wtorek, 30 marca 2021

rozdział 51

    Nienawidził latać. Nie bał się, po prostu tego nie znosił. W ciągu ponad dwudziestu lat służby spędził w samolotach setki godzin, ale ciągle nie mógł się do tego przyzwyczaić. Trochę lepiej było, kiedy sam siedział za sterami, jednak jego doświadczenie kończyło się na pilotowaniu małej awionetki. Zresztą to było dawno… Teraz po prostu opadł na fotel, zamknął oczy i skupił się na tym, żeby jakoś przetrwać ten lot. Niech sobie Akuryjki robią co chcą. Selino nie wydawała się dziś być w bojowym nastroju, więc jest mała szansa, że poderżnie mu gardło. Dobra, przesadzał, ale tylko trochę. Przypomniało mu się, co powiedziała o rozwalaniu wrogów, kiedy był z nią oglądać wrak. I sposób, w jaki to powiedziała. Nie miał złudzeń, jeśli miałaby możliwość i pewność, że jej towarzyszki przez to nie ucierpią, to zabiłaby go bez wahania i bez absolutnie żadnych wyrzutów sumienia.

    Cessna wreszcie wylądowała bezpiecznie na lotnisku Reagana i teraz kołowała sobie powoli gdzieś w ustronne miejsce. Ukradkiem połknął kolejną tabletkę przeciwbólową, chociaż wiedział, że to niewiele pomoże i lepiej poczuje się dopiero jutro. Teraz w skroniach pulsowało, a ucisk w prawym uchu był tak silny, że musiał się naprawdę mocno postarać, by go zignorować. Wstał z fotela zanim samolot się zatrzymał, ogarnął wzrokiem wszystkich swoich podopiecznych.

    Zakochana para miała się dobrze. Chen leciał na tę Warez, było to widać jak na dłoni. Rozmawiał głównie z nią, siedział koło niej, wpatrywał się w nią tym tępym spojrzeniem. Aż strach pomyśleć co by się działo, gdyby zostawić ich na chwilę samych… Ethan nie dziwił mu się, Inga była wysoką blondynką, na którą przyjemnie było popatrzeć. Nie żeby Selino czegoś brakowało, ale ona była walnięta, więc… Dobra, po co on w ogóle o tym myśli, jest praca do wykonania. Spojrzał jeszcze na Kalię, która zdawała się przeżywać lot w podobnym stylu co on, i na Selino, której twarz nie wyrażała niczego poza kiepsko maskowaną niechęcią.

    - Wychodzicie za mną i od razu idziemy do auta - wyjaśnił krótko.

    - Dobrze, panie Hill - odpowiedziała mu Nikka bardzo obojętnym tonem.

    W końcu mógł opuścić samolot. Z ulgą wyszedł na płytę lotniska, odetchnął głęboko i zamarł. Limuzyna. Helena wysłała po nich pieprzoną limuzynę z młodym agentem za kierownicą. Miało to w sumie jakiś sens, w D. C. limuzyna nie była niczym szokującym czy rzadko spotykanym, ale i tak wolałby bardziej zwyczajny pojazd. Poczekał jeszcze chwilę aż kierowca zapakuje do bagażnika jego torbę i walizkę Chena, zrobił kilka kroków, by rozprostować nogi i w końcu zaprosił swoją ferajnę do środka.

    Nie widział jeszcze domu, który Helena wybrała dla dziewczyn, ale z rozmów telefonicznych wynikało, że był duży, wygodny i dobrze ogrodzony. Dostali spore fundusze na ten projekt, ale ciążyła też na nich spora odpowiedzialność: on miał dbać o bezpieczeństwo, ona o dobre samopoczucie dziewczyn. Już ostrzegł swoją nową partnerkę o autodestrukcyjnych skłonnościach Nikki i szczerze życzył jej powodzenia. Musieli jeszcze raz przedyskutować strategię, sami, bez przełożonych. Hill lubił działać na własną rękę, nawet jeśli potem musiał odpokutować za podejmowane decyzje. Miał nadzieję, że Helena również preferuje ten styl pracy.

    To cholerne miasto było zakorkowane jak zwykle. Bywał już w Waszyngtonie, nigdy na dłużej, ale zdążył zapoznać się z jego specyfiką. Nawet Nowy Jork był jakoś bardziej przyjazny dla zmotoryzowanych. W końcu udało im się dojechać do dzielnicy willowej pełnej wielkich domów otoczonych starymi drzewami. Okolica wyglądała na drogą, w życiu nie będzie go stać, żeby w takiej zamieszkać. A domu, pod którym zatrzymała się limuzyna, nawet nie można było nazwać willą, to była już okazała rezydencja. Pomalowana na biało wręcz jaśniała na tle ciemnozielonych drzew robiąc duże wrażenie.

    Podobał mu się też teren wokół domu, ogrodzony wysokim płotem i zamykany automatyczną bramą, która wyglądała na nową. Pewnie Helena kazała ją tu zamontować. Wystarczy jeden człowiek w środku i dwójka na zewnątrz w samochodzie, zakładając oczywiście, że Selino wywiąże się ze swoich obietnic.

    Kierowca zostawił ich na rozległym brukowanym podjeździe, po czym odjechał, zapewne zwrócić limuzynę do wypożyczalni. Helena czekała na nich przed wejściem. Miała na sobie bardzo elegancką ciemnoniebieską garsonkę, włosy upięła w kok. Zauważył, że założyła podwójny sznur pereł, który dodał jej jeszcze więcej powagi. Wyglądała jak dyrektorka banku. Spojrzał na swój szary, wymięty w podróży garnitur i poczuł się trochę nie na miejscu. A co miały powiedzieć dziewczyny, ubrane w powyciągane dresy i zwykłe białe t-shirty? Pierwszy raz przeszło mu przez myśl, że może należało je spytać, co chciałyby na siebie założyć… Teraz było na to za późno, zresztą żadna z Akuryjek nie wyglądała na zakłopotaną swoim strojem. Nosiły ubrania tego typu tak długo, że pewnie przywykły.

    Najpierw sam przywitał się z Heleną, widzieli się dziś osobiście pierwszy raz. Była od niego starsza o co najmniej dziesięć, może nawet piętnaście lat. Wyglądała bardzo życzliwie, ale przecież pracowała w Firmie, była to więc tylko starannie wyćwiczona poza.

    - Ethan Hill - przedstawił się. - Rozmawialiśmy przez telefon.

    - Helena Kirby - uścisnęli sobie ręce, krótko i bez zbędnych ceregieli, po czym agentka zwróciła się do dziewczyn witając ich głośnym i serdecznym “Dzień dobry” wypowiadanym z miękkim, rosyjskim akcentem.

    - Dzień dobry pani - odpowiedziała Kalia, która wysunęła się do przodu. Widocznie pamiętała, że ma grać rolę najważniejszej osoby w tym towarzystwie, ale według Hilla nie było teraz na to czasu.

