niestety musiała, bo na dodatek zaatakował ją jeszcze suchy kaszel. 

    Ktoś - Hill, oczywiście to był Hill, któż by inny - pomógł jej usiąść i przytrzymał, gdy kaszlała. Dotykał jej czoła i policzków, a dłonie miał tak przyjemnie zimne… Mówił coś, ale nie do niej, bo nie zrozumiała ani słowa. Położył na jej dłoni kilka białych pastylek. Patrzyła na nie, to na niego.

    - Połknij, to leki. Jesteś chora. Masz, popij - wyciągnął w jej stronę odkręconą butelkę z wodą. Na ten widok serce zaczęło jej szybciej bić, źrenice się rozszerzyły.

    - Woda, nie… - jęknęła. 

    Nie przejął się tym, po prostu wcisnął butelkę do drugiej ręki i jeszcze raz kazał wszystko połknąć. Tak, miała udawać, że jest mu posłuszna, wzięła więc pastylki i wypiła wodę do końca. 

    - Teraz zastrzyk, daj rękę.

    Również nie protestowała. Tym razem strzykawka była mniejsza, a płyn w środku przezroczysty. Faktycznie nie czuła się dobrze, oby te leki coś dały.

    - No Nikka, powiedz coś. 

    - Coś… - wymamrotała.

    - Bardzo śmieszne. Imię, nazwisko, stopień! - prawie krzyknął.

    - Nikka Selino, komandor… - odchrząknęła. - Komandor Armii Wyzwoleńczej Królestwa Akurii. I proszę, nie śmiej się z mojego stopnia, ciężko na niego zapracowałam.

    - Opowiesz mi innym razem. Możesz wstać?

    Spróbowała. Mogła, ale nie zrobiła tego ani szybko, ani sprawnie. 

    - Dobrze. Daj koc, chodźmy. Powoli, ty pierwsza. I nie próbuj uciekać, bo w tym stanie i tak daleko nie zajdziesz, a ja ci później złamię nogę, tak dla pewności, rozumiesz?

    - Tak, panie Hill.

    Weszła po schodach, Hill zaraz za nią. Złapał ją za ramię i pociągnął w prawo, do białych drzwi i znajdującego się za nim pokoju. Rozejrzała się. Okno było zasłonięte kraciastym materiałem, ale i tak widać było, że na zewnątrz jest ciemno. Minął więc co najmniej jeden dzień. Może dwa? Nie miała pojęcia. 

    Najważniejsze jednak było to, że w pokoju stało łóżko, normalne łóżko z białą pościelą, trochę większe od tego, w którym sypiała na hali. Nie dowierzała, kiedy Hill kazał się jej w nim położyć. 

    - Ręka Nikka, rozumiesz, że nie mogę cię tu tak zostawić - powiedział z żalem w głosie. 

    Przytaknęła, rozumiała. Podała mu lewą rękę, przykuł ją kajdanami do metalowego wezgłowia. Wezwał Dżonatana i kazał mu coś przynieść, bo po chwili tamten wrócił z czarną torbą. Hill przez chwilę czegoś w niej szukał, w końcu wyjął: butelka z przezroczystym płynem, jakieś rurki z tworzywa. Coś podobnego do igły…

    - Może zaboleć, nie jestem w tym dobry. Ale to lekarstwo, nie ruszaj się i nie wyrwij rurki. Bo będę musiał cię lepiej przywiązać.

    - Dobrze, panie Hill.

    Zapalił sobie dodatkowe światło i zaczął oglądać żyły na jej lewym przedramieniu. Wybrał odpowiednie miejsce i polał je płynem dezynfekującym. Wyjął to dziwne coś z opakowania i zobaczyła długą igłę. Odwróciła wzrok. W drzwiach stał Dżonatan i przyglądał się, na pozór obojętnie, ale gdyby go to nie ciekawiło, to przecież by sobie poszedł. Spojrzała więc na ścianę, pomalowaną na żółto dawno temu, bo teraz zdobiły ją plamy i pajęczyny. 

    Hill w końcu wbił się w jej ramię, i owszem, zabolało. Czuła, że coś tam jeszcze przykleja, sprawdza.

    - Powinno być dobrze - oświadczył w końcu, a Nikka odważyła się spojrzeć. Z ręki wystawało jej coś jakby zawór z przezroczystego i różowego tworzywa.

    - Co to jest? - spytała autentycznie zaciekawiona. Hill nie odpowiedział od razu.

    - Nie wiem jakby to było po twojemu… Jeśli nie wiesz, co to, to chyba tego nie macie. U nas to kanula. Działa trochę jak strzykawka wbita na stałe w żyłę. Będę mógł dać ci to - pokazał jej butelkę, którą właśnie próbował powiesić na lampie na kawałku bandaża. Potem jeszcze rozłożył rurkę, sprawdził, czy ciecz dobrze przez nią leci, aż w końcu wetknął ją do zaworu, tej kanuli. Obejrzał wszystko jeszcze raz i chyba był zadowolony ze swojej pracy. Nie była pewna, bo właśnie zasypiała.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

rozdział 30

     Coś ją nagle szarpnęło, pociągnęło do góry. Chciała krzyknąć, gwałtownie złapała powietrze, ale tylko się rozkaszlała, bo gardło paliło żywym ogniem. Gdzie ona jest? Ostre światło, chłód, ktoś obok trzyma ją za ramiona. Hill, tak, to on, ale co robią tutaj, w celi? Zobaczyła ruch, policzek zapiekł. Uderzył lekko, ale w to samo miejsce, w które dostała od Łysego, tak, pamiętała to. 

    Hill, zrobiłeś to specjalnie - pomyślała oprzytomniawszy trochę.

    - Wstawaj Selino, koniec spania - usłyszała tuż przy uchu. 

    - Nie… śpię - wychrypiała.

    - To dobrze, bo nie skończyliśmy naszej rozmowy. 

    Opierała się o ścianę, ale ręce i nogi wciąż miała związane, więc to on musiał ją tak usadzić… Sam kucnął obok, bardzo blisko. Dlaczego? Ech, myślenie nie szło jej teraz najlepiej. Hill nie przejął się brakiem odpowiedzi.

    - Masz, napij się - podstawił jej pod nos biały kubek z ciemną cieczą. Odruchowo chciała się cofnąć, uciec od niego, ale objął ją ramieniem i przytknął naczynie do ust. - Nic ci nie zrobię, na pewno chce ci się pić, prawda? Masz, spokojnie, po małym łyku.

    Mówił cicho, jak do dziecka albo spłoszonego konia. Ale, do cholery, naprawdę była spragniona, a do tego głodna. A ten napój był taki słodki... Wypiła wszystko.

    - Dobrze Selino, bardzo dobrze - powiedział, gdy skończyła. Znów odgarnął jej włosy z twarzy. - Widzisz, możesz być grzeczną dziewczynką. Nie musimy tam wracać.

    Zadrżała, i nie uszło to jego uwadze. Musi wytrzymać jeszcze trochę, tak, jej plan tego wymagał. Jednak coraz trudniej było się go trzymać. Nie chciała tonąć, o bogowie, jak bardzo znów nie chciała tonąć.

    Hill tymczasem delikatnie ujął jej twarz w dłonie, jakby zamierzał ją pocałować. Przyjrzał się dokładnie siniakowi na lewym policzku. 

    - Zejdzie za jakiś czas - pocieszył ją. - Nikka, proszę, pozwól sobie pomóc. Nie chcę, żebyś cierpiała, nie lubię krzywdzić ludzi.

    - Więc tego nie rób. Wypuść mnie do lasu… albo odwieź na halę.

    - Dobrze Nikka, odwiozę cię. Ale najpierw, wiesz, kod.

   Spuściła wzrok. Pomyślała, że może dobrze będzie się rozpłakać, i szloch sam wezbrał w jej obolałym gardle.

    - Jeśli to znaczy nie, to wiesz, co będę musiał zrobić - wyszeptał jej do ucha. 

   - Nie mogę… Nie zdradzę… - odpowiedziała mu równie cicho. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, zapłakana, roztrzęsiona, przerażona dziewczyna i poważny, zatroskany mężczyzna.

    Nie chciała wstać, wezwał więc Czarnego i razem pociągnęli ją z powrotem do ławki. Płakała, wyrywała się, błagała, by zostawili ją w spokoju. Gdzieś po drodze się posikała, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Była bliska prawdziwej paniki. Logiczna część jej umysłu czuwała, zdziwiona tym, jak łatwo dała się sprowadzić do roli ofiary błagającej o litość. 

    Tym razem wcale nie było łatwiej. Hill topił ją, po czym łaskawie pozwalał nabrać powietrza i zasypywał uprzejmymi pytaniami.

    “Możemy to skończyć, tylko daj mi statek”, “To od ciebie zależy jak długo to potrwa”, “Proszę, pomóż mi i sobie”, “Chodzi mi o kod, nie o to, żebyś cierpiała”. 

