czwartek, 25 lutego 2021

rozdział 37

    Stało się tak, jak przypuszczała Nikka: Amerikanie trochę im odpuścili. Na początku kolonel Margareti odwiedzał je jeszcze dość często, ale z biegiem dni pojawiał się coraz rzadziej. Erik i Kamilla przychodzili prawie codziennie. Ona narzekała trochę, że zebrała tu tyle materiału do badań, ale wojskowi zabronili jej cokolwiek opublikować. On zdecydowanie zbyt często rozmawiał z Ingą ignorując resztę, ale Nikka udawała, że tego nie widzi. Niech przynajmniej oni mają trochę rozrywki.

    Dla samej komandor Selino bezczynne siedzenie w hali było dziwne. Trafiały się dobre dni, kiedy chętnie uczestniczyła w rozmowach, śmiała się, wygłupiała i z przyjemnością słuchała śpiewu Ingi. Większość dni mijała przeciętnie, trochę razem, trochę osobno. Wtedy często nachodziła ją ochota na sprzątanie, sprzątała więc ich niewielką łazienkę, trzepała pościel i słała łóżka po swojemu, kilka razy przecierała stół. Chętnie zrobiłaby coś jeszcze, może uszyła prostą suknię? Nigdy nie przypuszczała, że będzie jej brakować szycia, zawsze uważała to za żmudne i nudne zajęcie. A tu proszę, teraz chciałaby machać igłą dla rozrywki. Niestety tutaj nie było za wiele do roboty, nikt też nie przyniósłby jej ani tkaniny, ani przyborów. Zabijała więc czas modlitwą, obserwacją chmur czy nieco obojętną konwersacją z dziewczynami. Dni robiły się coraz krótsze, a noce coraz zimniejsze. W końcu zauważyły, że na zewnątrz pada śnieg, a niebo zasnute ciężkimi chmurami ma wreszcie właściwy, szary kolor. 

    Były też złe dni, kiedy o poranku przez długie minuty musiała przekonywać samą siebie, że jednak warto wyjść z łóżka. Tak łatwo było jej wtedy zapomnieć, że tu dowodzi i swoją postawą musi dawać dobry przykład. Tak łatwo byłoby po prostu siedzieć, patrzeć w przestrzeń nieobecnym wzrokiem i raz po raz przeżywać tamte chwile z tamtej piwnicy… Czasem, kiedy jednak pozwalała sobie na moment słabości, zdawało jej się, że gdzieś na granicy pola widzenia majaczy jej pociągła, surowa twarz Itana Hilla, który patrzy na nią jakby była córką, na której srogo się zawiódł jako ojciec.

    Kalia i Inga nauczyły się rozpoznawać te gorsze dni i dawały jej wtedy spokój. Czasem trwało to tylko kilka godzin, czasem dłużej, ale w końcu zbierała się w sobie i z większym entuzjazmem dołączała do ich codziennej rutyny. Na zewnątrz robiło się jakby cieplej, częściej świeciło słońce, o poranku i wczesnym wieczorem słyszały śpiew ptaków. Przyroda odżywała, zaczynał się kolejny rok odwiecznego cyklu zmian. I tylko one, trzy dziewczyny z Amaru uwięzione w tym niezbyt przyjaznym świecie, trwały pozornie bez celu i bez ruchu.

    Nie mogło obyć się bez tarć. Raz Nikka spędzała w łazience wyjątkowo dużo czasu, bo okres okazał się być bardziej bolesny niż zwykle. Ciepła woda pomagała i najchętniej zostałaby pod prysznicem cały dzień, no ale w końcu trzeba było stamtąd wyjść. Na hali zobaczyła dziwną scenę: Inga i Kalia nagle zamilkły, niemalże odskoczyły od siebie, a ich spojrzenia były pełne niechęci. Wyglądało na to, że dziewczyny się pokłóciły, i to dość ostro. Nikka spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego. Zawsze były ze sobą blisko, więc ta awantura nie wróżyła niczego dobrego. Nikka postanowiła zainterweniować, zanim konflikt uprzykrzy życie im wszystkim.

    Podeszła do nich zdecydowanym krokiem i zapytała:

    - Czy możecie wyjaśnić mi, co się tu właściwie stało?

    - Nic, nieważne - mruknęła Kalia i zaczęła odwracać się, by odejść.

    - Stój młoda. To nie wyglądało jak nic.

    - Nic się nie stało, Nikka. To nasza sprawa - niespodziewanie wsparła ją Inga. 

    Nikka tylko przewróciła oczami. Tak się chcecie bawić? Więc trzeba będzie to rozegrać inaczej. Przypomniała sobie Irriego Setiena, jedynego prawdziwego oficera, którego dobrze poznała w czasie wojny. Irri był co prawda tylko kapitanem, i to takim bez własnego statku, ale miał duże ambicje, w realizacji których przeszkodziło mu tylko niskie pochodzenie i wojna. Teraz mógł jednak na tym zyskać, w końcu to on zorganizował całą Armię Wyzwoleńczą w stolicy i jej mieszkańcy go uwielbiali, choć oczywiście ze względów bezpieczeństwa nie wiedzieli o nim praktycznie nic. Mogło też się okazać, że jego nowy stopień admirała, który właściwie sam sobie nadał, będzie tak samo bezużyteczny, jak komandor Nikki. Co by się nie działo, przez ponad rok był jej przełożonym, i wszystko, czego zdołała się nauczyć o dowodzeniu ludźmi, zawdzięczała właśnie jemu.

    Przypomniała sobie jego postawę i ton głosu, którym łagodził spory pomiędzy podległymi mu oficerami, którzy w gruncie rzeczy byli bandą młodzików zafiksowanych na punkcie bicia Murkey. Karcący, ale bez złości, no bo w końcu wszyscy mieli wspólny cel.

    - Starsza mat Warez, czy ja muszę wydać ci rozkaz, żebyś powiedziała, co tu zaszło?

    Ingę chwilowo zamurowało. Tak, przez kilka miesięcy żyły tu jak cywile, ale to nie oznacza, że mogą zapomnieć o wojnie. Wyprostowała się i zaczęła mówić patrząc w jakiś punkt ponad ramieniem Nikki.

    - Nie, pani komandor. Przepraszam pani komandor. Już mówię, jak było…

    Nikka przerwała jej uniesieniem dłoni.

    - Dobra Inga, nie musisz składać mi raportu. Usiądźmy i szczerze porozmawiajmy. Wiecie przecież, że nie możemy być ze sobą skłócone. I nie ma tu czegoś takiego jak wasze prywatne sprawy. Siedzimy tu razem, nie mamy dokąd przed sobą uciec. O cokolwiek się pokłóciłyście, to i tak wyjdzie, i tak się dowiem. Wyjaśnijmy więc wszystko od razu, tak będzie najlepiej.