    - Jak się macie? - Helena kontynuowała przedstawienie z szerokim uśmiechem na ustach. Ściskała dłoń Kalii, nieco zdegustowanej tym, że ktoś obcy ją dotyka. - Jestem Helena.

    - Kalia Lin-Mollari - oświadczyła młoda z dumą.

    Helena przywitała się z Ingą i Nikką w równie wylewny sposób. Rękę tej ostatniej przytrzymała dłużej, na pewno wyczuła blizny. Uznał za stosowne przerwać w tym miejscu.

    - Dobrze, słuchajcie, przed Heleną nie musicie udawać. Jeśli mnie nie będzie, to ona tu wydaje rozkazy, jasne?

    Selino, która momentalnie zmieniła wyraz twarzy z obojętnego na nieufny, przytaknęła i przyglądała się jego partnerce bez skrępowania.

    Próbuje ją ocenić, ciekawe do jakich wniosków dojdzie - pomyślał i już chciał o to zapytać, ale przypomniał sobie, że wyraźnie nie życzyła sobie tego typu zachowań.

    - Panie Hill, czy mógłby pan nam pokazać teren i miejsca, do których możemy wchodzić? Nie chciałabym, żeby doszło do jakiegoś nieporozumienia.

    Helena kazała przełożyć sobie jej słowa tłumacząc się, że ten język jest bardziej odległy od rosyjskiego, niż jej się wydawało, i będzie potrzebować trochę czasu, żeby się z nim oswoić. Chen spełnił jej prośbę.

    - Pani Selino, ja również chętnie się tu rozejrzę. Heleno, zrobisz nam małą wycieczkę? - spytał partnerkę po angielsku.

    - Nie chcą najpierw wejść i odpocząć? - zdziwiła się.

    - Ona ma dziwne priorytety, nie czytałaś raportów?

    - Wydawały mi się nieco przesadzone - przyznała niechętnie.

    Pokiwał przecząco głową. Chciał, by tak było, wtedy mieliby o wiele łatwiej.

    - Dobrze, dobrze, idziemy, chodźmy - Helena wróciła do swojej miękkiej wersji amarskiego, po czym przeskoczyła na angielski: - Nie pozwolimy im samym wychodzić na ulicę, to jasne, ale nie widzę powodów, by nie mogły przebywać tutaj, pod dyskretną obserwacją.

    Przytaknął. Helena prowadziła ich wszystkich powoli wokół domu, Hill przetłumaczył dziewczynom, o co chodzi:

    - Możecie wychodzić do ogrodu, ale nigdzie dalej. Proszę, żebyście nawet nie zbliżały się do płotu, po co mamy się niepotrzebnie denerwować - powiedział patrząc na Nikkę. Skinęła mu głową, rozumiała.

    Ogród był naprawdę duży, można było zrobić tu porządny spacer nie podchodząc do ogrodzenia. Dziewczyny siedziały w zamknięciu tak długo, że teraz przyda im się trochę ruchu. Wśród drzew zauważył altankę i niby mimochodem spytał Helenę, czy zainstalowała tam podsłuch.

    - Oczywiście, okablowaliśmy też cały dom - odparła zgodnie z jego oczekiwaniami. Dobrze, zanosiło się na udaną współpracę.

    Helena opowiadała teraz o kwiatach, drzewach i oszklonym tarasie, obok którego właśnie przechodzili, zostawił więc tłumaczenie Chenowi. Przejął je dopiero wtedy, gdy weszli do środka i jego partnerka oznajmiła mu, że w piwnicy urządziła centrum podsłuchu i mały kącik wypoczynkowy dla agentów.

    - Drzwi są zamykane, później dam ci klucze. Jest też drugie wyjście bezpośrednio na zewnątrz, żeby ludzie się nie kręcili na widoku. Zamknęłam też wejście na poddasze, dom i tak jest duży, niech nie wchodzą tam, gdzie nie trzeba.

    - Jeśli jakieś drzwi są zamknięte na klucz, to znaczy, że nie możecie tam wchodzić - powtórzył dziewczynom bezceremonialnie przerywając opowieść Kalii o tym, że “ten wystrój przypomina jej górski pałacyk kuzyna Kestera”. Chyba powoli zaczynał rozumieć, dlaczego Nikka darzyła arystokrację taką niechęcią.

    Helena znów wcieliła się w przewodniczkę, przeprowadziła ich przez klasycznie umeblowane salon, jadalnię, kuchnię, bibliotekę… Hill westchnął w duchu. Naprawdę, on wybrałby coś o połowę mniejszego, ale teraz już za późno, więc nie będzie się kłócić. Może jego koleżanka pragnęła olśnić dziewczyny luksusem? Prędzej świnie nauczą się latać, niż coś takiego zadziała na Nikkę. Wreszcie weszli na piętro, obejrzeli sypialnie i łazienki. Nie rzucały się na łóżka, nie zaklepywały swoich pokoi, patrzyły na wszystko spokojnie, jakby były na szkolnej wycieczce. Przytakiwały i odpowiadały na pytania, które Helena zadawała sama lub za pośrednictwem Chena. Były aż za spokojne, co budziło w nim lekki niepokój. Skupił się na Selino, bo było jasne, że jeśli coś ma się wydarzyć, to ona będzie prowodyrką.

    Zeszli do salonu, gdzie Helena zapowiedziała, że obiad podadzą za godzinę. Wszystkim, więc on także był zaproszony. Nie odmówił, ale wiedział, że nie zmusi się do zjedzenia posiłku, wciąż nie czuł się wystarczająco dobrze. Zauważył, że Selino rozgląda się po suficie, zapewne w poszukiwaniu kamer. Potem podeszła do kredensu i podejrzanie długo przyglądała się kryształowym kieliszkom. Stanął obok niej i zaczął rozmowę:

    - I jak pani Selino, zadowolona?

    - Tak, biorąc pod uwagę naszą obecną sytuację, jestem dość zadowolona.

    - Cieszy mnie to - odpowiedział szczerze, ku własnemu zaskoczeniu. - Mam nadzieję, że nie będzie pani próbować robić niczego głupiego - trochę męczyły go te formy grzecznościowe, ale starał się o nich pamiętać. Chyba tylko w Polsce przywiązywano do nich równie dużą wagę, a on bywał tam rzadko i niezbyt umiejętnie posługiwał się polskim.

    - Panie Hill, czy pan w ogóle wie, co to honor? - powiedziała powoli. Niedobrze, to znaczy, że zaczyna się denerwować.

    - Pani Selino - wszedł jej w słowo, ale starał się, by jego głos brzmiał łagodnie. - Jestem w pracy, nie mogę polegać jedynie na pani honorze. Moi przełożeni oczekują ode mnie czegoś więcej - liczył, że przytaknie albo powie, że rozumie, ale milczała i patrzyła na niego tymi smutnymi oczami. Miały interesujący kolor, w zależności od światła przybierały różne odcienie brązu lub nawet żółci. Teraz miały barwę orzecha laskowego. - Jeśli chodziłoby o prywatne sprawy, zaufałbym pani honorowi bez żadnych zastrzeżeń - dokończył.