    Skupiała się na bólu i walce o każdy oddech, ale pytania przebijały się przez mur obojętności, który starała się wokół siebie wybudować. Hill dawał jej czas do namysłu, i to było najgorsze, burzyło koncentrację; sprawiało, że panika podchodziła coraz bliżej. Zemdlała tylko raz, na krótko, od razu ją ocucili. Czarny obejrzał ją dokładnie, zaświecił w oczy małym światełkiem, po czym powiedział coś do Hilla.

    - Nic ci nie będzie, ale po co tak ryzykować? Kod, Nikka, i to kończymy.

   Nie miała sił, by odpowiedzieć, pokręciła więc tylko przecząco głową, a on nie miał wyjścia, podniósł butelkę. 

    Znów tonęła, znów nie mogła nic z tym zrobić. Woda była wszędzie, w gardle, w nosie… Ale nie mogła nabrać jej do płuc, żeby utopić się naprawdę. Próbowała wygiąć się w łuk, jakoś spaść z ławki, ale Łysy miał dużo siły i trzymał mocno. W końcu poczuła, że dłużej już tego nie wytrzyma i postanowiła podać kod.

    - Hill… - zaczęła od razu, jak tylko wypluła całą wodę. Musiała mówić powoli, bo była ochrypnięta jak przy ciężkiej chorobie gardła - Szesnaście siedemdziesiąt dwa… GDI dwadzieścia siedem FN… sto czternaście AS… A teraz możesz mnie zabić.

    Przez chwilę patrzył na nią uważnie, jakby analizował to, co przed chwilą usłyszał. 

    - Wiedziałem, że jesteś mądrą dziewczynką, dziękuję Nikka. Ale widzisz… Ty jesteś mądrą dziewczynką, więc nie wierzę, że to wszystko. Na pewno jest coś jeszcze.

    - Nie, Hill, to jest ten kod, szesnaście znaków, hasło nadrzędne do systemu. 

    Nie uwierzył, a co gorsze, znów kazał rozciągnąć ją na ławce. Sam poszedł po wodę, bo akurat mu się skończyła. Nikka nie krępowała się już niczym, krzyczała, prosiła, płakała. Puściły jej wszystkie hamulce. 

    Wystarczył tylko jeden raz, chyba najkrótszy z dotychczasowych. Była już tak sponiewierana, że powiedziałaby mu wszystko, nawet prawdę, gdyby nie miała na tę okazję przygotowanego kłamstwa.

    - System przyjmie tylko komendę głosową… Tylko ode mnie… I chyba masz problem Hill, bo nie brzmię tak, jak wcześniej. Ale daj mi tylko czas, dojdę do siebie i wprowadzę ci ten kod, obiecuję. Tylko błagam, nie top mnie już więcej - dodała szybko, widząc jego niezadowoloną minę.

    - Nikka, jeśli to prawda, to nie będzie potrzeby tego powtarzać. Ale jeśli kłamiesz, będziemy musieli tutaj wrócić - ukucnął przy niej. - Powiedz mi jeszcze co z autodestrukcją?

    Nie zapomniał. Jak w ogóle mogła pomyśleć, że o tym zapomni? Przecież był profesjonalistą. Próbowała odchrząknąć, ale jeszcze bardziej bolało. Zniżyła więc głos do szeptu:

    - Nie ma autodestrukcji… To znaczy, ustawiłam system na przeciążenie dział plazmowych, nie reaktora.

    - Mów dalej.

    - Jeśli nie autoryzuję kodu swoim głosem, wybuchną działa, zniszczy się trochę kadłuba z przodu, ale statek jeszcze będzie w stanie latać. Nie chciałam go niszczyć - pociągnęła nosem, a oczy zaszły łzami. - To jedyne, co łączy mnie z domem… - urwała gwałtownie, udając, że nie jest w stanie powiedzieć nic więcej. Płakała, to przychodziło jej łatwo i wyglądało naturalnie. 

    Hill wyjął koszulę z rąk Czarnego i wytarł jej twarz. Uspokajała się powoli, a on cały czas bacznie ją obserwował. Miała nadzieję, że widzi tylko roztrzęsione, pokonane dziecko.

    - Powtórz mi ten kod, proszę - zażądał jeszcze.

    - Szesnaście siedemdziesiąt dwa GDI dwadzieścia siedem FN sto czternaście AS - wyrecytowała bez wahania.

    - Zgadza się, szesnaście znaków. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. I proszę, nie psuj tego.

    Potaknęła, a on kazał swoim ludziom ją rozwiązać. Całe nogi, ręce i klatkę piersiową miała w siniakach i śladach od sznura, ale to nic poważnego, poboli i przestanie. Czarny na polecenie Hilla przyniósł ubranie, przyjęła je z wdzięcznością. Potulnie poszła za Hillem do celi. Mówił, że przyniesie jedzenie i leki, ale ma tu zostać, nie sprawiać kłopotów i nie robić nic głupiego, że ją obserwują - w tym momencie wskazał dłonią na sufit - a ona stała z wzrokiem wbitym w podłogę, jak służąca. Kiedy wreszcie została sama, zawinęła się w koc i dalej udawała, że płacze. Myślała, że szybko uśnie, ale była na to zbyt zmęczona i targało nią zbyt wiele emocji.

piątek, 22 stycznia 2021

rozdział 29

    Hill wyprostował się i spojrzał z góry na nieprzytomną dziewczynę.

    - Na razie nic z tego nie będzie, musimy dać jej odpocząć - oznajmił.

    Bryn skrzywił się na te słowa.

    - Walnij ją ze dwa razy w gębę to od razu oprzytomnieje. 

    - Teraz i tak nic z niej nie wyciągnę, zaczęła majaczyć. Nazwała mnie ojcem - wyjaśnił, widząc ich pytające spojrzenia.

    - No, to żeś się niezłej córeczki dorobił. Całkiem ładna, cycata. Tylko coś nie chce słuchać tatusia - zaśmiał się Bryn i złapał ją za pierś. Nikka nie zareagowała.

    Hill zmierzył go wzrokiem, który miał mu dać do zrozumienia, żeby nie dotykał dziewczyny, dopóki mu nie każe.

    - Zanieś ją do celi, nakryj czymś. Damy jej ze dwie godziny. 

    Poszedł na górę z Jonathanem, Bryn dołączył do nich po dłuższej chwili. Rozsiedli się w kuchni. Gdyby był listopad, wyglądaliby jak trzej kumple, którzy przyjechali zapolować na jelenie, ale sezon się jeszcze nie zaczął. W telewizorze powinien lecieć baseball, ale zamiast tego mieli podgląd na żywo na śpiącą dziewczynę.

    - Powiedziała ci coś ciekawego? Ta Nikka? - zainteresował się Johnatan.  

    - Właśnie, tatuśku - Brynna wciąż to bawiło.

    - Ciągle wydaje jej się, że nie może. Ale robimy postępy, już raz prosiła, żebym ją zabił - uśmiechnął się krzywo i sięgnął do lodówki po piwo. Wyciągnął trzy butelki, podał kolegom. Kolegom? Nie, to złe słowo, współpracownikom.

    - Może jednak przyniosę akumulator z furgonetki i załatwimy to starym sposobem, co ty na to, Ethan?

    - Mówiłem ci już, że to nic nie da - z jakiś przyczyn Bryn był zdania, że wystarczy porządna dawka bólu, by zmusić każdego do mówienia, Hill się z nim w tej kwestii nie zgadzał. - To fanatyczka, a wiesz jak to jest z prawdziwymi fanatykami. 

    - No i jeszcze była w wojsku - wtrącił się Jonathan. Hill przytaknął.

    - W jakiejś partyzantce co prawda, ale tak. I wychodzi na to, że jest tu najstarsza stopniem.

    - Komandor, co? Nie chce mi się w to wierzyć. Nie wiem, skąd wytrzasnąłeś tę dziewczynę, ale to jakaś pojebana historia, i wcale nie chcę jej poznać - od razu zastrzegł Bryn. Wyrzucił do kosza pustą butelkę, po czym oznajmił, że idzie się przejść. 

    Kiedy zostali sami, Hill spytał młodego o zdanie.

    - Psychicznie dość odporna, ale fizycznie… Na moje oko dużo przeszła. Nie może tak często tracić przytomności, w końcu tego nie wytrzyma. Lej wodę krócej, rób dłuższe przerwy. Daj jej czas na strach.

    Hill pokiwał głową, młody mówił z sensem.

    - No tak, nie chcę, żeby nam tu umarła.

    Jonathan odpowiedział mu z profesjonalnym spokojem w głosie:

    - Spokojnie Ethan, mnie jeszcze nikt nie umarł.

    Powstrzymał się od spytania o to, ilu więźniów zdążył w swojej karierze przesłuchać Johnatan, nie chciał kwestionować jego umiejętności, zwłaszcza, że jak na razie pracowało mu się z nim lepiej niż z Brynem. Ten jednak wyczytał mu z twarzy niezadane pytanie.