    Może trochę niechętnie, ale poszły z nią do stołu i usiadły.

    - Powiedziałam, że ma być szczerze, więc zacznę - kontynuowała. - Nie jesteście głupie, widzicie, co się czasem ze mną dzieje. Mam… wątpliwości. Zastanawiam się, dlaczego jeszcze żyję, skoro jestem całkowicie bezużyteczna. Czy nie lepiej byłoby, gdybym zginęła dawno temu robiąc coś dobrego. To są głupie myśli i wiem, że żywa przynajmniej mogę jeszcze coś zdziałać, ale są takie natrętne… Przegnanie ich zajmuje mi czasem trochę czasu. - Czasu, w którym myślała przeważnie o najgorszym, ale tego już nie powiedziała głośno. Szczerość jednak powinna mieć jakieś granice. - Wiem, że siedzimy tu pozornie bez sensu i nudzimy się strasznie. Wiem, że wszystkie chciałybyśmy wrócić do domu, jednak dalej nie widzę takiej możliwości. Nie dość, że nadal jesteśmy pod strażą, to jeszcze reaktor Płaszczki wybuchł, nie mamy więc jak czym odlecieć. To są moje problemy, raz bezsilność, raz złość nią wywołana. Próbuję nad nimi zapanować, chyba mi się udaje, ale chcę, żebyście o tym wiedziały i pomogły mi, jeśli przestanę sobie radzić.

    Specjalnie użyła słowa “jeśli” zamiast “kiedy”, ale nie miała złudzeń, jeśli będą tu dalej zamknięte, kiedyś nadejdzie ten najgorszy dzień i stanie się z nią coś naprawdę złego.

    - A teraz słucham, jaki wy macie problem?

    Dziewczyny popatrzyły na siebie. Kalia trochę demonstracyjnie skrzyżowała ręce na piersi, dając tym samym sygnał, że nie zamierza mówić pierwsza. Chcąc nie chcąc odezwała się więc Inga:

    - Właściwie nasz jest bardzo podobny do twojego. Nie chciałam cię tym martwić, ale masz rację, i tak by w końcu wyszło - rzuciła Kalii wymowne spojrzenie. - Panna Lin-Mollari sugerowała mi, że jesteś nieudolna i nie potrafisz zabrać nas do domu, więc to ja powinnam przejąć dowództwo i, tu cytuję, “zacząć wreszcie coś robić”. Odmówiłam, oczywiście, jako że całkowicie zgadzam się z twoją oceną naszej sytuacji - wyrzuciła to z siebie dość oficjalnym tonem, po czym zamilkła, czekając na reakcję Nikki.

    Ach, więc chodziło tylko o to. Kalia już kiedyś miała takie pretensje. Przez chwilę myślała, że może jej towarzyszki nagle zapałały do siebie nienawiścią i nie będą w stanie na siebie patrzeć.

    - Kalia - zwróciła się do wciąż naburmuszonej dziewczyny - to normalne, że chcesz działać. My też chcemy, ale widzimy, że lepiej będzie odłożyć to działanie na lepszy moment. Ta cała sytuacja nie może przecież trwać wiecznie. I teraz Kalia, wyobraź sobie, że wracam do domu za rok, dwa czy pięć, jadę do Ellis i staję przed twoją rodziną. Są tam twoi rodzice, babcia, brat, nawet ci kuzyni, o których kiedyś nam opowiadałaś. Jak myślisz, co woleliby usłyszeć? “Proszę, oto wasza Kalia, spisała się naprawdę dobrze, chociaż było nam ciężko” czy “Przykro mi to mówić, ale wasza Kalia zginęła w trakcie próby ucieczki”?

    To pytanie chyba dało jej do myślenia, bo zwiesiła głowę i nawet nie próbowała się tłumaczyć. Nikka nie chciała kończyć w tak pesymistyczny sposób, więc dodała jeszcze:

    - Ale wiecie, jeśli wymyślicie jakiś fajny plan, to od razu przyjdźcie z nim do mnie, będziemy kombinować. Przecież nie mam zamiaru siedzieć tu nie wiadomo jak długo.

czwartek, 18 lutego 2021

rozdział 36

    Po paru dniach wszystko wróciło do względnej normalności. W szpitalu, oprócz Kamilli, odwiedził Nikkę tylko Margareti. Pytała, co ze statkiem, ale nie dostała odpowiedzi. Obiecał jej jednak, że wróci do swoich koleżanek, jak tylko wydobrzeje. Fizycznie czuła się normalnie, ale psychicznie wciąż nie było dobrze. Próbowała nie wracać myślą do wydarzeń z domku w lesie i, o dziwo, było to łatwe. W ogóle żeby o czymkolwiek pomyśleć musiała się wręcz do tego zmusić. Czuła się otępiała i poddawała się zabiegom lekarzy z obojętnością. Podejrzewała, że Pan Reed uzdrowił jej ciało, i chyba miała rację, bo szybko nabierała sił. Kamilla ciągle powtarzała, że już za chwilę wypuszczą ją ze szpitala, ale nastąpiło to dopiero po sześciu dniach. 

    Kolonel Margareti pofatygował się po nią osobiście. Dostała też ubranie, które Kamilla określiła jako “normalne”. Dla Nikki nadal był to strój roboczy, tylko uszyty z bardziej kolorowych i sztywniejszych tkanin. W drodze towarzyszył im uzbrojony żołnierz, lecz nie została ani skuta, ani rzucona na pakę ciężarówki. Tym razem jechała z Kamillą na tylnym siedzeniu auta Margaretiego i mogła oglądać miasto.

    A takiego miasta jeszcze w życiu nie widziała, no, tylko wtedy, gdy dopiero pojawiły się na Erf i przelatywały nad jednym z nich. Szerokie ulice pełne aut. Dużo drzew powoli przybierających jesienne barwy, dokładnie tak samo jak w północnych regionach Akurii. Domy i budynki rozrzucone na dużych przestrzeniach jak klocki, kanciaste, przeważnie szare lub białe, ale zdarzały się też kolorowe. Kamilla objaśniała jej różne rzeczy, mówiła coś o wielu sklepach w jednym budynku, niskim i bardzo rozległym, szkołach i innych takich, ale Nikka nie słuchała jej uważnie. Po prostu siedziała i patrzyła chłonąc ten dziwny świat, niby podobny, lecz jednak tak różny od miejsca, w którym się urodziła i wychowała.

    W końcu wjechali na teren strzeżony przez wojsko. Nikka skupiła się bardziej i zaczęła uważnie obserwować zabezpieczenia. Punkt kontrolny strzeżony przez żołnierzy z karabinami. Ogrodzenie z metalowej siatki, wysokie. Dałoby się przez nie przejść, ale wymagałoby to trochę czasu. Reflektory, to mogłoby utrudnić ucieczkę w nocy. Pewnie mają też patrole… Byłoby trudno, ale istniały szanse. Gorzej z wydostaniem się z sali.