    - W takim razie niech pan robi to, co musi. Ja już określiłam swoje stanowisko, nie mam zamiaru się powtarzać - odwróciła się na pięcie i odeszła w stronę Ingi i Ericka. No cóż, musiał spytać, ale nie mógł uznać tej rozmowy za udaną.

    Zauważył, że Helena wzywa go wzrokiem, podszedł więc do niej i razem odeszli parę kroków w stronę drzwi. Usłyszał, jak Nikka stwierdza, że jednak to jest najlepsze więzienie, w jakim była.

    - Przyznaję, chyba trochę przerosła mnie ta sytuacja. Myślałam że… Nieważne, po prostu muszę przeczytać raporty jeszcze raz.

    Nie spodziewał się takiej samokrytyki ze strony swojej partnerki, nie wiedział, co odpowiedzieć, by nie wyjść na nadętego dupka, więc tylko przytaknął i pozwolił jej mówić dalej.

    - Ethan, możesz mi wyjaśnić, dlaczego ty i ta Nika patrzycie na siebie jak psy, które rzucą się sobie do gardła, jak tylko spuści się je ze smyczy?

    - Nikka, przez dwa k, tak się wymawia jej imię - poprawił odruchowo. - A patrzymy tak, bo to prawda, rzucilibyśmy się na siebie. I uwierz mi Heleno, ja bym się tylko bronił.

    Chyba nie wierzyła, ale to nic. Sama się przekona, kiedy bliżej pozna komandor Selino.

    - Wiem, że macie wspólną przeszłość, ale twoje raporty są dość oszczędne i skupione na faktach. Mógłbyś mi nieco wyjaśnić co między wami zaszło?

    Kobieto, żebym ja to sam wiedział… - pomyślał, po czym mózg podsunął mu kilka wspomnień: półprzytomna Nikka nazywająca go tatą, Nikka płacząca po tym, jak podała mu kod, a on się na to nabrał jak ostatni idiota, Nikka uchylająca się przed jego dotykiem, gdy chciał sprawdzić, czy ma gorączkę. Nikka klęcząca przed panem Reedem w tym dziwnym miejscu, w którym znaleźli się po wybuchu reaktora… I niby jak miał to wszystko wyjaśnić?

    - Dobrze, sama mi o tym opowie, mogę się o to założyć - powiedziała w końcu Helena błędnie interpretując jego przedłużające się milczenie.

    - Przyjmuję zakład - zgodził się od razu. Wygraną miał w kieszeni. Owszem, Selino opowiedziała wszystko Margarettiemu, ale tylko dlatego, by mieć w nim potencjalnego sojusznika, co, musiał przyznać, do pewnego stopnia zadziałało. Tutaj jednak wyraźnie zaznaczył, że Helena tylko go zastępuje, więc może uznać ją za zbyt mało istotną, by szukać u niej wsparcia. Wydawało mu się też, że jej bezpośredni, amerykański sposób bycia nie przypadnie Akuryjkom do gustu. No i jeszcze stan psychiczny Nikki pogorszył się tak, że wątpił, by miała ochotę wracać do traumatycznych wspomnień.

    - O butelkę szkockiej, może być?

    - Jeśli wygram, wolałbym skrzynkę piwa, gęstego pszenicznego - zastrzegł. - I dam ci rok, żebyś miała jakiekolwiek szanse.

    Musiała uznać, że to zabawne, bo na jej poważnej twarzy pojawił się uśmiech. Nie podali sobie rąk, ale nie mieli wątpliwości - zakład został zawarty.

rozdział 50

    Następnego dnia wszystko zaczęło dziać się szybko. Ledwo zdążyły zjeść śniadanie, a na hali zjawili się Hill i Erik Czen. Margareti też przyszedł, ale jak podejrzewał wcześniej, nie miał zbyt wiele czasu na pożegnania. Hill nie powiedział tego wprost, ale było widać, że mu się spieszy. Kazał dziewczynom zebrać swoje rzeczy i szykować się do wyjścia. Nikka rozejrzała się po hali mając nadzieję, że robi to po raz ostatni. Wydała jej się bardzo pusta, gdyż strażnicy w czarnych mundurach zniknęli z balkonu. Zostało dwóch przy drzwiach, lecz ci na pewno opuszczą swoje stanowiska zaraz po ich wyjściu.

    - Rzeczy? My nie mamy żadnych rzeczy - stwierdziła Inga. Nikka wolała się nie odzywać, wzięła tylko notes i pisak. To był cały jej dobytek i, co zabawne, dorobiła się go zaledwie wczoraj.

    Słyszała, jak Erik wyjaśnia Indze, że pani Kamilla dotrze do nich kilka dni później, musi przygotować się do przeprowadzki z całą rodziną. Hill chyba oczekiwał, że pójdzie z nim przodem, ale Nikka trzymała się z tyłu, jak przystało na sterniczkę zatrudnioną przez rodzinę Lin-Mollari, osobę o statusie społecznym niewiele wyższym od zwykłej służącej. I tak miała udawać, mogła zacząć tutaj, niekoniecznie tam, na miejscu. Oraz, co może było nawet ważniejsze, nie miała najmniejszej ochoty się do niego zbliżać.

    Myśli Nikki uciekły do lotu Płaszczką. Nie spędziła za jej sterami dużo czasu, łącznie były to najwyżej trzy godziny. Ale za to ile zdążyło się przez ten czas wydarzyć… Szaleńcza ucieczka, przelot do tego świata, awaria zasilania, próby nawiązania kontaktu z Amerikanami, a do tego jeszcze Inga, która, delikatnie mówiąc, nie była w najlepszym stanie. Uznała, że poradziła sobie całkiem nieźle z tymi kryzysami. Czy dziś dałaby sobie radę tak samo dobrze? Może.

    Pomijając to wszystko, samo latanie było super. W sumie mogłaby zostać sterniczką i zarabiać na życie prowadząc statki powietrzne czy wodne. Cieszyło ją to, jak potężna maszyna reagowała na jej polecenia i mogła nią polecieć, czy też popłynąć, gdziekolwiek miałaby ochotę. Statki dawały wolność nieosiągalną nigdzie indziej. Nagle zrozumiała tych wszystkich na wpół legendarnych piratów grasujących w minionych wiekach na wodach Amaru i Południowego Archipelagu. Do cholery, przecież nazywano ją Królową Piratów i podobał jej się ten przydomek, chociaż wtedy myślała o nim w innych kategoriach. Teraz zaczął podobać się jej jeszcze bardziej. Rzucić to wszystko i wypłynąć na morze… Oddałaby wiele za taką możliwość.