    - Wiem, że jestem młody, ale nie niedoświadczony. Tylko widzisz, pierwszy raz robię to z kobietami, i… - przerwał i roześmiał się, orientując się jak dwuznacznie to zabrzmiało. - No, wiesz o co mi chodzi, w każdym razie jest mi z tym dziwnie. Ale, oczywiście, możesz na mnie liczyć. 

    Znów mu przytaknął. Nie powiedział tego głośno, ale jemu też było z tym dziwnie, już od samego początku. Były takie młode… Każda mogłaby być jego córką. W pewien sposób też je podziwiał. Są w trudnej sytuacji, a zachowują się tak honorowo. W tym świecie była to prawdziwa rzadkość. Ale jak Selino sama powiedziała, płacili mu za to, by zdobył informacje, więc je zdobędzie.

    Wyszedł na chwilę do łazienki, potem wrócił do kuchni, by cały czas móc obserwować Nikkę na podglądzie. Kilka razy poruszyła się niespokojnie, więc nic jej nie było. Pogadał jeszcze trochę z chłopakami na nieistotne tematy, ale co trochę zerkał na zegarek. Powiedział, że da jej dwie godziny i nie chciał tego przedłużać. Jeśli dobrze pójdzie, może skończą do wieczora. Wątpił, by dała radę przetrzymać więcej niż dwie takie sesje, nawet jeśli w międzyczasie znów da jej odpocząć. Nie spała prawie trzydzieści godzin, samo to nieźle ją wykończyło. 

    Nadszedł czas. Wypłukał styropianowy kubek po kawie, nalał do niego coli. Najpierw spróbuje po dobroci. Kazał chłopakom pójść na dół, ale zaczekać przed celą. Do środka wszedł sam. Nie obudziła się ani na dźwięk otwieranych drzwi, ani wtedy, gdy zdjął z niej koc. Bryn trochę ją rozwiązał, ale wciąż miała skrępowane kostki i nadgarstki. Hill ostrożnie odstawił colę na podłogę. Żeby ją dobudzić, trzeba będzie użyć drastyczniejszych metod.

wtorek, 19 stycznia 2021

rozdział 28

     Tak zastał ją Hill. Słyszała, że drzwi się otwierają, ale nie otworzyła oczu. 

    - Już czas, Selino.

    - Daj mi spokój, modlę się… - jęknęła.

    - Pewnie o to, żebym dostał zawału albo spadł ze schodów i skręcił kark?

    Spojrzała na niego bardzo poważnym wzrokiem.

    - Hill, proszę, zapamiętaj sobie jedno o naszych bogach: nigdy nie proś o to, żeby komuś stała się krzywda, oni bardzo, ale to bardzo tego nie lubią.

    Nie była w stanie zorientować się, czy jej uwierzył. Cóż, jeśli nie posłucha, to sam się przekona. Boleśnie.

    Wstała, a on dał znak, by poszła za nim. Nie odeszli daleko, wyprowadził ją tylko z celi. Na schodach stał Łysy, blokując drogę na górę. Widziała też Czarnego, aczkolwiek niezbyt dobrze, bo ta część piwnicy była słabo oświetlona. 

    - No i jak, Selino? Nadal nie musimy tego robić. Podaj mi kod, a odwiozę cię do twoich przyjaciółek i o wszystkim zapomnimy.

    Wydawał się autentycznie przejęty, współczujący, jakby naprawdę nie chciał jej krzywdzić. Nie wierzyła w to ani przez moment.

    - Rób, co masz robić, w końcu ci za to płacą - stwierdziła z rezygnacją. 

    Hill nie przestał namawiać jej do współpracy, ale kiwnął na swoich koleżków i zaczęli wiązać jej nogi i ręce. Sprawnie i mocno, jakby to nie był ich pierwszy raz - i zapewne tak było. Nie stawiała oporu, próbowała zachować wyniosłą obojętność, ale w środku czuła paraliżujący, zimny strach. Nie miała pojęcia do czego to wszystko prowadzi.

    Nie mogła dać ani kroku, więc powlekli ją w kąt, do dziwnego mebla: niskiej drewnianej ławki, której ktoś wyłamał dwie nogi i teraz smutno opierała się jednym końcem o podłogę. Obok niej stała duża butelka z białego tworzywa, oczywiście wypełniona wodą. Ci Amerikanie mieli jakąś obsesję na punkcie wody…

    Położyli ją na tej ławce, głową w dół, nogi dodatkowo przywiązali tak, że w ogóle nie mogła już nimi ruszyć. Łysy przytrzymywał ją przedramieniem, żeby nie mogła usiąść. Czarny stał za nią, miał w rękach coś białego. Widziała go do góry nogami, ale udało jej się rozpoznać w tym czymś koszulę, w której tu przyjechała. Hill przystanął tuż nad jej twarzą, wziął butelkę, i nic już nie mówiąc kiwnął głową dając znak do rozpoczęcia przesłuchania.

    Czarny zarzucił jej na głowę koszulę, przyciskając ją do ławki jeszcze bardziej. Teraz widziała wszystko niewyraźnie przez biały materiał, ale nie uszło jej uwadze, że Hill zbliża się z butelką, przechyla ją i zaczyna powolutku lać wodę prosto w jej nos i usta. Próbowała parskać i kaszleć, ale nie mogła się ruszyć. Woda w końcu zalała jej gardło i Nikka poczuła, że tonie. Ciało rozpaczliwie pragnęło zaczerpnąć tchu, wrodzone odruchy kazały jej chociaż próbować kopać, machać rękami, wypłynąć na powierzchnię. Rzucała się na ławce jak ryba wyciągnięta z wody, ale bez rezultatu, zarówno więzy, jak i przesłuchujący ją mężczyźni trzymali mocno. A woda wciąż płynęła… Po kilkunastu sekundach bezowocnej walki straciła przytomność. 

    Ktoś podtrzymywał jej plecy i głowę. Gwałtownie nabrała powietrza, zachłysnęła się resztkami wody, po czym rozkaszlała tak mocno, że aż z oczu pociekły jej łzy. A do tego wszystkiego Hill patrzył na nią zatroskanym spojrzeniem.

   - Chcesz mnie utopić? - spytała słabym głosem. - Łatwiej byłoby wrzucić mnie do morza, przynajmniej rekiny zjadłyby potem ciało… Macie tu rekiny?

    - Nikka, zastanów się. Warto tak cierpieć? To tylko statek.

    - Nie dla mnie… Nic nie rozumiesz. Daj mi spokój albo utop mnie porządnie - pociągnęła nosem.

    - Jak chcesz Nikka… Egen - rzucił do kolegów i cała procedura zaczęła się jeszcze raz.

    Tym razem wiedziała już, czego się spodziewać, i starała się zapanować nad strachem. Nie wyszło najlepiej. Niby umysł wiedział, że nie zamierzają jej zabić, ale ciało czuło zupełnie co innego. Dla jej organizmu każda sekunda była walką o przetrwanie i nie dała rady go przekonać, że jest inaczej. Wszystko trwało krócej, nie zdążyła zemdleć. Podniesiono ją, wykaszlała wodę. Hill nie odezwał się do niej, wymienił tylko kilka zdań z Czarnym. Nie pozwolili jej odpocząć, znów przycisnęli do ławki, zakryli twarz. Szarpała się przez chwilę, a potem chciała krzyczeć, bezsensownie krzyczeć, ale gardło miała pełne wody… Zemdlała. 

    - Nikka? Nikka, spójrz na mnie… - szeptał? Może… Słyszała ten głos jakby z daleka. - Widzę, że już tu jesteś, otwórz oczy.

    Posłusznie podniosła powieki, a on czułym gestem odgarnął jej z twarzy kosmyk mokrych włosów. 

    - Zabij mnie… - wychrypiała. Głos ją zawodził, gardło i płuca paliły. Była taka zmęczona.

    - To nie takie proste - uśmiechnął się smutno. - Najpierw statek. Podaj kod, a wszystko się skończy. Nikka proszę, kod i nie będziemy musieli tego robić. 

    - Nie… mogę. Wiesz, że nie mogę.

    Kolejne współczujące spojrzenie. A potem:

    - Egen!

    Twardość ławki pod plecami, ciężar Łysego na piersiach.

    Przynajmniej mi od niego ciepło - pomyślała. Tym razem pierwszą cieczą, którą poczuła na swojej twarzy, były łzy, zaskakująco gorące łzy. Woda przyszła chwilę później, Hill topił ją powoli, lecz skutecznie. Nie próbowała już myśleć o czymkolwiek, po prostu poddała się panice, rzucała się i płakała bezgłośnie. Straciła przytomność po koszmarnie długiej chwili.