    Minęli kilka budynków i wyjechali na otwartą przestrzeń. Nikka poznała to miejsce, to tutaj lądowała Płaszczką. Od razu rozejrzała się w poszukiwaniu statku, lecz musiała zmrużyć oczy i odwrócić wzrok. W jego miejscu znajdowała się kula oślepiająco białego światła.

    Margareti odwrócił się do tyłu i powiedział prosto do niej:

    - Soł, dis is jur szip.

    - To jest twój statek - przełożyła Kamilla.

    - To… Czyli jednak wybuchł, tak jakby - widziała ten błysk, zanim Pan Reed wezwał ją przed swe oblicze. Moc boga powstrzymała eksplozję reaktora i teraz tylko tak sobie świecił. Innego wytłumaczenia nie było. Według jej wiedzy nie istniał żaden sposób, żeby ludzie mogli zatrzymać rozpoczętą reakcję termojądrową. 

    - Kolonel pyta, czy wiesz, co się stało.

    No tak, oczywiście, znów pytania. Czy to się nigdy nie skończy? 

   - Powiedz mu, że to bóg zatrzymał wybuch. I nie, nie wiem, co dalej ani jak to naprawić. I radzę wam zostawić to wszystko w spokoju i nie sprzeciwiać się woli Pana Reeda - zakończyła stanowczym, ostrzegawczym tonem. Jeśli coś się stanie, będą sami sobie winni.

    Kamilla i Margareti pogrążyli się w dyskusji, której nie rozumiała. Nie trwało to długo, bo okazało się, że ich hala dosłownie graniczy z lądowiskiem, i gdyby okna nie były zasłonięte, to mogłyby przez nie widzieć Płaszczkę. Została wyprowadzona, nie, raczej odeskortowana do środka przez żołnierza, który wcześniej sterował autem. Kamilla poszła z nią. 

    -  Kolonel dziękuje ci, że nie sprawiałaś kłopotów w podróży - niemalże szepnęła jej do ucha. Nikka odwróciła się do wojskowego, który został nieco z tyłu. Teraz nie miała już wątpliwości, że Amerikanie są raczej wrogami niż przyjaciółmi, ale w tej chwili Margareti wyglądał tak… poczciwie? Przyjacielsko? Ciężko było to nazwać, lecz w porównaniu do Hilla i jego koleżków wydawał się być niemal osobą godną zaufania. Wyprostowała się więc, założyła ręce do tyłu i posłała mu krótkie wojskowe skinięcie głowy, jakim w Akurii pozdrawiali się oficerowie. Chyba to zrozumiał, bo odpowiedział podobnym gestem. Jeszcze przez chwilę patrzyli na siebie, a potem Nikka weszła na salę, gdzie przywitał ją pisk rozentuzjazmowanej Kalii.

    - Nikka, ty żyjesz! - krzyczała biegnąc w jej stronę.

    - Hej, bo mnie przewrócisz! - upomniała ją, ale ucieszyła się tym powitaniem. Kalia już drugi raz się do niej przytulała, i tym razem było to równie pokrzepiające. 

    - Myślałyśmy, że nie wrócisz, że… no wiesz…

    - Nie zabili mnie, wszystko ze mną dobrze.

    Tymczasem Inga również się zbliżyła. Nikka czuła, jak jej wzrok prześlizguje się od poobijanej twarzy do pozdzieranych i pokaleczonych nadgarstków wystających z rękawów bladoróżowego swetra. Jej nie wystarczy powiedzieć, że wszystko w porządku, na pewno będzie drążyć temat. 

    Szczera rozmowa musiała jednak poczekać, gdyż nagle Kalia rozkleiła się kompletnie i zaczęła szlochać.

    - To wszystko moja wina… Wszystko powiedziałam temu… temu Hillowi…

    - Nie, Kalia, patrz na mnie! - krzyknęła Nikka. Zszokowana dziewczyna podniosła na nią wzrok. - Nic tu nie jest twoją winą, rozumiesz? Za wszystko, co tu się dzieje, odpowiadają oni - machnęła ręką w stronę Margaretiego - Amerikanie. Za to, że tu siedzimy, za to, że przesłuchiwali ciebie i mnie. Hill też mi wstrzykiwał to coś, wiem, że nie mogłaś nic z tym zrobić.

    - Ale przecież ty nic nie powiedziałaś! - jej niebieskie oczy wciąż były pełne łez.

    - Wtedy nie, Pani Zoyanna była dla mnie łaskawa. Ale teraz…

    Przeszedł ją dreszcz. Przypomniała sobie jaskrawe światło, zimną celę, dotyk mokrego materiału na twarzy i wodę uniemożliwiającą nabranie tchu.

    - Właśnie, jak było teraz Nikko? - Inga patrzyła na nią z troską, ale również z pewną dozą nieufności. Komandor nie dziwiła jej się ani trochę, na jej miejscu też zachowałaby ostrożność.

    - Zaraz wszystko wam wyjaśnię, ale najpierw sobie usiądźmy, dobrze? A wy podejdźcie bliżej, nie będę przecież krzyczeć - te słowa skierowała do Kamilli i Margaretiego, którzy przyszli tu z nią, ale do tej pory trzymali się z boku. Miała wrażenie graniczące z pewnością, że kolonel Margareti nie ma pojęcia, co dokładnie Hill z nią robił i jakie informacje uzyskał. I że bardzo chciałby się tego dowiedzieć. A jej teraz było już wszystko jedno.

    Podeszli więc do stołu, ale brakowało jednego krzesła. Inga przyciągnęła bliżej łóżko i usiadła na jego skraju, tak, żeby dobrze widzieć Nikkę, która posłała jej smutny uśmiech.

    Znów czuła się trochę jak na przesłuchaniu, chociaż przecież sama postanowiła mówić. Przestawiła sobie krzesło do szczytu stołu, położyła dłonie na blacie. Na prawej zostaną blizny od rozbitego lustra… Nieważne, teraz jest pora, by to wszystko z siebie wyrzucić. Niektórzy twierdzą, że to pomaga.

   Starała się mówić zwięźle i trzymać się faktów, ale i tak zajęło jej to jakieś pół godziny, uwzględniając krótkie przerwy, by Kamilla nadążyła z tłumaczeniem. Kiedy opowiadała o torturach Inga słuchała w skupieniu, Kalia z wrażenia zasłoniła usta dłonią i wpatrywała się w nią z przerażeniem i fascynacją, a Antony Margareti tylko kiwał głową, marszczył brwi i ogólnie nie wyglądał na zadowolonego. Ona tymczasem przeżywała te chwile jeszcze raz. Miała świadomość, że przynajmniej na razie nic jej nie grozi, ale tak się nie czuła. Cholerny Hill, zabrał jej tak dużo, nawet poczucie bezpieczeństwa. Ale w końcu jest komandor Selino, dowodzi tutaj, więc musi przynajmniej udawać twardą. Odetchnęła głęboko i trochę się uspokoiła.