    Wciąż zamyślona wsiadła do wielkiego, czarnego auta, którego drzwi otwierały się w dziwaczny sposób, przesuwając w bok. Jego wnętrze było przestronne, fotele bardzo wygodne, a szyby w oknach przyciemniono, żeby nikt z zewnątrz nie gapił się na pasażerów. Albo żeby nie raziło ich słońce. Najprawdopodobniej jednak chodziło o jedno i drugie.

    - Zapnijcie pasy - musiał przypomnieć Hill wchodząc do środka i zajmując miejsce obok niej, chociaż z tyłu było jeszcze wolne.

    No tak, te pasy. Poradziła sobie ze swoim, Erik wyjaśnił dziewczynom, o co z nimi chodzi. Tak, jak myślała, obie były zafascynowane czekającą je podróżą i w ogóle wyjściem na zewnątrz. Sama też patrzyła przez okno, ale bez większego entuzjazmu, nie miała dziś humoru na podziwianie widoków. Tęsknym spojrzeniem pożegnała Płaszczkę świecącą sobie wciąż pod plandeką na płycie lądowiska. Pewnie nigdy więcej jej już nie zobaczy.

    - Panie Hill, jak długo potrwa ta podróż? - spytała nawet nie odwracając głowy w jego stronę.

    - Około dwie i pół godziny. Byłoby szybciej, gdybyśmy mogli wystartować z tego.. portu lotniczego?

    - To dobre określenie - stwierdziła, chociaż sama użyłaby raczej słowa “lądowisko”. A więc podróż nie będzie długa.

    - Niestety przez twój statek ten port jest wyłączony z użytkowania.

    Nie miała siły tłumaczyć kolejny raz, że Płaszczka nie należy do niej. Przecież dobrze o tym wiedział, więc rzucił tę uwagę tylko po to, by sprowokować ją do rozmowy, na którą nie miała ochoty.

    Skoro Hill mówił o lądowisku, to pewnie będą gdzieś lecieć. Chętnie przeleci się tutejszą maszyną. Wydawały się takie szybkie… Na pewno nikt nie wpuści jej do kokpitu, ale samo bycie pasażerką na pewno będzie wystarczająco interesujące. Nagle coś jej się przypomniało, to niesamowite spotkanie z Panem Reedem. Czuła wtedy wyraźnie zapewnienie boga, że jeszcze będzie latać Płaszczką. Jak mogła o tym zapomnieć? Ostatnio zajmowała się bardzo przyziemnymi sprawami i poświęcała zdecydowanie zbyt mało czasu na modlitwę. Obiecała bogom, że to się zmieni jak tylko sytuacja się uspokoi. Może w nowym domu znajdzie się wolny kąt na choćby prowizoryczny ołtarz ze świecami?

    - Hej dziewczyny, któraś z was umie rysować? - spytała. Inga dobrze śpiewała, sama Nikka potrafiła jako tako szyć, ale o innych talentach artystycznych jakoś nie rozmawiały. Koleżanki odwróciły się do niej zaskoczone tym absolutnie niezwiązanym z aktualną sytuacją pytaniem.

    - Umiem, ale wychodzi mi to mniej więcej tak samo dobrze, jak tobie śpiew - zaśmiała się Inga.

    - Kiedyś coś rysowałam, ale chyba wyszłam z wprawy. Jak chcesz, to mogę spróbować, coś pamiętam. A o co chodzi? - słowa Kalii brzmiały obiecująco.

    - Wyjaśnię wam później, po tym wszystkim - odpowiedziała ogólnikowo. - Kalia, przypomnisz mi o tym, dobrze? Już po tym całym przemówieniu, jak będziemy mieć trochę wolnego czasu.

    - Pewnie Nikka, ale teraz rozbudziłaś moją ciekawość i będę o tym myśleć, dzięki - dziewczyna udała obrażony ton, komandor posłała jej w zamian ciepły uśmiech. Może na początku się na to nie zanosiło, ale w końcu naprawdę polubiła tę małą arystokratkę.

    - Moją też - powoli powiedział Hill.

    - To nie ma nic wspólnego z panem ani z pańskim rządem. I tak się pan dowie, wystarczy poczekać - odpowiedziała mu, zdenerwowana, bo zdawał się wracać do swojego poprzedniego zachowania.

    Itan, czy ty się nie możesz po prostu ode mnie odpierdolić? - pomyślała brzydko.

    Widocznie jednak mógł, przynajmniej na jakiś czas, bo przestał rzucać głupimi stwierdzeniami. Wyjął radiostację, rozłożył ją, sprawdził coś na małym podświetlonym ekranie, schował z powrotem do wewnętrznej kieszeni. Nikka odwróciła wzrok, nie chciała prowokować go do rozmowy. Skupiła się na widoku za oknem. Dzień był dość pochmurny i wietrzny, ale na razie chyba nie zanosiło się na deszcz. Mijali małe miasteczka z domami rozrzuconymi luźno wśród drzew, gdzieniegdzie większe skupiska budynków i sklepów. W końcu krajobraz się zmienił, zieleń powoli zaczęła zanikać, a domy ustąpiły miejsca kilkupiętrowym kamienicom. Na ulicach, jak zawsze na Erf, było pełno aut, tak wiele, że czasami sternik musiał się zatrzymywać, bo blokowały przejazd. Wjechali na wielki most, i tam Nikka nie wiedziała, na co patrzeć: czy na widoczne w dali zwodniczo znajome doki i portowe dźwigi, czy może na wznoszący się w niebo potężny statek powietrzny, biały i kształtem z grubsza podobny do Mewy. Statek wygrał, nawet nie chciała udawać, że jej nie interesuje, po prostu gapiła się na niego bezwstydnie ledwo pamiętając o tym, by nie otwierać ust z wrażenia.

    - Niestety moje drogie panie, my będziemy lecieć czymś skromniejszym - oświadczył Hill widząc ich zainteresowanie.

    - Mam nadzieję, że tamten statek będzie cichszy od tego auta, od szumu zaczyna boleć mnie głowa - zaczęła marudzić Kalia.

    - Nie liczyłbym na to - skrzywił się Hill. Może to złudne wrażenie, ale Nikce wydawało się, że nadchodzący lot wcale go nie cieszy.

    W końcu dojechali na lądowisko, ogromne, pełne statków, pojazdów i wielkich przeszklonych budynków. Czarne auto mijało kolejne bramy, wpuszczane coraz dalej i dalej. Nie musieli czekać, więc ich przybycie było zaplanowane. Zatrzymali się przy hangarach z dala od głównych zabudowań. Itan wysiadł pierwszy z auta i z niespodziewaną kurtuazją pomógł wyjść każdej z nich. Nikka przyjęła oferowaną dłoń, ale opłaciła to zimnym dreszczem i przyspieszonym biciem serca. Dlaczego jej organizm ciągle tak reagował? Przecież, do cholery, całą drogę siedzieli obok siebie, powinna się przyzwyczaić. Stwierdziła, że nie zdoła tego pojąć i zajęła się czymś innym, oglądaniem białej smukłej maszyny stojącej naprzeciw nich. Nie była duża, wyglądała trochę jak większa i grubsza wersja Mewy z silnikami zamontowanymi przy kadłubie pomiędzy skrzydłami a pionowym statecznikiem.