    Czarno, przed oczami czarno, ale chyba słyszy głosy. Co się dzieje? A tak, Hill, piwnica… przesłuchanie. Oddycha powoli, ciężko. Patrzy przed siebie, walczy, by skupić wzrok. Jego twarz, pociągła, smutna, słabo widoczna w mroku. Rusza ustami, mówi coś. Do niej? Nikka potrząsa głową, kaszle. 

    - Proszę Nikka, to tylko kod. Dasz mi go i pojedziesz do domu.

    Dom… Tak, chciałaby pojechać do domu. Zobaczyć matkę…

    - Nikka, ja naprawdę nie chcę ci tego robić. Pomóż mi, proszę. Jak odblokować statek? Proszę, powiedz mi…

    Ten głos, taki kojący, taki… znajomy? 

    - Tata? Tato proszę… pomóż… 

    Głos oddala się, potem milknie, a ona osuwa się w ciemność.

sobota, 16 stycznia 2021

rozdział 27

    Najpierw zdjęła z siebie przemoczone ubrania i wyżęła je nad odpływem. Została w samych majtkach, ale lepiej było być niemal nagą, niż mokrą. Zostając w ciuchach mogłaby się bardzo szybko wychłodzić. Chociaż i tak nie było ciepło. Od podłogi i gołych ścian ciągnęło zimno, nie było tu żadnego mebla, na którym mogłaby usiąść, ani siennika, na którym mogłaby się położyć. Chodziła więc w kółko po małej celi - trzy i pół na trzy kroki. Obejrzała dokładnie drzwi, ciężkie, metalowe, pomalowane na szaro. Z jej strony nie miały żadnej klamki ani uchwytu, nic poza gładką blachą. Pomiędzy nimi a podłogą nie było żadnej szczeliny. Nawet gdyby miała łom i siłę naprawdę potężnego mężczyzny, i tak nie miałaby jak ich sforsować. 

    Przez jakiś czas patrzyła w górę, próbując dostrzec coś pomiędzy lampami, ale światło było zbyt jasne. Osiągnęła jedynie tyle, że teraz widziała tylko żółte i czerwone powidoki, a z oczu ciekły jej łzy. Odczekała dłuższą chwilę aż jej wzrok wróci do normy. Rozłożyła swoje ubrania na podłodze, żeby szybciej wyschły, chociaż w tej temperaturze szybciej oznacza półtora dnia zamiast dwóch, a nie godzinkę czy dwie. Ciągle krążyła, rozcierała dłońmi stopy i łydki, machała ramionami. Wyciągała ręce do góry, bo od lamp nagrzało się powietrze, ale co z tego, że mogła trochę rozgrzać dłonie, skoro stopy cały czas miała lodowate. W końcu stwierdziła, że cieplej nie będzie, trzeba się do tego przyzwyczaić. Nie usiadła jednak, wciąż chodziła, może trochę mniej energicznie, ale się nie zatrzymała.

    Po paru godzinach - trudno byłoby jej określić ile minęło, odkąd ją tu zamknęli - poczuła głód i zaczęła wyrzucać sobie, że nie zjadła obiadu. Przecież niedawno tłumaczyła dziewczynom, że jak dają, to trzeba jeść, bo nigdy nie wiadomo, kiedy nakarmią cię następnym razem. Wystarczyło kilkanaście dni w tej zaskakująco komfortowej niewoli u Amerikanów, by uśpić jej czujność. Przejęła się Kalią tak bardzo, że zapomniała o sobie, to teraz ma: została tu zmarznięta, rozebrana i głodna. I zdziwiona, bo w gruncie rzeczy nie tego się spodziewała. Myślała, że przesłuchanie będzie wyglądać jak w domu, że będzie bita, kopana, że Hill zagrozi, że zabije Kalię i Ingę… Na razie nic takiego się nie działo. Chcieli ją tu zanudzić, czy jak? Może zagłodzić? Że od tego zimna złapie jakieś choróbsko, to pewne. Pewnie Hillowi spodoba się jak będzie kaszleć, smarkać i gorączkować. 

    Jeszcze raz wróciła myślą do dziewczyn. Czy byłaby w stanie je poświęcić? Ech, to nie byłoby łatwe, ale owszem, Hill mógłby je zastrzelić na jej oczach, a i tak by nic nie powiedziała. Ze wszystkich rzeczy na świecie - czy też na obu światach, bo przecież są co najmniej dwa - najbardziej bała się piętna zdrajcy. Karą za zdradę była śmierć oraz, co gorsze, hańba. Sama miała na koncie likwidację dwojga zdrajców współpracujących z wrogiem, Armia Wyzwoleńcza zajmowała się też takimi sprawami. Amerikanie mogą okazać się wrogami, mogą zechcieć napaść na Akurię. W końcu sam ich prezident wspomniał, że prowadzą gdzieś dwie wojny, więc nie byłoby to dla nich nic nowego. A ona nie chce być zapamiętana jako ta parszywa Selino, która dała im do ręki broń plazmową i osłony.

    Trzy kroki, obrót, trzy kroki, obrót. Ciało wpadło w rytm, myśli błądziły gdzieś daleko. Przejście pomiędzy światami, to była dopiero fascynująca sprawa. Otwiera się samo z siebie czy da się nad nim jakoś zapanować? Prowadzi w jedną, czy w obie strony? Czy jej przodkowie przybyli stąd na Amar jakimś podobnym przejściem? A może i Amarczycy, i tutejsi, pochodzą z jeszcze innego miejsca, do którego też jest takie przejście? Uczeni z Elby na pewno bardzo chętnie zbadają ten fenomen. Na chwilę przystanęła, bo przeszło jej przez myśl, że może tutejsi uczeni już nad tym pracują i będą w stanie sami otworzyć drzwi do Amaru… Targnęło nią złe przeczucie, jakby taki obrót spraw nie oznaczał dla Akurii niczego dobrego. 

    Obrót, trzy kroki. Ziewnęła. Na zewnątrz na pewno noc zapadła już dawno, o tej porze powinna już spać. Ale jak, skoro nie ma gdzie, a przez te przeklęte lampy jest tu widno jak w letnie południe? I jeszcze do tego zimno, Nikka, nie zapominaj o zimnie - uśmiechnęła się do siebie. Nie ma co, w takich warunkach nie uśnie, i o to właśnie chodziło Hillowi, nagle stało się to dla niej jasne. Owszem, może nie spać jedną noc i nic się nie stanie. Ale dwie… Trzy?... Nigdy tego nie próbowała. Kiedy zacznie błagać, żeby pozwolił jej odpocząć?  Kiedy jej zmęczony umysł odpuści sobie kontrolę nad udręczonym ciałem i powie wszystko, byle tylko dali jej spokój? Postanowiła, że do tego nie dopuści. Będzie udawać wyczerpaną i uległą, i musi udawać na tyle dobrze, żeby Hill dał się nabrać. A we właściwym momencie powie mu to, co chce usłyszeć. Mogłaby stawiać opór do końca, ale wtedy albo pęknie, albo umrze. Lepiej będzie odejść na własnych warunkach zabierając ze sobą Płaszczkę.

    Straciła poczucie czasu, równie dobrze mogło minąć trzy, jak i pięć czy sześć godzin. Ziewała coraz częściej, ale wciąż pozostawała w ruchu. Trochę sobie śpiewała, trochę wspominała przyjaciółki ze szkoły i towarzyszy broni z oddziału. Myślała też o królu Mertinie. Minęło trzy miesiące odkąd odszedł do Tellarii. Może udało mu się już rozpocząć ofensywę przeciwko Murkey? Wystarczyło tylko rozpowszechnić odezwę wzywającą do walki, a tysiące Akuryjczyków powstaną prowadzeni do walki przez jej towarzyszy z Armii Wyzwoleńczej. Oczywiście przydałoby się też pożyczyć od Tellarczyków kilka pułków piechoty i co najmniej kilkanaście statków. Ciekawe czego zażyczyłby sobie król Relian w zamian za taką pomoc? Tym martwić musi się Mertin, w końcu upadek Akurii to była przynajmniej częściowo jego wina. Teraz ma szansę naprawić błędy, i lepiej niech zrobi to dobrze.

    Przystanęła i rozmasowała skronie. Od rozmyślań o wojnie i polityce zaczęła ją boleć głowa. Nagle usłyszała szum wody, zaraz po tym odgłos otwierania drzwi. Cofnęła się w głąb celi. To był jeden z tych obcych mężczyzn, łysy z brodą. Miał ze sobą wiadro, więc znów czekała ją zimna kąpiel. Starała się rozluźnić, a na twarz przywołać wyraz uprzejmego zainteresowania, jakby nic dziwnego się nie działo. Podszedł bliżej, odstawił wiadro i się uśmiechnął, bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnie. 

    Zaskoczył ją ciosem prosto w twarz, mocnym, starannie wymierzonym. W ostatniej chwili uchyliła się trochę i zamiast w nos oberwała w kość policzkową. Upadła i starała się nie ruszać, żeby go bardziej nie sprowokować. Łysy kopnął ją jeszcze w bok, ale jakoś tak bez większego przekonania, po czym bardzo dokładnie oblał zimną wodą. Wychodząc zabrał jej ubrania. 