    Opowiadała też o swoim planie doprowadzenia do autodestrukcji Płaszczki. O tym, jak podała fałszywe informacje, mając nadzieję, że to wystarczy.

    - Podałam kod, ale on drążył dalej… Topili mnie jeszcze raz, i naprawdę miałam już dość. Na szczęście uwierzył w aktywację głosem, albo przynajmniej chciał to sprawdzić, nie wiem. - Ale gdyby to mu nie wystarczyło, gdyby kazał podtopić mnie jeszcze z raz czy dwa… Pamiętasz Kamillo jak mówiłam ci, że jestem gotowa na to, co ma się wydarzyć? Nie byłam, na coś takiego nikt nie byłby gotowy.

    Umilkła na chwilę, poczekała, aż tłumaczka skończy. Teraz zwróciła się głównie do Ingi.

    - Nie mam pojęcia, jakby to się zakończyło, ale wiem, że mogłabym w końcu powiedzieć wszystko. A wtedy poprosiłabym cię, żebyś mnie zabiła. Nie dałabym rady żyć z piętnem zdrajcy.

    - Cieszę się, że nie muszę tego robić. Prawda? 

    - Prawda. 

    - Ale z twoich słów wynika, że powinnaś zginąć w wybuchu reaktora. A jednak tu jesteś.

    Nikka spuściła wzrok. Uwagi Ingi nic nie uszło, do tego nie ufała ludziom zbyt pochopnie. Cóż za wspaniała dziewczyna, przydałaby jej się w oddziale. 

   - Tak, taki był plan. I ja go zrealizowałam. Hill z kolegami przywieźli mnie do statku, włączyłam autodestrukcję, a reaktor wybuchł. Nawet mogłyście to zauważyć, okazuje się, że nasza Płaszczka stoi tu niedaleko, w nocy musi być widać poświatę - wskazała dłonią na okno.

   - Rzeczywiście, od ładnych paru dni nocą jest wyjątkowo widno. I słyszałyśmy syrenę - przyznała Inga, lecz w jej głosie wciąż było wiele wątpliwości.

   - Zaraz, przecież gdybyś wysadziła statek, to my też byśmy zginęły - wtrąciła się Kalia. Nikka przyznała jej rację.

    - Owszem. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że wtedy nie wiedziałam, że trzymają was tak blisko.

    - Nie, ja wciąż nie rozumiem - Inga drążyła temat. - Nie było przecież żadnej eksplozji. Proszę, wytłumacz nam z łaski swojej, do czego tam twoim zdaniem doszło.

    W Indze wzbierała agresja, jeśli siedziałaby bliżej, to na pewno złapałaby Nikkę za ubranie i solidnie nią potrząsnęła, jak wtedy na pokładzie Płaszczki. Komandor mogła ją obsztorcować za zwracanie się w ten sposób do osoby wyższej stopniem, ale teraz nie chciała tego robić. 

    - Do czego tam doszło?... I mam mówić szczerze, tak? 

    Inga przytaknęła. Definitywnie oczekiwała tylko szczerej odpowiedzi.

   - Więc uczciwie przyznaję: nie wiem. Zobaczyłam błysk i myślałam, że to już koniec. Ale potem znalazłam się w dziwnym miejscu, ciemnym i ciepłym, Hill też tam był. I wtedy… - musiała przerwać, bo emocje, które wtedy nią targały, nagle powróciły. Opanowanie tego zajęło jej chwilę - Wtedy ukazał się nam Pan Reed. Nie przemówił do mnie, ale pocieszył i uzdrowił, przynajmniej od środka. Chyba rozmawiał z Hillem, nie jestem pewna. W końcu zasnęłam, albo straciłam przytomność, nie wiem, to wszystko było dziwne. Obudziłam się w szpitalu i to wszystko. Myślę, że to Pan Reed zatrzymał wybuch, bo chciał nas uratować. To znaczy głównie Hilla, takie miałam wrażenie. I niech mnie spali, jeśli skłamałam opowiadając wam to wszystko, przysięgam - zakończyła, może trochę dramatycznie, ale Inga od razu zmieniła nastawienie. Przecież wiadomo było, że nie kłamie się przysięgając na bogów.

    Nikka podzieliła się swoją historią, ale na razie nie była w stanie stwierdzić, czy pomogło jej to w jakikolwiek sposób. Może trzeba czasu, by poczuć ulgę.

    - Widziałaś boga? Jak wyglądał? - spytała zafascynowana Kalia.

    - Patrzyłam na niego tylko przez chwilę, rozumiesz, to nie był widok dla śmiertelników. Był wysoki, ze dwa razy wyższy niż ta sala. Z kształtu podobny do człowieka, ale… No, ciężko mi to opisać, w środku jakby płonął. I jeszcze oczy, zielone, błyszczące, i czujesz, że cię przenikają, że nic przed nimi się nie ukryje. Ech, nie zapomnę tego do końca życia.

    - Pan Margareti pyta, czy wiesz jak można naprawić silnik twojego statku - wtrąciła Kamilla.

   - Nie mam pojęcia - uśmiechnęła się i rozłożyła ręce. - Nasza nauka nie jest w stanie odwrócić reakcji termojądrowej. Bóg sprawił, że eksplozja się zatrzymała, i tylko bogowie będą w stanie ją odwrócić. Ale ja nie zamierzam o to prosić.

    - Dlaczego? Nie chciałabyś odzyskać tej waszej Płaszczki?

  - Po co? Żeby przechodzić to wszystko jeszcze raz? Nie ma statku, nie ma problemu, przecież to rozumiesz. A teraz chciałabym odpocząć, to wszystko na dziś - wstała, jakby to ona była organizatorką tego spotkania, a wszyscy zgromadzeni jej podwładnymi. Niespiesznie udała się w stronę łazienki. Nikt nie próbował jej zatrzymywać.

    Spędziła tam może z dziesięć minut. Napiła się wody, potem długo i uważnie studiowała swoje odbicie. Tu światło było lepsze i mogła dokładnie zobaczyć swoje nowe zmarszczki, nieduże i na razie pojawiające się tylko w zewnętrznych kącikach oczu i tuż pod dolnymi powiekami. Dostała ich tutaj, a może wcześniej, w kopalni? Nie wiedziała. W Akurii nie miała czasu ani możliwości, by przeglądać się w lustrze. Jednego była pewna - dwudziestoletnia dziewczyna nie powinna mieć zmarszczek. 