    Ktoś z obsługi otworzył drzwi, które opadły w dół tworząc zgrabne schodki prowadzące do wnętrza.

    - Wygląda nieźle - mruknęła Inga stając tuż obok komandor Selino.

    - Wsiadajcie, pan Hill mówi, że nam się spieszy - pogonił je Erik. W ręku trzymał sporą prostokątną walizkę. No tak, ma się przeprowadzić, przypomniała sobie Nikka.

    - Dobrze, pójdę pierwsza - westchnęła i weszła po schodach. Skinęła głową mężczyźnie w białej koszuli, który stał w przejściu do kokpitu i skierowała się do części przeznaczonej dla pasażerów.

    Nie spodziewała się, że wnętrze statku będzie tak wyglądać. Kilka wielkich jasnobrązowych foteli wręcz prosiło, żeby w nich usiąść. Czuła się jak w eleganckim, aczkolwiek nieco ciasnym salonie, a nie na pokładzie statku powietrznego. Opadła na pierwszy z brzegu fotel, przez chwilę oglądała pasy, chyba zapinało się je tu trochę inaczej niż w aucie… Poradziła sobie, a potem pomyślała, że jest tu tak miękko, że mogłaby usnąć. Inga usiadła obok, Erik naprzeciw niej. Za nimi w środku pojawiła się Kalia, wybrała fotel naprzeciwko Nikki. Dobrze, Itan będzie musiał siedzieć w tylnym rzędzie i nie będzie musiała na niego patrzeć. Wszedł na pokład ostatni, oczywiście musiał najpierw porozmawiać ze sternikiem.

    - Pasy zapięte? - rzucił pytanie, ale nie czekał na odpowiedź widząc, iż każdy je zapiął. - Startujemy za dziesięć minut - powiedział jeszcze, i ku wielkiej uciesze Nikki siedział cicho przez prawie cały lot.

    Silniki statku ożyły i owszem, były głośne. Najpierw jechali przez lądowisko dość powoli, potem zaczęli przyspieszać, aż w końcu koła oderwały się od ziemi i wzlecieli w powietrze. Miasto w dole zaczęło oddalać się w zawrotnym tempie. Budynki stawały się coraz mniejsze, morze zajęło większą część horyzontu, potem przelecieli przez chmury i nie było widać już niczego poza bielą obłoków w dole i błękitem w górze. Ten monotonny widok znudził Nikkę o wiele szybciej, niż się spodziewała. Bycie pasażerką nie było tak fajne, jak sterowanie statkiem.

    - Uszy mnie bolą - narzekała Kalia. Nikka też czuła dziwne kłucie, ale postanowiła je zignorować i pomóc koleżance zająć myśli czym innym. Obok Inga i Erik nachylili się ku sobie i pogrążyli w cichej rozmowie.

    - Pamiętam, że przy oficjalnych wystąpieniach trzeba stać prosto i mówić wyraźnie, prawda? - zaczęła rozmowę.
    
    - Tak, musisz się wyprostować, ściągnąć łopatki i trochę podnieść podbródek - Kalia zademonstrowała to wszystko. - A jak siedzisz, to się nie opieraj, tylko usiądź bliżej krawędzi i cały czas trzymaj plecy prosto.

    Spróbowała, ale Kalii ciągle nie podobało się ułożenie jej podbródka. Wreszcie wyciągnęła dłoń i nakierowała twarz Nikki na właściwą pozycję. Miała bardzo delikatny dotyk i ciepłe palce.

    - Wiesz, musisz tak jakby udawać, że jesteś najważniejsza, żeby ludzie chcieli cię słuchać. Ty to trochę umiesz, ale oddalasz się przy tym na krześle i mrużysz oczy i przez to wydajesz się nieprzystępna i groźna. Może to dobre w wojsku, ale nie na salonach.

    - Dziękuję za rady panienko. No co, będę cię tak nazywać, przecież dla ciebie pracuję - wyjaśniła, widząc jej zdumioną minę.

    - A jak zapomnę?

    - Myślałam nad tym, i zawsze możemy powiedzieć, że te parę miesięcy spędzone tutaj nas do siebie zbliżyło i nasze relacje nie są już takie formalne. Ale Kalia, postaraj się zapamiętać to wszystko, dobrze?

    Dziewczyna przytaknęła z zapałem. Nikka dała jej notes, żeby powtórzyła sobie całą historię, którą przygotował dla nich Hill. Rozgadały się na ten temat tak, że prawie przegapiły moment, w którym statek zaczął zniżać pułap.

    Znów zaczęły je boleć uszy. Kalia aż złapała się za głowę, Nikka była bardziej odporna.

    - To chyba od zmian ciśnienia, na dole ci przejdzie - próbowała pocieszać cierpiącą koleżankę.

    - Albo to ja po prostu jestem słaba, zobacz, nikomu innemu nic nie jest.

    Nikka rozejrzała się po kabinie. Owszem, Inga i Erik zachowywali się normalnie, razem wyglądali przez okno i obserwowali zbliżające się miasto, ale był tu jeszcze jeden pasażer...

    - Nie jesteś słaba, młoda - komandor uśmiechnęła się do niej. - I nie tylko ty źle to znosisz. Odwróć się i spójrz na Hilla - wyszeptała.

poniedziałek, 29 marca 2021

rozdział 49

    Owszem, Nikka była zmęczona, ale mniej, niż się spodziewała. Praktycznie cały dzień z Hillem i ani jednego wybuchu gniewu… Ta szczera rozmowa widocznie była potrzebna, po niej Itan przestał ją dręczyć i zajął się swoją pracą. A ona będzie się starać utrzymać współpracę tak długo, jak będzie to dla nich korzystne. Oczywiście Hill próbował wymusić od niej przysięgę na bogów, ale tym razem stanowczo mu odmówiła.

    - Nie, panie Hill. Uważam, że tym razem żąda pan zbyt wiele. Mogę tylko powiedzieć, że będę współpracować, dopóki będzie to nam przynosić korzyści. Mamy zostać umieszczone w jakimś innym domu, zostać przedstawione ludziom, to świetnie. Zrobię to, czego ode mnie wymagacie, nie będę sprawiać kłopotów. Kiedy otworzycie przejście, pomogę wam, jak to miało być? Nawiązać pokojową współpracę, jeśli tylko będę mieć cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie. Na to mogę dać moje oficerskie słowo, ale cofnę je, jeśli tylko nasza sytuacja się pogorszy. Wiem, że pan to rozumie, nawet jeśli to się panu nie podoba - zakończyła przemowę, zaskoczona trochę, że Hill jej nie przerwał.