    - Możesz powiesić je w ciepłym miejscu, niech chociaż one wyschną - powiedziała cicho podnosząc się powoli z podłogi, ale dopiero wtedy, gdy usłyszała, że zamknął za sobą drzwi. Lepiej żeby nie miał powodów, by tu wracać.

    Tak więc od nowa: wyżąć jak najwięcej wody z włosów, rozruszać się, rozmasować, poskakać. Twarz bolała i puchła, będzie wielki siniak po lewej stronie. Chodzić, od ściany do ściany, nie siadać na zimnej posadzce. Znów spróbować rozgrzać stopy. Trochę pośpiewać, póki nikt tego nie słyszy. Czas płynął dziwnie, raz wydawało jej się, że powinien być już następny dzień, może nawet południe, potem, że siedzi tu najwyżej kilka godzin. Ziewała coraz mocniej, a później zaczęła też kaszleć. O ile uda jej się przeżyć - chociaż nie zakładała takiej możliwości - czeka ją paskudne choróbsko i długie leżenie w łóżku.

    Łysy z wiadrem odwiedził ją jeszcze raz. Tym razem nie bił, lecz wymownie wskazał palcem na podłogę. Położyła się posłusznie i dała się polać. Coś do niej powiedział, ale oczywiście nie zrozumiała. Kolejne godziny zimna i samotności. Na początku drżała na całym ciele, ale kiedy woda wyparowała zrobiło się prawie znośnie. Była już zmęczona, myśli odpływały daleko i nagle przyłapała się na rozpamiętywaniu starej znajomości z Kellem i ich pierwszych szczeniackich pocałunków… Kiedy to było? Z pięć lat temu? Teraz te wszystkie wspólne chwile, gdy wspinali się na skały, by oglądać Port Albis z góry, wydawały jej się wspomnieniami z innego życia. Potem przypominała sobie Malenę, jedyną arystokratkę, którą darzyła szczerą sympatią. Szalona Malena, pyskata i szczera do bólu, czy też, jak nazywała ją dyrektorka, niewychowana pannica, której ktoś powinien przemówić do rozsądku. Kiedy chciała, potrafiła być miła i słodka, ale to ona zawsze miała najbardziej szalone pomysły. Jak wtedy, gdy przyniosła do szkoły żywego szczura, wypuściła go na lekcji i udawała, że absolutnie nie ma z tym nic wspólnego…

    Teraz zarówno Kell, jak i Malena mogli już nie żyć. Odepchnęła od siebie tę myśl i padła na kolana, by prosić Panią Inę o opiekę nad nimi. Potem rozszerzyła modlitwy o swoją matkę, Anę, Mertina, Ingę, Kalię… Rozłożyła ręce i uniosła głowę tak, jak to się zazwyczaj robi. Zamknęła oczy, by znów nie zostać oślepioną. Tutaj i tak nie było widać nieba… 

czwartek, 14 stycznia 2021

rozdział 26

    Kalia wróciła kiedy na zewnątrz słońce już powoli zbliżało się do zachodu. Szła z Hillem, uwieszona na jego ramieniu. Inga i Nikka od razu rzuciły się w ich stronę, ale powstrzymał je strażnik z bronią. Dziewczyna wyglądała na oszołomioną, miała też zaczerwienione i załzawione oczy. Hill zaskakująco delikatnie podtrzymał ją, gdy potknęła się o własne nogi, po czym oddał ją Indze. 

    - No, no, pani komandor Selino, kto by się spodziewał? Czy może wolisz, żeby cię nazywać Królową Piratów? - pytał Nikkę drwiącym tonem, ale ona puściła to mimo uszu. Razem z Ingą ostrożnie oglądały Kalię szukając śladów po torturach, nic jednak nie znalazły. Dziewczyna kurczowo złapała się Ingi i zaczęła łkać.

    - Dlaczego Nikka mnie nie lubi? Dlaczego się ze mnie śmieje? Chciałam… być taka jak ona, a ona mnie nie lubi… - szlochała pociągając nosem. 

    Nikka podwinęła jej najpierw jeden, potem drugi rękaw. Tak jak myślała: w zgięciu lewego łokcia widać było świeży ślad po igle. Widocznie ten żółty lek zadziałał na Kalię tak, jak powinien zadziałać na nią.

    - Przepraszam, przepraszam cię, nie powinnam się z ciebie śmiać, przepraszam… - szeptała teraz gorączkowo do pogrążonej w rozpaczy dziewczyny. - I lubię cię, Kalia, oczywiście, że cię lubię, nie wiem, dlaczego pomyślałaś....

    - Dość tego Selino, teraz pójdziesz ze mną - ostro przerwał im Hill.

    - Inga, wytłumacz jej potem, że to nie jej wina. Podał jej to samo świństwo, co mi - oświadczyła, po czym dumnie odwróciła się do Hilla. 

    - Tak, jestem Nikka Selino, komandor Armii Wyzwoleńczej, służę królowi i Królestwu Akurii - prowokacyjnie patrzyła mu prosto w oczy. - A ty kim jesteś panie Hill? Jeśli to w ogóle jest prawdziwe nazwisko - zakończyła równie drwiąco, ale on, oczywiście, nic sobie z tego nie robił.

    - To ty masz odpowiadać na pytania - zbył ją. - Chodźmy, przed nami wiele pytań.

    Nie odezwała się już więcej, chociaż próbował ją zagadywać kiedy skuwał jej ręce metalowymi kajdankami, kiedy prowadził ją na zewnątrz na pakę małej ciężarówki i kiedy przykuł ją dodatkowo do zaczepu wystającego z karoserii. Towarzyszył im wysoki czarnowłosy mężczyzna, jak dotąd milczący. Nikka z rozbawieniem zauważyła, że ma na sobie takie same dziwaczne spodnie z kieszeniami, jakie miał Hill w trakcie ich pierwszego spotkania. Miał też broń, zauważyła ją pod kurtką, gdy siadał na niskiej ławeczce naprzeciw niej. Gdyby nie była skuta, może zdążyłaby po nią sięgnąć, ale teraz nie miała takiej możliwości. Hill uderzył dwa razy pięścią w metalową przegrodę oddzielającą ich od sternika, dając mu znak do jazdy, po czym usiadł obok niej.

    - Nika, Nika, już widzę, jak planujesz coś zrobić z tym… pistoletem, tak? 

    Nie odpowiedziała mu na pytanie, ale nie mogła się powstrzymać, by go nie poprawić.

    - Mówi się Nikka, przez dwa k. Jak mam z tobą rozmawiać, skoro nawet nie potrafisz wymówić mojego imienia?

    - Tak jest, pani komandor, zapamiętam to, Nikka, przez dwa k, oczywiście. A wy tam w tej Akurii rekrutujecie do wojska od ilu lat? Ośmiu? Dziesięciu? Ty chyba zaczynałaś jako pięciolatka, prawda? W każdym razie imponująca kariera, gratuluję.

    Próbował ją zdenerwować, wyprowadzić z równowagi. Obrzuciła go spojrzeniem, które miało mówić “wiem, co kombinujesz”, po czym podniosła głowę i utkwiła wzrok w suficie. Ciągle jeszcze nie dotarła do niej groza sytuacji. Zdawała sobie sprawę, że Hill bynajmniej nie zabiera jej na miłą pogawędkę do ogrodu, parku czy w inne równie urocze miejsce. Ale fizycznie jeszcze tego nie odczuwała. Ciągle czuła ulgę, że Kalii nie spotkało nic złego, że Hill poprzestał na podaniu jej tego czegoś.

    Tymczasem jej towarzysze podróży wymienili między sobą parę zdań i zaśmiali się z jakiegoś żartu. 

    - Cieszę się, że twoja błyskotliwa wojskowa kariera wyszła na jaw - Hill nie zamierzał dawać jej spokoju. - Ułatwiłaś mi pracę, nie będę ukrywać. Gdybyś była cywilem… No, nie byłoby to dla mnie zbyt komfortowe. A teraz jesteś jak każdy inny żołnierz obcego państwa.

    Uśmiechnął się do niej, samymi kącikami ust. Jasnoniebieskie oczy pozostały niewzruszone. To ją zmroziło, ale miała nadzieję, że nie zauważył.

    - W takim razie pani Nikko, może zechciałaby sobie pani to ułatwić i szczerze odpowiedzieć na kilka pytań? Nie odjechaliśmy jeszcze daleko, możemy wrócić i oprowadzi mnie pani po swoim tajemniczym statku. 

    - To wykluczone, Hill.

    - Jak sobie chcesz, Selino, ale pamiętaj, to zawsze będzie dostępna opcja. To od ciebie będzie zależeć kiedy przerwiemy pracę.