    W końcu stamtąd wyszła, żeby nie wyglądało, że się przed nimi chowa. Margareti jeszcze rozmawiał z Ingą, oczywiście za pośrednictwem Kamilli, ale nie siedzieli już przy stole, lecz stali blisko wyjścia, niemal na granicy obszaru, którego nie wolno było im opuszczać. Nawet nie chciało jej się wsłuchiwać w ich niesione echem głosy, podeszła więc do Kalii i usiadła obok.

    - Mam nadzieję, że tęskniłyście za mną chociaż trochę, co? - zapytała z nieco wymuszonym uśmiechem.

    - Inga przez pierwsze dni chodziła wściekła, aż czasem myślałam, że zaraz podejdzie do strażnika i walnie go w mordę. Dobrze, że przychodził do nas Erik, przy nim się trochę uspokajała.

    Erik miał na Ingę dobry wpływ? Ciekawe, Nikka postanowiła, że w przyszłości będzie obserwować tę dwójkę.

    - A ty, młoda? Jak się trzymasz w ogóle?

    Już za moment pożałowała tego pytania. Kalia znów zaczęła szlochać, tym razem cicho, ale jednak znów się rozkleiła.

    - Dobra, spokojnie, jeszcze raz powtarzam, nic tu nie jest twoją winą. Powiedziałaś Hillowi, że byłam w wojsku, prawda? I myślisz, że sam się nie domyślał? - dziewczyna spojrzała na nią uważnie, Nikka wykorzystała jej zainteresowanie. - On nie jest głupi, absolutnie nie jest. Od samego początku sprawdzaliśmy się wzajemnie. Myślę, że też był w wojsku, a teraz załatwia dla swojego kraju różne tajne, brudne sprawki. I, cholera, jest w tym dobry.

    - A czy ty… bardzo cierpiałaś? - nieśmiało spytała Kalia. No tak, przy opowiadaniu swojej historii nie koncentrowała się na tym aspekcie. Tak szczerze to chętnie zamieniłaby jeden dzień z Hillem na miesiąc w lochu u Murkey, ale nie zamierzała tego teraz mówić.

    - No sama widzisz młoda, po dobroci to ja mu kodu nie podałam, trochę musiało boleć. Ale ja żyję, a Hill nie dostał Płaszczki, więc to my wygraliśmy.

    Dopiero teraz dotarło to do niej z całą mocą. Tak, wygrała to starcie, wróg nie osiągnął swojego celu. Być może teraz przez jakiś czas wszystkie trzy będą bezpieczne. To dobrze, ale wciąż nie przybliżyła się do swojego głównego zadania - powrotu do domu.

niedziela, 14 lutego 2021

rozdział 35

    Obudziła się w szpitalu, gwałtownie siadając i łapiąc oddech. Co jest? Przed chwilą przecież klęczała przed bogiem, ciągle czuła bijące od niego ciepło i dobroć. Uczucie to jednak powoli zanikało, skoncentrowała się więc na tym, co działo się tu i teraz. Łóżko, biała pościel, znajoma rurka w ręku. Druga dłoń przykuta do łóżka, oczywiście nie mogli sobie tego darować. Przynajmniej łańcuch był dość długi, miała sporą swobodę ruchów. Okno, niezasłonięte, za nim blade światło przedświtu i błękit, niewłaściwy błękit. Po drugiej stronie krzesło, na nim śpiąca Kamilla. Czuwała przy niej, to było bardzo miłe z jej strony. Przyjrzała się swoim poranionym rękom. Siniaki robiły się już żółte, strupy przyschły. Nic nie bolało, ani ręce, ani twarz, ani gardło. Ile tu leżała? Spróbowała wstać i podejść do okna, tak blisko jak tylko pozwoli łańcuch. To obudziło Kamillę.

    - Nikka? Jesteś przytomna, naprawdę? Jak się czujesz, nic ci nie jest? - natychmiast do niej przyskoczyła. - Mój boże, co oni ci zrobili?

    Dlaczego teraz tak boleśnie przypominała jej matkę?

    - Dziękuję, nic mi nie będzie. Gdzie jest Hill? Muszę z nim porozmawiać.

    Kamilla nie tego się spodziewała.

    - Leży w sali obok, ale… nie rozumiem, po co chcesz z nim rozmawiać. Po tym wszystkim, co ci zrobił?

    - Nie rozumiesz, Kamilla, nie rozumiesz… Co stało się po tym, jak statek wybuchł?

    - Statek? Nie wybuchł. Nie widziałam tego, ale mówili, że włączył się alarm, potem coś się zaświeciło, a wy dwoje leżeliście nieprzytomni obok. Przynieśli was tutaj z dużą gorączką…

    - Jak długo? - przerwała Nikka.

    - Cztery? Nie, pięć dni. Budziłaś się, dawałaś się nakarmić, umyć, zaprowadzić do łazienki, ale nie powiedziałaś ani słowa

    - I ciągle tu jesteś. Dziękuję Kamilla, naprawdę dziękuję, przecież nie musiałaś.

    - Daj spokój - zmieszała się.

    - Teraz proszę, znajdź kogoś, kto ma do tego klucz i powiedz mu, że chcę zobaczyć Hilla.

    - Nie wiem nawet, czy odzyskał przytomność. Nikka, powinnaś leżeć, zająć się swoim zdrowiem…

   Dziewczyna przerwała jej niecierpliwym gestem. Przez szybę w drzwiach zauważyła kogoś znajomego, wysokiego czarnowłosego mężczyznę. Właśnie minął salę idąc gdzieś szybkim krokiem.

    - Dżonatan! Dżonatan, zaczekaj! - krzyknęła, ale nie usłyszał. - Pani Kamillo, proszę, zawołaj go tu… Wysoki, szczupły, czarne włosy, czarny zarost… Przed chwilą tędy szedł.

    Wstała i poszła po Dżonatana, może nie tak szybko, jakby Nikka sobie życzyła, ale udało jej się go namówić, żeby przyszedł. Po jego postawie widziała jednak, że nie miał zbytniej ochoty na pogawędkę.

    - Dżonatan… widziałeś Hilla? Co z nim?

    - Obudził się i kazał mu… no, wyjść, tylko w ostrzejszych słowach - przełożyła Kamilla. Nikkę z jakiegoś powodu to rozbawiło.

    - Taki z niego kolega - uśmiechnęła się. - Słuchaj, muszę z nim porozmawiać. Możesz to otworzyć? - potrząsnęła kajdanami.

    - Mówi, że nie powinien. Że wojskowi boją się, że uciekniesz.