    - Przekażę to moim przełożonym - stwierdził tylko, po czym wyjął tę swoją przenośną radiostację i z kimś się skontaktował. Rozmawiał dobre paręnaście minut, w pewnym momencie dołączył się kolonel Margareti. We dwóch odeszli od stołu dyskutując zarówno ze sobą, jak i z kimś po drugiej stronie radia.

    - Rozmawiają o tym, że wyjedziecie stąd dopiero jutro - wyjaśniła im Kamilla. - Przykro mi, że będziesz musiała współpracować właśnie z nim - spróbowała pocieszyć Nikkę delikatnie nakrywając dłonią jej dłoń.

    - Wyjaśniliśmy sobie kilka rzeczy, będzie dobrze. Czemu nie można było tak od razu? - pożaliła się, trochę tłumaczce, trochę sobie, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę ze wszystkich okoliczności, które sprawiły, że pobyt na Erf okazał się dla niej tak trudny. Teraz poczuła się trochę lepiej widząc autentyczną troskę Kamilli.

    Hill wrócił, powtórzył wieść o tym, że jutro wyruszają do stolicy, miasta o nazwie Łaszinton, pożegnał się uprzejmie i wyszedł, nie wdając się już w żadne dyskusje. Po tym głos zabrał Antony Margareti.

    - Chcę was pożegnać już dziś, jutro możemy na to nie mieć czasu. Mam nadzieję, że pobyt tutaj nie był dla was szczególnie uciążliwy, i że cokolwiek dalej was spotka, będzie od niego lepsze - przetłumaczyła Kamilla, a wojskowy uścisnął dłoń każdej z dziewczyn. Nikka i Inga skinęły mu głową, Kalia zaś ukłoniła się lekko, tak jak zrobiłaby to w domu żegnając starszego oficera.

    - Dziękujemy. Jestem pewna, że zadbał pan o nasze bezpieczeństwo tak, jak mógł pan najlepiej - odparła mu Nikka.

    Goście wreszcie sobie poszli. Komandor padła na łóżko, Kalia usiadła przy niej, za to Inga została przy stole i uważnie przejrzała wszystkie notatki.

    - Jakbyś była parę lat starsza, to oddelegowałabym cię do tej roboty i kłóciłabym się z Hillem tak długo, aż by się zgodził - nagle stwierdziła Nikka.

    - Naprawdę? Dlaczego? - wydusiła z siebie zaskoczona Kalia.

    - Bo ja nie do końca nadaję się do takich rzeczy - westchnęła. - Owszem miałam w szkole zajęcia z etykiety i wystąpień publicznych, ale powiedzmy, że niezbyt się przykładałam. Będziesz musiała mi zrobić małe szkolenie, ale to może już nie dziś. Mamy czas, mówili coś o pięciu dniach.

    - Pewnie Nikka, żaden problem. Mogę wiedzieć, czemu się nie przykładałaś? Mi rodzice zawsze powtarzali, że to są bardzo ważne rzeczy.

    - Teraz już zdaję sobie z tego sprawę, ale wtedy myślałam, że nigdy w życiu mi się to nie przyda. Za to jakbyś chciała, żeby ktoś dostał w mordę, to jestem do usług - Nikka podniosła się, usiadła obok młodszej koleżanki i żartobliwie szturchnęła ją łokciem.

    - Świetnie się składa, bo rodzice akurat tego nie kazali mi się uczyć.

    Inga podeszła do nich z notesem w rękach.

    - Więc to będzie teraz wersja oficjalna - stwierdziła, nie zapytała. - To nieuczciwe, to cholernie nieuczciwe wobec nas, nikt nie odpowie za to, co się tu działo, nikomu nawet o tym nie powiedzą - w jej głosie wrzał gniew.

    - Wiem - skwitowała to krótko Nikka. - To oficjalna wersja na Erf, nikt nie powiedział, że będzie też oficjalna na Amarze.

    Popatrzyły na siebie ze zrozumieniem. Czymkolwiek by jej nie zagrozili, Amerikanie nie powstrzymają Nikki przed złożeniem raportu królowi. Pełnego raportu uwzględniającego wszystkie szczegóły. Komandor nie miała też wątpliwości, że Inga i Kalia zrobiłyby dokładnie to samo, jeśli ona z jakiś powodów nie będzie mogła.

    - Co powiedziałaś Hillowi, że zrobił się nagle taki grzeczny? - chciała wiedzieć Inga.

    - Prawdę. Na szczęście zadziałało. Nie, nie chcę wam teraz o tym opowiadać - dodała szybko widząc, że to nie zaspokoiło ciekawości dziewczyn. - Jak myślicie, ile zajmie im otworzenie przejścia? - spytała, by zmienić temat.

    - Parę miesięcy - obstawiła Kalia.

    - Ze trzy lata co najmniej - Inga była bardziej pesymistycznie nastawiona.

    - Będę się modlić, żeby nie trwało to dłużej niż rok - oznajmiła na koniec Nikka.

    Potem okazało się, że żadna z nich nie miała racji.

sobota, 27 marca 2021

rozdział 48

    Jak mógł nie pomyśleć o czymś tak oczywistym? Najpierw walczyła na wojnie, potem była w więzieniu i na przymusowych robotach, a i tutaj nie obchodzono się z nią najlepiej. Sam ją torturował, musiał to przyznać, chociaż nie lubił tego słowa. Po tym wszystkim potrzebowała terapii. PTSD, depresja, on się na tym nie znał, ale specjalista na pewno zdiagnozowałby u niej całą masę zaburzeń. Biorąc pod uwagę okoliczności i tak radziła sobie nieźle.

    A on rzeczywiście traktował ją inaczej, może nawet nie do końca świadomie. Naprawdę chciał w niej widzieć swoją uczennicę? Bratnią duszę? Ciężko stwierdzić. Owszem, darzył ją szacunkiem już od dawna, ale dopiero ta przemowa uświadomiła mu, że może kryć się za tym coś więcej. Później o tym pomyśli, teraz rzeczywiście mają jeszcze dużo do omówienia, a w każdej chwili może dostać telefon z Waszyngtonu i trzeba będzie ruszać w drogę.

    Ponownie usiedli przy stole. Zauważył, że Selino unika jego spojrzenia, ale tak było lepiej. Chce profesjonalizmu, to go dostanie. Nie chciał jej do siebie kompletnie zrazić i stracić tej pracy. Gdzie znajdzie coś równie ciekawego? Pozwalał sobie nawet na myśli, że kiedyś odwiedzi ten tajemniczy Amar leżący pod obcym, szarym niebem.

    Selino przeczytała przemówienie jeszcze raz, z własnej inicjatywy, i musiał przyznać, że tym razem poszło jej nieźle. Jeśli zachowa się w ten sposób przed kamerami, wszyscy będą zadowoleni.

    - Dobrze pani Selino, przejdźmy teraz do trudniejszych rzeczy. Po przemowie będzie czas na pytania. To bardzo ważne, żebyś zapamiętała, żebyście wszystkie dobrze zapamiętały właściwą wersję wydarzeń.