    To brzmiało jak zwykła pogawędka, ale w każdym jego słowie czaiła się groźba. Nikka zaczynała czuć chłód w stopach i dłoniach, jakby jej krążenie nagle zwolniło. Dziwne, w chwili stresu serce powinno przecież bić szybciej… Zacisnęła pięści, mocno, aż poczuła jak paznokcie wbijają jej się we wnętrze dłoni. Zabolało, ale dzięki temu wróciła do normalności, przynajmniej na jakiś czas. 

    - Zanim dojedziemy, możemy jeszcze sprawdzić jedną rzecz - kontynuował Hill jak gdyby nigdy nic. Wyciągnął znaną już Nikce metalową kasetkę i nabrał żółtego płynu do strzykawki. Robił to powoli, bo ciężarówką trochę trzęsło. 

    Czarnowłosy spytał o coś Hilla, ten zbył go krótkim zdaniem. Oddałaby wiele, by rozumieć ich język. Bez oporu dała sobie wstrzyknąć to świństwo, zadziała to zadziała, trudno. Hill nie był delikatny, wbił igłę szybko i głęboko. Syknęła, ten drugi uśmiechnął się szyderczo. Minęło kilka minut, Hill ciągle mówił, ale ona nie czuła żadnej różnicy. Specyfik znów nie zadziałał, podziękowała więc Pani Zoyannie, która widocznie uczyniła ją odporną. 

    - Będziesz musiał się bardziej postarać, Hill. W ogóle ty masz jakieś imię?

    Zignorował ją i zaczął rozmawiać z czarnowłosym, który wydawał się być zdziwiony tym, że lek nijak na nią nie wpłynął. Co jakiś czas Hill uprzejmie pytał ją, czy jednak się nie rozmyśliła i nie zechce załatwić sprawy rozsądnie i pokojowo, ona odmawiała, coraz mniej uprzejmie. Podróż ciągnęła się i ciągnęła, ale chyba nie trwała dłużej niż dwie godziny. Kiedy wyprowadzili ją z ciężarówki, nie zapadły jeszcze całkowite ciemności. Ciekawie rozejrzała się po nowej okolicy, ale zobaczyła tylko las, drogę, światła miasta gdzieś w oddali i nieduży dom, do którego właśnie zmierzali. Sternik wysiadł wraz z nimi. Był równie wysoki, jak ten czarny, ale sporo od niego starszy i łysy, za to mocno zarośnięty na twarzy. Czyli było ich trzech, w tym przynajmniej jeden uzbrojony. A ona wciąż w kajdanach, marne szanse.

    W środku domu uderzył ją dziwny zapach, jakby przez dłuższy czas nikt tu nie mieszkał. Nie miała szans obejrzeć wnętrza, bo od razu sprowadzili ją stromymi schodami prosto do piwnicy i wrzucili do niewielkiej, lecz wysokiej celi z metalowymi drzwiami. Tam Hill łaskawie zdjął jej kajdany. 

    - Nikka, masz jeszcze szansę. Jeszcze nie musimy tego robić.

    - Ile razy mam powtarzać? Nie mogę, Hill, nie mogę - cela miała kamienną podłogę i mały odpływ, więc łatwo było zmyć krew. Na pewno nie była pierwszą osobą zamkniętą tutaj. Co by się nie działo, spróbuje wytrzymać dzień, jeden dzień.

    - Jak sobie chcesz. Ale pamiętaj, wystarczy tylko trochę szczerości, i wszystko będzie dobrze.

    Cofnął się o krok, dotknął czegoś na ścianie, a ją zalało oślepiające białe światło. Potem odezwał się do swoich kolegów i zdawał się na coś czekać. Usłyszała jakby szum wody w rurach, gdzieś obok, całkiem blisko. Po chwili zjawili się tamci, każdy z blaszanym wiadrem pełnym wody.

    - Pomyślałem, że pani komandor może brakuje morza - Hill przepuścił ich w drzwiach. Domyśliła się, do czego zmierza, i tylko zamknęła oczy. Tak, dwa wiadra lodowatej wody wylądowały prosto na niej. - Nie jest słona, ale nie można mieć wszystkiego. W każdym razie baw się dobrze.

    Po prostu wyszli, zostawiając ją samą, przemoczoną, zziębniętą, skąpaną w jaskrawym blasku.

sobota, 9 stycznia 2021

rozdział 25

    Trwało to ze cztery, może pięć godzin, ale Nikka miała wrażenie, że minął cały dzień. Pierwszy raz nie zjadła obiadu, nie mogła zmusić się do przełknięcia nawet kawałka. Z nerwów bezwiednie zaczęła wbijać sobie zęby widelca w dłoń, tam, gdzie wciąż widać było ślady po pobiciu w więzieniu Murkey. Oderwała jeden strup, pociekło trochę krwi. Nacisnęła mocniej, jakby chciała się ukarać za to, co się stało. Ząb widelca złamał się i odprysnął na stół. Inga przyjrzała się jej z zaniepokojeniem.

    - Co ty robisz, przestań! - krzyknęła, widząc krew. 

    - To powinnam być ja, dlaczego nie wziął mnie?

    - Nie wiem, ale to nie twoja wina. Nie mogłyśmy nic zrobić.

    - No właśnie… Nienawidzę tej przeklętej bezsilności! - wybuchła nagle i z rozmachem zrzuciła swój talerz ze stołu. Był z tworzywa, więc nie roztrzaskał się z brzękiem, ale jedzenie malowniczo rozprysnęło się po podłodze, zwłaszcza zielony groszek i sos, który podano do mięsa. Nikka spojrzała na ten bałagan, po czym schowała twarz w dłoniach.

    - Kalia jest dumną Akuryjką, da sobie radę. Wiem, że to jeszcze dziecko i nie powinno się jej zmuszać do takich poświęceń, ale Nikka, na początku wojny nie byłaś wcale tak wiele starsza od niej, prawda? Wydaje mi się, że jej nie doceniasz.

    - Może… może masz rację - spojrzała na Ingę. Wydało jej się, że w to wierzy, że nie powiedziała tego tylko dlatego, żeby ją pocieszyć. - Przepraszam, nie musiałam się tak unosić. Posprzątam to. 

    Najpierw zebrała jedzenie z podłogi, potem wzięła z łazienki ręcznik, żeby umyć deski. Odrobina pracy dobrze jej zrobiła, pozwoliła zająć myśli czymś innym. Teraz chętnie poszłaby nawet kopać tellarium, żeby tylko uspokoić spanikowany umysł. Niestety tutaj nie było za wiele do roboty. Wypłukała brudny ręcznik, wyżęła go porządnie, przy okazji brudząc krwią. Tak, zapomniała o nowej ranie. Zaklęła, po czym wypłukała go jeszcze raz i wyżęła nieuszkodzoną ręką. I tak wieczorem odda go do prania, ale nie lubiła zostawiać po sobie nieporządku. Rozejrzała się jeszcze po łazience, ale nie było tu już niczego do sprzątnięcia, wróciła więc do Ingi.

    Przez dłuższą chwilę siedziały w milczeniu, ale w końcu zebrała się w sobie i zapytała:

    - Naprawdę uważasz, że nic więcej nie mogłam zrobić?

    - Nikka, nie zadręczaj się. Przecież widzisz jak to wygląda. Nas jest trzy, a ich? Cały kraj, cała armia. Możemy sobie być dzielne i patriotyczne ile chcemy, a oni i tak w końcu dostaną to, czego chcą.

    - Wiesz, że prędzej zginę, niż dam im statek. Nie zdradzę Akurii - oświadczyła Nikka patrząc koleżance prosto w oczy.

    - Wiem, i skoro uważasz to za słuszne… Nie będę cię powstrzymywać. Ale zastanów się, chociaż przez chwilę. Może jednak nie warto?

    - Ech, Inga - westchnęła ciężko. - Ja też widzę jak to wszystko wygląda. Rozum podpowiada mi, że współpraca byłaby dla nas lepszym wyjściem, ale… Nie wiem jak to ująć, czuję, po prostu czuję, że wrócimy do domu, wszystkie trzy. Nie wiem dlaczego, ani przez chwilę nie wydawało mi się, że coś pójdzie nie tak. Nawet kiedy mówię czy myślę o śmierci, nie wydaje mi się to realną perspektywą. 

    Inga patrzyła na nią i przytakiwała jej słowom, ale chyba nie rozumiała do końca.

    - A ja nie wiem dlaczego, ale ci ufam - powiedziała jednak. - Przeszłaś już tyle, że wierzę, że uda ci się i teraz. Bogowie muszą cię naprawdę lubić.

    - Dziękuję Inga, naprawdę dziękuję. Ktoś inny mógłby pomyśleć, że zaczynam wariować, a  ty obdarzasz mnie zaufaniem. 