    - Dżonatan, proszę. Pójdziesz ze mną, a potem mnie tu przyprowadzisz i przykujesz z powrotem, ale muszę go zobaczyć… - urwała, bo uświadomiła sobie, że nie wie dlaczego tak bardzo na to naciska. Nie miała żadnego racjonalnego powodu. Ba, byłaby szczęśliwa, gdyby już nigdy nie musiała go oglądać. Ale coś pchało ją do spotkania z Itanem wbrew zdrowemu rozsądkowi. Słyszała o takich przypadkach, o ludziach prowadzonych wolą bogów. - Po tym wszystkim, co mi zrobiliście, chyba możesz mi trochę pomóc, co? - zakończyła ze złością.  

    Coś zadziałało, prośba albo ten mały szantaż emocjonalny, ciężko było jej stwierdzić. Najważniejsze, że Dżonatan dyskutował jeszcze chwilę z Kamillą, po czym podszedł do łóżka i czymś wyjętym z wewnętrznej kieszeni kurtki sprawnie uwolnił jej rękę. Podziękowała mu skinieniem głowy.

    Nikka podniosła się z łóżka i spróbowała iść, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Zachwiała się i oparła na Dżonatanie. Nie odsunął się, ale też nie zrobił nic, by jej pomóc.

    - Jeszcze ta rurka… Czy ktoś może mi to wyjąć?

    Kamilla chyba chciała kogoś zawołać, ale Dżonatan sam sobie z tym poradził, odczepił rurkę i zatkał zawór.

    - Twój znajomy twierdzi, że Hill nie będzie zadowolony z twojego widoku - powiedziała jej Kamilla, która już zdążyła podejść i podtrzymać ją z drugiej strony. 

    - Trudno, ja po prostu muszę… mu coś powiedzieć - tak, to była prawda. Musiała mu coś przekazać, chociaż jeszcze nie wiedziała co to dokładnie ma być.

    Poszli we trójkę korytarzem, Dżonatan przodem, Nikka wspierająca się na tłumaczce z tyłu. Nie było daleko, mężczyzna otworzył przed nimi trzecie drzwi po lewej i je przytrzymał, by mogły wejść do środka.

    Itan Hill siedział na łóżku i właśnie wyciągał sobie z ramienia zawór… kanulę, tak wreszcie zapamiętała tę nazwę. Przez chwilę na jego twarzy było widać zdziwienie, ale bardzo szybko je ukrył. Nikka puściła Kamillę i usiadła obok niego, jakby to była zwyczajna przyjacielska wizyta.

    - Pan Reed postanowił obdarzyć nas swą łaską i raczył się nam ukazać. I zrobił to ze względu na ciebie, powinieneś mu podziękować - wyrzuciła z siebie z zaskakującą pewnością, chociaż przecież nie mogła o tym wiedzieć.

    - Więc to był ten twój bóg?

    - Teraz już nasz. Wybrał cię, nie możesz tego odrzucić.

    - Ach tak? - próbował ironizować, ale mu przerwała.

    - Poczekaj chwilę, muszę powiedzieć kilka rzeczy… Nie możesz prosić bogów o czyjąś krzywdę, ale to już wiesz, nie możesz z nich drwić, lekceważyć i przysięgać na nich, a potem nie dotrzymywać słowa, tego nie lubią - wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. - Będzie miło, jeśli czasem podziękujesz za uratowanie życia, możesz też poprosić o coś dla siebie czy innych, twoje modlitwy mogą zostać wysłuchane. No i… to tyle, podstawowe rzeczy, o których wie każde dziecko na Amarze.

    Nagle ten dziwny przymus ją opuścił i poczuła się bardzo niekomfortowo siedząc tak blisko tego człowieka. Dżonatan też jakby się otrząsnął, spojrzał na nią ze zdziwieniem i powiedział coś po swojemu, Hill pokręcił przecząco głową, rozmawiali przez krótką chwilę.

    - Zabawne, Dżonatan nie wie, dlaczego cię tu przyprowadził. To też była boska interwencja?

    - Być może… Sama nie wiem, dlaczego chciałam tu przyjść… Chyba już mogę iść, gdziekolwiek chcecie mnie teraz zabrać - westchnęła. - Nie wiem co ze statkiem, a ty przecież nie powiesz.

    Zwiesiła głowę. Ogarnął ją niepokój - a co jeśli Hill będzie kontynuował przesłuchanie? Na tę myśl prawa dłoń zaczęła drżeć, schowała ją więc pod udo. Hill znów zaczął rozmawiać z kolegą, ale przerwała im lekarka, niewysoka kobieta z ciemną skórą. Nikka z łatwością domyśliła się, o co jej chodzi, chociaż Pan Reed nie obdarował jej znajomością amerikańskiej mowy. Właśnie wszyscy dostawali solidną reprymendę, bo przecież pacjenci powinni leżeć w łóżkach, a odwiedzający grzecznie czekać na korytarzu, zamiast zakłócać ich spokój. Hill przerwał jej obcesowo, po czym wszedł z lekarką w ostrą dyskusję, która wywołała lekki uśmiech na twarzy Dżonatana. 

    - Hill twierdzi, że jest zdrowy i może już iść do domu - wyjaśniła jej Kamilla szeptem. Faktycznie, to było zabawne, zwłaszcza że zachwiał się trochę przy wstawaniu i wcale nie wyglądał szczególnie zdrowo. W końcu jednak medyczka musiała skapitulować i przeniosła cały swój gniew na Nikkę.

    - Przepraszam, nic z tego nie rozumiem - oświadczyła dziewczyna korzystając z chwili ciszy.

    - Chce cię zagonić do łóżka - prychnął Hill, który powoli szykował się do opuszczenia szpitala. Wyjmował właśnie z szafki swoje ubranie. Nikka dopiero teraz zwróciła uwagę na to, że mają na sobie takie same stroje, białe koszule w niebieskie kropki, długie, obszerne i bezkształtne.

    - Bardzo chętnie, dziękuję. Kamillo, czy mogłabyś powiedzieć tej miłej pani, że oczywiście wracam do siebie i przepraszam za całe zamieszanie?

    Po usłyszeniu tłumaczenia lekarka spojrzała na Nikkę nieco przychylniejszym wzrokiem.

    - Dżonatan, dawaj rękę - skinęła na niego jak na służącego. - Przyprowadziłeś mnie tu, to teraz odprowadzisz. 

    - Nikka, może ja?... - zaoferowała się Kamilla.

    - Nie trzeba, on wystarczy.

    Mężczyzna zorientował się, czego od niego chce, i pomógł jej wstać. Hill nie omieszkał rzucić z tej okazji kąśliwej uwagi.

    - Widzę, że jednak podoba ci się nasze towarzystwo, pani komandor? Może jeszcze gdzieś razem wyjedziemy?  Ach, przepraszam, miałem cię już tak nie nazywać.