    - Proszę, słuchamy uważnie - odpowiedziała szybko, jakby właśnie czegoś takiego się spodziewała.

    Jego zdaniem historia wymyślona przez ludzi prezydenta była niezła i biorąc pod uwagę chęć współpracy Nikki teoretycznie nikt nie powinien jej kwestionować, ale nawet najlepsze plany zwykle nie wytrzymywały konfrontacji z rzeczywistością. Przygotuje je najlepiej, jak się da, a potem się zobaczy. Po cichu liczył na ten dziwny akuryjski honor, który nie pozwoli dziewczynom złamać danego słowa i wygadać się z czymś niepożądanym.

    - Przyleciałyście tu dziewięć miesięcy temu. Nie pokazywałyście się publicznie z powodu choroby. Najpierw chora była Inga, potem ty, pani Selino. Nie chcecie rozmawiać o swoich dolegliwościach, trwały długo i były nieprzyjemne. Załóżmy, że było to coś w stylu zapalenia płuc, nie znacie szczegółów, nie jesteście lekarkami. Chcieliśmy dać wam wyzdrowieć w spokoju, dlatego dopiero teraz przedstawiamy was wszystkim.

    Selino tylko mu przytakiwała, na razie nie miała żadnych uwag, co nieco go niepokoiło.

    - Statek należy do Kalii, która pochodzi z bogatej rodziny, stać ją na takie rzeczy.
    
    - Arystokratycznej, pochodzę z arystokratycznej rodziny, nie tylko bogatej - poprawiła go najmłodsza dziewczyna z takim zadęciem, że z trudem powstrzymał uśmiech. Selino chyba miała z tym większy problem, bo na chwilę odwróciła głowę tak, by nie było widać twarzy.

    - Oczywiście, arystokratycznej - potwierdził. - Pani Selino pracuje dla ciebie jako… - wyleciała mu z głowy ta nazwa. One nie mówią pilot, tylko jakoś inaczej, tak żeglarsko - sterniczka, steruje twoim statkiem. Zapragnęłaś wybrać się na małą wycieczkę z przyjaciółką - wskazał na Ingę - i wpadłyście do dziwnej anomalii, która wyrzuciła was tutaj.

    - Jestem trochę za stara na przyjaciółkę Kalii, nie uważasz? - Inga nie bawiła się w zbędne uprzejmości.

    - W takim razie proszę, zaproponuj coś lepszego.

    - Służąca, jestem jej służącą. Panienka z dobrego domu nie powinna wybierać się na wycieczki sama, to nie uchodzi.

    - Inga daj spokój, przecież jestem twoją przyjaciółką. I nie wyciągaj tu jakiś stereotypów sprzed trzydziestu lat, dobrze wiesz, że tak nie jest.

    - Ale Amerikanie nie wiedzą. Pomyśl młoda, jaka to piękna historia, niewinna dziewczyna zagubiona w obcym świecie…

    - Dobrze, wystarczy tego - musiał przerwać te fantazje. - Kłamstwo musi być jak najprostsze i jak najbliższe prawdy, żebyście się w nim nie pogubiły i nie wyszły z roli.

    - Pan Hill ma rację - poparła go Selino. - Na milę widać, że jesteście przyjaciółkami. I ty też masz rację Inga, Amerikanie nie wiedzą niczego o naszym świecie, nie wiedzą, czy to, że piętnastolatka ma dziesięć lat starszą przyjaciółkę, jest normalne, czy nie. Zostajemy przy pierwszej wersji.

    - Ale ty to możesz sobie poudawać kogoś innego - Kalia zwróciła się do Nikki z pretensją w głosie.

    - Ona da sobie radę - uciszył ją ostro, aż pułkownik Margaretti obrzucił go zaniepokojonym spojrzeniem. Był tego pewien, jego oszukała, to przy odrobinie dobrej woli oszuka każdego. - Dostaniesz też kilka pytań od… Pani Peake, jak mam wyjaśnić im dziennikarzy? - zwrócił się do Camilli po angielsku.

    - Mają u siebie radio i wiadomości radiowe… Nikka, jak się u was mówiło na ludzi, którzy przygotowują programy do radia?

    - Masz na myśli redaktorów?

    - Dokładnie tak, pani Selino, chodzi mi o redaktorów. Będą ci zadawać pytania, i tu pojawia się problem, bo nie będziemy znać ich wcześniej, ale pewne rzeczy da się przewidzieć. Jak wygląda wasz świat? - rzucił jednym z najbardziej oczywistych pytań.

    - Z jednej strony jest podobny do tego świata, ale jednocześnie zupełnie inny. Jakby ktoś w nocy poprzestawiał wam w domu wszystkie meble, niby są takie same, ale można wpaść na jakieś krzesło - znów odpowiedziała szybko i z sensem, jakby już kiedyś o tym myślała, po czym zapisała coś na kolejnej stronie notesu.

    - Jak się pani u nas podoba? - kolejne pytanie też było pewniakiem. Tym razem zastanowiła się dłużej nad odpowiedzią.

    - Na razie nie miałam okazji zobaczyć wiele więcej ponad szpital i nasze mieszkanie, ale wszyscy byli dla nas tacy mili… Cieszę się, że wyzdrowiałam, i będę mogła lepiej poznać ten świat.

    Hmm, to też było dobre, może wymagało małych poprawek, ale to później. Teraz rzucał Selino pytanie za pytaniem, czasem Camilla jakieś podpowiadała, a ona radziła sobie z nimi raz lepiej, raz gorzej, lecz ciągle trzymając się w granicach wiarygodności. Zapisywała je wszystkie wraz z odpowiedziami. “Nasz kraj to Królestwo Akurii rządzone przez króla Mertina, oby żył długo i w dobrym zdrowiu”. “Jestem sterniczką, pracuję dla państwa Lin-Mollari od dwóch lat, prowadzę nie tylko statki powietrzne, ale też zwykłe, wodne, no i auta też”. “Pochodzimy z Ellis, to duże miasto portowe”. Wyglądało na to, że załapała całą koncepcję. Szło dobrze do momentu, w którym tłumaczka spytała:

    - Na twoim Amarze też wierzy się w Boga?

    - Nie wiem jak odpowiedzieć na to pytanie… - czyżby wreszcie Selino straciła wenę? Ale nie, to była część odpowiedzi. - Nie chcę nikogo obrazić, ani was, ani naszych bogów. To delikatna sprawa i wolałabym o tym nie rozmawiać… - wydawała się teraz taka niepewna, taka niezdecydowana. Wiedział, że to tylko pozory. - Najprościej będzie jak powiem tylko, że owszem, oddajemy cześć bogom.

    - A co będzie, jak ktoś spróbuje dyskutować z tobą na ten temat, albo przekonywać cię do chrześcijaństwa, to znaczy jednej z naszych największych religii? - drążyła Camilla, a on nie przerywał, sam był ciekaw zdania Selino. - Wiesz, tak pytam na przyszłość, będziesz pewnie rozmawiać z różnymi ludźmi.