    Uśmiechnęły się do siebie i przez chwilę czuły się naprawdę dobrze, jakby nic strasznego się nie działo i czekała je normalna, dobra przyszłość, wolna od wojny i strachu. A potem, prawie jednocześnie, przypomniały sobie o tym, że ich koleżanka właśnie teraz najprawdopodobniej jest torturowana, i ta szczęśliwa chwila prysnęła jak bańka mydlana.

    - Dobra, to ja może pójdę… umyć swój talerz - niezręcznie stwierdziła Inga i czmychnęła do łazienki.

    Nikka miała dwa wyjścia: znów zacząć użalać się nad swoją bezsilnością albo się pomodlić. Może bogowie naprawdę ją lubili?

    Pani Zoyanno, błagam cię, daj siłę Kalii, pozwól jej przetrwać… Pomogłaś mi, proszę, pomóż i jej… Ja ją zawiodłam, ale proszę cię, Pani, zrób dla niej to, czego ja zrobić nie mogę, oszczędź jej cierpienia. 

    Modliła się szczerze i żarliwie, ale dziś bogowie jej nie wysłuchali.

wtorek, 5 stycznia 2021

rozdział 24

    - Widzieliście, chciałem dać jej szansę, ale się uparła - zwrócił się do nich prezydent, jakby chcąc przerzucić ciężar odpowiedzialności na dziewczynę, która przed chwilą mu się postawiła. Hill wiedział, że tak to się skończy, już dawno widział w niej tę fanatyczną zaciekłość. Miał nadzieję, że te dwie pozostałe przestraszą się i przemówią jej do rozumu, ale nie, okazało się, że albo są tak samo szalone jak Nika, albo ona ma nad nimi jakąś władzę. Już niedługo będzie wiedział dokładnie, o co chodziło.

    Na razie jednak gorliwie potakiwał Philipowi Scottowi, zastępcy dyrektora, który tłumaczył prezydentowi, że oczywiście, są w stanie wyciągnąć od Niki wszystkie informacje nie czyniąc jej przy tym krzywdy.

    Trwałej krzywdy - doprecyzował w myślach. 

    Prezydent żądał natychmiastowego działania, a Hill i Scott byli na to przygotowani. Zawczasu ściągnęli dwóch speców od przesłuchań, którzy czekali niedaleko. Jednak najpierw Hill chciał spróbować jeszcze czegoś innego.

    Prezydent szybko pożegnał się z dziewczynami bardzo żałując, że nie udało im się osiągnąć kompromisu, po czym opuścił halę w towarzystwie Scotta i wojskowych. Hill został, co wywołało niemałe zdziwienie u Camilli Peake. Idąc do wyjścia co chwilę odwracała się i posyłała mu spojrzenia pełne niedowierzania i strachu. Mieszanie cywili w tę sprawę było głupie, ale na samym początku nie mieli za bardzo innego wyjścia. I tak udało się poprzestać tylko na dwóch osobach, które można było łatwo kontrolować zastraszeniem lub przekupstwem.

    No ale dość tych rozmyślań, miał tu przecież pracę do wykonania. Skinął na strażników spod drzwi, kazał im podejść bliżej i mieć broń w pogotowiu. Dziewczyny przysunęły się do siebie, najstarsza, Inga Warez zaczęła coś gorączkowo szeptać do Niki, ale ta przerwała jej zdecydowanym gestem i ruszyła w jego stronę. 

    - Selino, stój! - rzucił do niej używając poprawnego nazwiska. Bush nawet tego nie potrafił zapamiętać. 

    - Wiedziałam, że mówisz po naszemu - odwarknęła mu, ale nie zamierzała się zatrzymywać. Na miejscu osadziły ją dopiero wymierzone w nią lufy dwóch karabinów. - Dobrze, chodźmy więc i miejmy to już za sobą - dodała już mniej buntowniczym tonem.

    - Nie Selino, ja nie chcę ciebie. Biorę pannę Kalię, będziemy się razem dobrze bawić.

    - Ona nie wie jak włączyć statek.

    - Ale może wie, jak zmusić ciebie, żebyś to powiedziała - stwierdził Hill dość radosnym tonem. Kazał jednemu strażnikowi mieć na oku Nikę, drugiemu Ingę. Zmusił je, by odeszły na bok i uklękły na podłodze z rękami w górze. Po nastolatkę poszedł sam, przygotowany na to, że będzie wyrywać się i szarpać, bo sprawiała wrażenie krnąbrnej i rozkapryszonej pannicy, ale do niczego takiego nie doszło. Dała mu się wyprowadzić z hali, prychając tylko i warcząc na niego, żeby nie dotykał jej tymi brudnymi łapami. Krzyczała też do swoich towarzyszek, że niczego nie powie, choćby przesłuchiwał ją cały miesiąc. Ta deklaracja bardzo go ubawiła.

    Miał przygotowany w bazie pokój, w którym na samym początku Margareti przesłuchiwał Nikę. Nagle przypomniało mu się, jak wcześniej próbował podać jej tiopental. Wtedy się nie udało, być może przez jakąś nadprzyrodzoną interwencję. Albo może wszyscy mieszkańcy tamtego świata są odporni na taką chemię? Nie, to mało prawdopodobne, przecież te dziewczyny wyglądały i zachowywały się jak normalni ludzie. Testy DNA co prawda nie były jeszcze gotowe, ale pierwsze wyniki badań krwi nie odstawały od normy. Sam się sobie dziwił, ale bardziej prawdopodobna wydawała mu się opcja z bogami Amaru. Teraz sprawdzi, czy są gotowi pomagać wszystkim swoim wyznawcom.

    Zanim zaczął cokolwiek robić, zadzwonił do Johnatana każąc mu przyjść i przy okazji przynieść jego narzędzia i kamerę. Ignorował nastroszoną Kalię, która obrzucała go z pasją różnymi wyzwiskami, w których zaskakująco często powtarzały się słowa ”brudny” i “parszywy”. Dla Hilla było jasne, że próbuje w ten sposób zamaskować strach. 

    Spokojnie dziewczynko, przecież jeszcze nic ci nie robię - stwierdził w myślach. Chciał dać jej czas, by strach urósł i wziął górę nad poczuciem obowiązku. Bez pośpiechu zdjął marynarkę, rzucił ją na oparcie krzesła, potem usiadł naprzeciw Kalii. Patrzyli tak na siebie, on w milczeniu, ona początkowo jeszcze obrażała go w gniewie, ale w końcu też zamilkła, jakby wreszcie dotarła do niej powaga sytuacji. Powoli wytwarzał się pomiędzy nimi ten rodzaj napięcia, który sprzyjał zadaniu pierwszego pytania i otrzymaniu na nie w miarę szczerej odpowiedzi. Ale wszystko szlag trafił, bo do pokoju wszedł Johnatan i Kalia znów przybrała pozę sfochowanej nastolatki.

    - Młoda jest - rzucił Johnatan kładąc rzeczy na stole. Hill niespiesznie zaczął rozstawiać kamerę.

    - A co, przeszkadza ci to? - spytał. Nie pracował wcześniej z tym gościem, ale Bryn go polecił, a do Bryna miał już jako takie zaufanie. Może nie był najlepszy, i gdyby Hill miał więcej czasu, to ściągnąłby kogoś innego, ale miał reputację solidnego fachowca. Może to po niego powinien zadzwonić, ale chciał sprawdzić młodego przy prostej robocie. Dlatego Johnatan był tu teraz i wygłaszał głupie uwagi, a Bryn czekał w furgonetce.

    - Nie, tylko zazwyczaj jednak to wszystko wygląda inaczej - próbował się tłumaczyć.

    - Dziś nie będzie tak, jak zwykle. 

    - Czy to ma jakiś związek z tym rzekomym UFO, które widziano nad Cape Cod? I które stoi tu nakryte plandeką?

    Hill zmierzył go ostrym spojrzeniem.

    - Chyba nie myślisz, że ci powiem, co? Weź lepiej przytrzymaj mi tą młodą. będziemy zaczynać.

    Kalia tym razem próbowała walczyć, wyrywała się. Johnatan musiał mocno złapać ją za włosy, by siedziała nieruchomo. 

    - Puść mnie, ty śmierdzący bydlaku! Pożałujesz, zobaczysz, niech tylko moja rodzina się o tym dowie!

    - Może przetłumaczyć ci te czułe słówka? - uprzejmie zaproponował Hill. - Ta twoja mała ma całkiem cięty język. 

    - Obejdzie się. Co teraz, przytrzymać ci jej rękę? - spytał widząc, jak Hill wyjmuje strzykawkę i zaczyna przygotowywać tiopental. 

    - Taa… A jak będzie się bardzo rzucać, to możesz ją walnąć.

    Rzucała się, więc Johnatan ją walnął, uderzył otwartą dłonią w tył głowy, tak jak czasem dokuczają sobie chłopcy w szkole. Na jej twarzy odmalował się szok, jakby nigdy wcześniej nikt jej nie uderzył. Hill pamiętał, że rzekomo pochodziła z bogatej arystokratycznej rodziny, więc prawdopodobnie tak właśnie było.