    - Czyli jednak boli cię to, że cię okłamałam? Wielki Hill dał się oszukać takiej słabej dziewczynce… Koledzy będą się śmiać? A dla ciebie zawsze będę komandor Selino i… - chciała wygarnąć mu jeszcze parę rzeczy, ale powstrzymał ją surowy wzrok lekarki, a i Dżonatan zaczął ciągnąć ją w stronę wyjścia. Zamilkła więc i dała się wyprowadzić.

    Dżonatan nawet się nie pożegnał, praktycznie upuścił ją na łóżko, zapiął kajdany i po prostu wyszedł. Za to lekarka oglądała ją przez dłuższą chwilę, zaglądała w gardło, świeciła po oczach, sprawdzała puls… W końcu zapisała coś w pliku notatek powieszonych przy łóżku i wyszła.

    Nikka opadła na poduszkę, westchnęła głęboko i zakryła oczy wolną dłonią.

    - Ja już naprawdę nie wiem, co się tu dzieje… - wyszeptała. Kamilla podeszła bliżej, by ją lepiej słyszeć. - Co ja mam teraz ze sobą zrobić, co? Proszę, jeśli coś wiesz, to mi powiedz…

    Kamilla nie wiedziała. Ścisnęła dłoń Nikki, by dodać jej otuchy, ale niestety nie mogła zrobić dla niej nic więcej. Dziewczyna odwróciła głowę i ze wszystkich sił starała się nie rozpłakać.

wtorek, 9 lutego 2021

rozdział 34

Śmiertelna nie ma racji.

Nieśmiertelni słyszą jej modlitwy, jednak nie będą wysłuchiwać każdej z nich.

Mają swoje własne zajęcia.

Zielone oczy jednak patrzą na śmiertelną, podoba im się to, co widzą.

Widzą też śmiertelnika.

Jeszcze nie słyszą jego modlitw, ale czują, że często o nich myśli.

Śmiertelnik jest ciekawy, myślą zielone oczy.

Dziś w nocy nie umrze.

***

    Biel bardzo powoli ustępuje spod powiek, jej miejsce zajmuje ciemność. Jak to możliwe, że jest w stanie o tym myśleć, przecież miała nie żyć. Jednak czuła się zaskakująco dobrze jak na trupa, nic ją nie bolało, ręce miała wreszcie wolne. Dotknęła nadgarstków: tak, kajdany zniknęły. Pod palcami czuła zadrapania i strupy. Naciskała je, ale nie było bólu, jakby ręka była zdrowa. Szkoda, że nie mogła nic zobaczyć. Ciemność była tak gęsta, że wręcz fizycznie napierała na oczy. Pod stopami miała coś twardego, kamień lub to szare tworzywo, z którego na Erf robiono drogi. 

    Coś zaczęło rozjaśniać mrok, czerwone pulsujące światło, ale nie była w stanie określić jego źródła. Po lewej stronie jednak coś zobaczyła, właściwie kogoś. Ta męska sylwetka wydała się znajoma…

    - Hill? - zapytała niepewnie. Dziwne, myślała, że głos poniesie się echem, ale był stłumiony.

  - Selino? - odpowiedział, równie zaskoczony. Podszedł bliżej, rozglądając się uważnie. - Czy ty możesz wyjaśnić mi, co się stało?

    - Ja chciałam tylko umrzeć razem ze statkiem - wróciła do swojego normalnego tonu i zachowania. Koniec z uniżonością i wbijaniem wzroku w podłogę.

    - A więc to jednak był reaktor…

    Błysnęło, jakby ktoś rozpalił wielkie ognisko, oboje odwrócili się w jego stronę. Nikka niemal natychmiast upadła na kolana skłaniając głowę nisko, naprawdę nisko. To był Pan Reed, ukazał się w postaci z grubsza podobnej do ludzkiej, lecz wielkości dwóch porządnych kamienic, utkanej z ognia, dymu i magmy. Przez dosłownie ułamek sekundy patrzyła w jego olbrzymie zielone oczy i była pewna, że nie zapomni tego do końca życia.

    Panie, dzięki ci za tę łaskę, dziękuję, że mogłam cię ujrzeć. Zrobię wszystko, co zechcesz, Panie, przecież wiesz, czekam tylko na twój rozkaz - modliła się żarliwie, nie usłyszała jednak głosu swojego boga. Zamiast tego ogarnęło ją przeświadczenie, że będzie żyć, i że jeszcze będzie latać Płaszczką. Było tak silne, że aż popłakała się ze wzruszenia. Nie ustawała w podziękowaniach, zauważyła jednak kątem oka, że Hill w końcu też uklęknął, a na posadzkę tuż obok jego prawego kolana powoli zaczęły skapywać krople krwi. Wydawało jej się, że bóg zwraca na niego całą swą uwagę. Może to właśnie z Hillem chciał porozmawiać.

    Nie odważyła się zerknąć na Pana Reeda, oprócz otuchy budził w niej też strach. Próbowała przekazać mu w modlitwie całą wdzięczność i radość, które zdawały się ją wręcz przepełniać. Nie zauważyła, że robi się coraz cieplej i coraz ciężej jej oddychać. W końcu straciła przytomność.

czwartek, 4 lutego 2021

rozdział 33

    Przed odjazdem jeszcze raz dostała znieczulenie do gardła, a Hill kazał jej mówić. Co w takiej sytuacji mógłby powiedzieć prawdziwy zdrajca? Ktoś, kto naprawdę się poddał?

    - Miałeś rację, panie Hill - to zabrzmiało zaskakująco dobrze, system nie miałby już problemów z identyfikacją. - Mój stopień jest nic niewart, żadna ze mnie komandor… Okazało się, że nigdy nie powinnam wstępować do Armii. Od teraz jestem po prostu Nikka.

    - Już, wystarczy. I jak tam sobie chcesz, Nikka. I nie musisz płakać, takie rzeczy się zdarzają - dodał. A więc zauważył, że oczy znów jej zaszły łzami. 

    Ponownie wydawał się całkiem miły, ale nie zrezygnował z kajdan. Jedną parą skuł jej ręce z przodu, drugiej użył w środku auta, tak, jak poprzednio. Spuściła głowę i uśmiechnęła się smutno. Już niedługo to wszystko się skończy. Taki koniec nie był jej marzeniem, ale przynajmniej umrze z honorem.

    Hill znów siedział obok, a Czarny, czyli Dżonatan, naprzeciwko. Tym razem nie widziała broni, albo nie miał jej przy sobie, albo lepiej ją ukrył. Jechali już dość długo i kiedy stwierdziła, że wkrótce będą na miejscu, złapała Hilla za rękaw, nachyliła się i zaczęła mówić:

    - Hill, posłuchaj mnie…

    - Siedź spokojnie i nie odzywaj się - spróbował uwolnić rękę, ale trzymała go mocno. Przestał, kiedy zobaczył jej minę.

    - Hill, proszę… kiedy to wszystko się skończy, kiedy już weźmiesz sobie ten statek, zostaw mi chociaż nóż, coś ostrego… Proszę, ja nie będę mogła z tym żyć… 

    Zesztywniał i przez krótką chwilę tylko na siebie patrzyli. Palce zaczęły ją boleć, pod materiałem kurtki wyraźnie czuła muskularne przedramię. Nie był tak potężnie zbudowany jak Brynn, ale i tak był silnym mężczyzną.

    O czym myślisz, idiotko - zganiła się. Przecież musiała skupić się na utrzymaniu pozorów.

    - Rozumiem cię, ale nie mogę tego zrobić - odpowiedział w końcu cicho i teraz Nikka wreszcie poczuła, że mówi życzliwie i szczerze. Jego wcześniejsze uprzejmości i czułe gesty były tylko elementami przesłuchania, lecz teraz naprawdę ją rozumiał i naprawdę żałował, że nie może pomóc. Na pewno jego przełożeni nie byliby zadowoleni, gdyby umożliwił jej popełnienie samobójstwa. Trwało to tylko moment, potem wrócił do swojej zwykłej stanowczej postawy.

    - Puść mnie wreszcie i uspokój się, Selino - warknął. - To już nie potrwa długo.

    - Dobrze - wyszeptała i znów zwiesiła głowę. Nie odezwała się już więcej, do końca drogi pogrążona w cichej modlitwie.

    Kiedy wyprowadzali ją z ciężarówki, już zmierzchało. Nad budynkami wisiał księżyc, będący jeden czy dwa dni po pełni. Wydawał się olbrzymi i delikatnie żółty, chociaż Nikka widziała go już wcześniej i był tak samo biały, jak amarski. Dobrze będzie patrzeć na niego w ostatnich chwilach. Momentalnie wszystko wróciło, tamta noc, tamten księżyc i zbliżający się Murkey… Teraz jednak nie poczuła nic, żaden z bogów nie zechciał jej pomóc.

    Westchnęła głośno na widok Płaszczki. Ach, wsiąść na pokład i odlecieć, to byłoby dopiero coś… Czekała z Hillem, aż Brynn, Dżonatan i jeszcze dwóch żołnierzy skończą zdejmować wielki kawałek materiału okrywającego statek. Hill wykorzystał ten moment, by jeszcze raz spryskać jej gardło środkiem uśmierzającym ból. Księżyc był piękny, a chłodne powietrze takie ożywcze. Może trochę zbyt chłodne, bo drżała na całym ciele, ale ledwo to zauważała.

    Itan złapał ją za włosy i zmusił, by na niego spojrzała. Zamrugała, gwałtownie przywrócona do rzeczywistości.

    - Opowiedz mi teraz dokładnie o wszystkim, co będziesz robić, krok po kroku - zażądał.

    - Muszę otworzyć panel przy skrzydle i wpisać kod. Syrena zacznie wyć, nie przestrasz się. Wszystkie komendy muszą być wydane głosowo, kod można wpisać ręcznie. Nawet ty możesz to zrobić - założyła, że pamięta go równie dobrze, jak ona. - Potem muszę potwierdzić, też głosowo. Później będzie można już zmienić ustawienia. Nadam ci dostęp, poradzisz sobie z systemem i… - przeszedł ją dreszcz, tym razem niezwiązany z zimnym wieczorem - Statek będzie twój - zakończyła słabym głosem.

    Pokiwał głową i ją puścił.

    - Gdzie są te działa, które miały wybuchnąć?

    - Z przodu, pod statkiem. Jak je aktywujesz, to się wysuną, tam na kadłubie widać zarysy klap. 

    Hill polecił towarzyszącym mu ludziom odejść od dzioba maszyny.

    - Pamiętasz, co się stanie, jeśli to nie zadziała? Koło północy znów będziemy w tamtej piwnicy.

    Odsunęła się, zdjęta nagłym przerażeniem. Jeśli coś pójdzie nie tak, będzie musiała znaleźć inny sposób, by umrzeć do północy. Hill czuwał, chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę burty Płaszczki. 

    - Komandor Nikka Selino, otwórz panel dostępu - powiedziała, gdy znalazła się w odpowiednim miejscu. Prostokąt tworzywa stał się nagle przezroczysty, pod spodem ożył ekran. Syrena przeciwmgielna ryknęła głośno i nieprzerwanie, dudniący dźwięk wznosił się i opadał. Na ekranie pojawiło się miejsce do wpisania kodu. Myślała, że Hill zrobił to własnoręcznie, ale przecież ich litery i cyfry trochę się od siebie różniły, wystukała więc go sama wciąż skutymi dłońmi. Syrena umilkła.

    - Potwierdź - powiedziała do systemu, a kiedy ekran wyświetlił miejsce na kolejny kod, powtórzyła pospiesznie - Potwierdź.

    Przez okolicę znów potoczył się niski modulowany ryk, ekran uprzejmie poinformował o autodestrukcji i zaczął odliczać trzydzieści sekund. Reaktor odpalił się - poczuła to, silne wibracje na kadłubie, zupełnie inne niż w trakcie jego normalnej pracy. Wściekły Hill niemal natychmiast złapał ją za ramiona i potrząsnął. Nie słyszała, co mówił, ale z ruchu warg wywnioskowała, że było to coś w rodzaju “Coś ty zrobiła!”. Uśmiechnęła się i odwróciła głowę, by widzieć księżyc. 

    Pociągnął ją w stronę budynków, stawiła opór. Chyba się tego nie spodziewał, bo udało jej się wyrwać. Cofnęła się kilka kroków, do samej burty Płaszczki, przez którą przechodziły przedśmiertne drgawki. Od reaktora biło już ciepło, do eksplozji zostało naprawdę niewiele. Hill przystanął, jakby dotarło do niego, że nie warto uciekać, albo że przegrał, został oszukany i nie dostanie statku. Nie miała czasu dokładnie analizować jego zdziwionej miny.

    Nikka nie mogła już pomóc Akurii, ale swoim ostatnimi czynami upewniła się, że na pewno już jej nie zaszkodzi. Poleciła opiece bogów matkę, króla, wszystkich przyjaciół i znajomych, po czym znów popatrzyła na księżyc, który w międzyczasie stracił to żółtawe zabarwienie. Ostatnią rzeczą, którą zarejestrował jej umysł, był oślepiający błysk.

rozdział 80

     Ostatnia godzina minęła nie wiadomo kiedy. Potem Nikka nie za bardzo pamiętała ten czas, czuła się podekscytowana i zdenerwowana jednoc...