    - Siedź spokojnie, albo mój przyjaciel pokaże ci, jakim potrafi być bydlakiem - powiedział w jej języku. - Daj rękę, to tylko zastrzyk. Potem porozmawiamy. 

    Kiwnęła głową i wyciągnęła ramię w jego stronę, nieśmiało, jakby wstydziła się uległości. Hill ostrożnie wstrzyknął jej standardową dawkę, starając się zrobić to delikatnie. Zauważył przy tym, że w oczach Kalii lśnią łzy, a ona sama pociąga nosem starając się nie rozpłakać. Może tiopental nie był konieczny? Nie, lepiej było ją jednak naćpać, żeby nagle nie włączył jej się tryb bohatera. Teraz trzeba tylko chwilę poczekać, pamiętać, żeby być uprzejmym, bo inaczej wybuchnie płaczem i nic nie powie.

    Zaczął od najprostszego pytania:

    - Nazywasz się Kalia Lin-Mollari?

    Przytaknęła.

    - Ładne nazwisko, podoba mi się, naprawdę.

    - Dziękuję.

    - Twoje imię też mi się podoba. Kalia… Czy ono coś znaczy? 

    - Była… taka bajka… O królewnie Kalii zamienionej w mewę. I chyba stamtąd wzięli je moi rodzice - głos jej się trochę zmienił, narkotyk zaczynał działać.

    - Ja nazywam się Ethan Hill. Wiem, to pospolite nazwisko. nie było żadnego króla Ethana - uśmiechnął się do niej. - A teraz, Kalio, czy mogłabyś mi opowiedzieć trochę o Nikce Selino?

piątek, 1 stycznia 2021

rozdział 23

    Zaraz po śniadaniu na ich hali - tak już o niej myślały, ich hala - zaczęło się zamieszanie. Nikka nakazała dziewczynom zachować spokój i nie reagować na kręcących się wokół ludzi. Siedziały więc przy stole i tylko obserwowały kilku mężczyzn, którzy sprawdzali każdy kąt posyłając im przy tym podejrzliwe spojrzenia. Nie mieli na sobie mundurów, tylko stroje podobne do tych, które nosili Erik Czen i pan Hill. Z tym ostatnim łączyła ich też pewność ruchów i ta nieufność we wzroku. Kiedy wreszcie przejrzeli wszystko dwa razy, jeden z nich wyszedł na chwilę, a potem wrócił prowadząc ze sobą prezidenta i jego świtę. 

    Przywitały się grzecznie, tak jak je wcześniej instruowano. President był dojrzałym mężczyzną, jeszcze nie staruszkiem, ale spokojnie mógłby być dziadkiem Kalii, najmłodszej z nich. Twarz miał przyjemną, włosy ścięte dość krótko, przetykane siwizną. Uśmiechał się szeroko i szczerze, a przynajmniej tak to wyglądało. Towarzyszyło mu kilka osób: Kamilla jak zwykle w roli tłumaczki, kolonel Margareti razem z innym wojskowym, być może wyższym od niego stopniem, oraz łysy, poważnie wyglądający mężczyzna, który trzymał się trochę z tyłu. U jego boku stał nie kto inny, jak Hill we własnej osobie.

    - To dla nas zaszczyt, że zechciał nas pan odwiedzić, mister prezident - oświadczyła poważnie Nikka, po czym musiała powstrzymać się od ukłonu, który wydawał jej się czymś naturalnym w takiej sytuacji. 

    Prezident Busz patrzył na nie z góry, gdyż był całkiem wysoki, uśmiechał się, i był dla nich miły. Pytał, czy jest im tu dobrze i czy niczego im nie brakuje. Nikka zapewniła go, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, są wdzięczne za gościnę i pomoc medyczną. Nie wspomniała o przesłuchaniach i próbach wyciągnięcia informacji o statku, nie było sensu psuć tej miłej atmosfery. Potem prezident porozmawiał chwilę z Ingą i Kalią, które powtórzyły mu z grubsza to samo. Kamilla rzucała im nieco zaniepokojone spojrzenia, ale nie odważyła się odezwać, pozostała przy tłumaczeniu. Za to Nikka starała się obserwować Hilla, kiedy tylko miała ku temu okazję, nie ufała mu ani trochę. Sama jego obecność nie zwiastowała niczego dobrego.

    Niestety okazało się, że Nikka miała rację, chociaż bardzo, ale to bardzo nie chciała jej mieć. Po krótkiej rozmowie, w której wszyscy byli dla siebie mili, prezident wrócił do Nikki i przeszedł do konkretów. Wojskowi, pan Hill i jego towarzysz słuchali uważnie tej wymiany zdań.

    - Widziałem wasz statek na zewnątrz, piękna technologia - zaczął.

    - Dziękuję - odparła krótko.

    - Powiedziano mi, że pani zazdrośnie strzeże jego sekretów. A czy nie wydaje się pani odpowiednie podzielenie się z nami odrobiną wiedzy w dowód wdzięczności za pomoc?

    - Nie mogę tego zrobić - nie dodała “przykro mi”, bo byłoby to kłamstwem. Doceniała fakt, że przywódca tego kraju spotkał się z nimi osobiście, nie chciała mu kłamać w żywe oczy.

    Prezident Busz zrobił zawiedzioną minę.

    - Dlaczego nie, pani Selina? - Kamilla pominęła nazwisko, ale Nikka i tak usłyszała, że trochę je przekręcił. - Wygląda na to, że utknęłyście tu na dobre, więc czy nie rozsądnie byłoby współpracować?

    - Ja wciąż wierzę, że jednak uda nam się wrócić do domu.

    - Nasi naukowcy twierdzą, że będzie to trudne, a może nawet niemożliwe. Naprawdę nie uważasz, że w takiej sytuacji pełna współpraca jest najlepszym wyjściem?

    - Z całym szacunkiem, ale ponownie muszę odmówić, mister prezident - twardo obstawała przy swoim. Prezident westchnął, po czym odwrócił się w stronę swoich towarzyszy i zaczął rozmawiać z tym łysym. Tego Kamilla nie tłumaczyła, za to zwróciła się do Nikki nerwowym szeptem:

    - Proszę, daj im to, czego chcą. Nie wyobrażasz sobie, co ci zrobią, jeśli odmówisz…

    - Owszem, wyobrażam sobie. I jestem na to gotowa.

    - A one? Pozwolisz, by też cierpiały?

    - Nic nie wiedzą, a Hill o tym wie. Nie ma powodów, by je torturować.

    Kamilla skrzywiła się słysząc to słowo wypowiedziane na głos. Była z niej dobra kobieta, ale jasne było, że nigdy wcześniej nie miała do czynienia z wojną czy chociażby polityką. Może udałoby się jakoś wykorzystać tę dobroć?

    - Kamilla, słuchaj, chcesz pomóc, prawda? - Nikka delikatnie złapała ją za ramię - Więc powiedz mi proszę, o czym oni rozmawiają.

    Tłumaczka spojrzała na pogrążonych w rozmowie mężczyzn. Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Bała się, albo jednak miała dość rozumu, by nie zdradzić swojego władcy. Nikka spuściła głowę. Szanowała Kamillę na tyle, by przestać ją naciskać. 

    President spróbował jeszcze raz. 

    - Pani Selina, nie będę kłamał: w tej chwili amerikańscy żołnierze walczą na dwóch wojnach z dala od domu. Walczą i giną, a ja zrobię wszystko, żeby wygrali i żeby zginęło ich tam jak najmniej, rozumie pani. Wygląda na to, że technologia zastosowana w pani statku może mi w tym pomóc, więc zrobię wszystko, żeby ją zdobyć, rozumie pani?

    Nikka wysłuchała tłumaczenia tej przemowy, po czym wyprostowała się, wystąpiła do przodu - tylko trochę, pół kroku, żeby nie sprowokować strażników. Spojrzała Buszowi prosto w oczy i zaczęła mówić, powoli, spokojnie, ale stanowczo, żeby zakończyć ten temat raz na zawsze.

    - Ten statek nie jest mój, to własność Wojsk Królestwa Akurii, więc nie mam prawa nim dowolnie rozporządzać. Co więcej, jeśli wam go oddam, będzie to oznaczać zdradę mojego kraju. A ja nie jestem zdrajczynią, i nigdy nią  nie będę. Pan, jako… - tu chwilę się zawahała, uciekło jej właściwe słowo - przywódca kraju na pewno to rozumie, mister prezident - zakończyła, i znów musiała się powstrzymać przed ukłonem, tak silna była aura władzy otaczająca stojącego przed nią mężczyznę. Albo przynajmniej tak jej się w tej chwili wydawało.

rozdział 80

     Ostatnia godzina minęła nie wiadomo kiedy. Potem Nikka nie za bardzo pamiętała ten czas, czuła się podekscytowana i zdenerwowana jednoc...