    - Wykręcę się jakoś, oczywiście uprzejmie.

    - A jeśli będzie nieustępliwy? Pan przecież wie, że nawet niektórzy politycy mają zapędy ewangeliczne - to wyjaśnienie było skierowane w stronę Hilla.

    - Nie będę ryzykować z bogami, najwyżej obrażę jakiegoś Amerykanina.

    - A jeśli on obrazi bogów?

    Tu Nikka uśmiechnęła się w dziwny sposób, smutny i jakby mściwy jednocześnie.

    - Odsunę się na bezpieczną odległość i poczekam.

    - Tak? Na co? Coś się stanie?

    Hill przypomniał sobie to straszne uczucie przymusu i fale gorąca, które ogarniały go, kiedy tylko próbował sprzeciwić się panu Reedowi. Co by się stało, gdyby go znieważył? To nie Jezus, który kocha wszystkich i wszystkim wybacza, bliżej mu było do każącego Jahwe ze Starego Testamentu. Odpowiedź na pytanie Camilli nasunęła mu się się sama, i najwidoczniej była prawidłowa, bo i on, i Selino, wymówili ją w tym samym momencie:

    - Spłonie.

    Przy stole zapadła nagła cisza. Popatrzył Nikce w oczy i czyżby znalazł w nich ten sam strach? Chyba tak, nie był jednak pewien, bo dziewczyna bardzo szybko spuściła wzrok i kontynuowała pisanie. Sprawa z bogami była poważna, postanowił uczulić na nią swoich przełożonych, by faktycznie nie doszło do jakiejś tragedii. Nie wątpił, że w końcu znajdzie się jakiś idiota, który wyskoczy z czymś głupim i bardzo tego pożałuje, ale lepiej, żeby nie doszło do tego zaraz pierwszego dnia.

wtorek, 23 marca 2021

rozdział 47

    Kamilla Pik przyniosła im tego dnia dwie rzeczy. Pierwsza, obiecane herbands do związywania włosów, ucieszyły dziewczyny tylko do momentu, w którym nie wyjawiła im najnowszych wieści.

    - Prezident Busz zdecydował, że ogłosi waszą obecność publicznie - oświadczyła im uroczyście. Popatrzyły na siebie z niedowierzaniem.

    - Teraz?! Siedzimy tu pół roku, może dłużej. I nagle mu się przypomniało… - Inga nie przyjęła tego zbyt dobrze.

    - Spokojnie, nie powiedz niczego, czego byś później żałowała - zdecydowanie przerwała jej Nikka, absolutnie przekonana, że Amerikanie mają jakiś sposób, by je podsłuchiwać. Zamyśliła się. Od jej wycieczki do wraku Mewy minęło zaledwie dziesięć dni, teraz chcą ujawnić istnienie Amaru… To na pewno było ze sobą powiązane.

    - Nikka, mam cię przygotować na publiczne wystąpienie. Pan Margareti ma tu do nas dołączyć i przynieść nam tekst oświadczenia, które wygłosisz - głos Kamilli nie brzmiał zbyt pewnie, jakby tylko powtarzała coś, co kazano jej powiedzieć, i nie była pewna, czy wszystko dobrze pamięta.

    - Spokojnie, pani Kamillo. Dla nas to dobra wiadomość. Oczywiście, jeśli trzeba, wygłoszę przemówienie. Ale uczciwie ostrzegam, są rzeczy, które nie przejdą mi przez gardło.

    - Tak, tak, wszystko razem przećwiczymy, dopracujemy - przytaknęła jej kobieta,

    Nikka spojrzała na Kalię. To ona powinna przemawiać, jako arystokratkę na pewno szkolono ją do takich rzeczy. Ale cóż, ogłoszenie się przywódczynią do czegoś zobowiązuje. I tak będzie musiała poprosić młodą o kilka lekcji.

    Przez dłuższą chwilę wypytywała tłumaczkę o szczegóły, ale ta albo ich jeszcze nie znała, albo nie mogła wyjawić. Nikka obstawiała tę pierwszą ewentualność. Kamilla była zawsze bardzo życzliwie nastawiona, nie oszukiwałaby specjalnie. Dziś była wyjątkowo poddenerwowana, co chwilę zerkała na zegarek. Najwidoczniej kolonel Margareti się spóźniał.

    - Orientujesz się, jaka będzie oficjalna wersja? Nie jestem naiwna, wiem, że nie pozwolą nam opowiedzieć całej prawdy.

    Kamilla zrobiła zdziwioną minę. To była naprawdę bardzo dobra kobieta, świat polityki zupełnie jej nie służył. Co prawda i Nikka nie czuła się w nim dobrze, ale przynajmniej wiedziała, że to trudna walka, wcale nie mniej zacięta niż ta na polu bitwy.

    - Nieważne, spytam pana Margaretiego, o ile ten się raczy pojawić.

    Pojawił się, jednak o wiele później, niż spodziewała się tego Kamilla. Powód tego spóźnienia był jasny: nie przyszedł sam. Towarzyszył mu Itan Hill z teczką w dłoni. Obaj mężczyźni wydawali się być nieszczególnie zadowoleni ze swojego towarzystwa.

    - Dziewczyny, ani myślcie wstawać - Nikka szybko wydała im polecenie, otrząsając się z szoku wywołanego pojawieniem się Itana. Czy ten człowiek nigdy nie przestanie jej prześladować? - Może wreszcie przyniosą nam więcej krzeseł.

    Margareti przywitał się uprzejmie, Hill milczał. Kolonel rozejrzał się, odnotował brak wolnych miejsc, po czym nakazał przynieść te cholerne krzesła. Nikka przyrzekła sobie, że nie pozwoli ich zabrać, choćby miała o nie walczyć ze wszystkimi strażnikami. Wojskowy usiadł pierwszy, tuż przy Nikce. Hill, zawiedziony, wziął swoje krzesło i poszedł z nim na drugi koniec stołu, komandor jednak nieustannie czuła na sobie jego spojrzenie. Kalia, niezadowolona z jego towarzystwa, demonstracyjnie przysunęła się bliżej tłumaczki, skrzypiąc przy tym nogami krzesła po podłodze.

    - Tak, wprowadziłam was już w temat, teraz możecie zadawać pytania - Kamilla przetłumaczyła słowa Antonego Margaretiego.

    - Dlaczego akurat teraz? - Nikka nie wahała się ani chwili.

    - Och Selino, pomyśl przez chwilę, sama do tego dojdziesz - rzucił niby od niechcenia Hill, mierząc ją pozornie obojętnym spojrzeniem. Przeszedł ją od tego zimny dreszcz.

    - Przecież wiadomo, że to przez drugi statek - warknęła Inga. Nikka złapała ją za rękę, nie chciała, żeby Hill się zdenerwował. Zrozumiała przekaz, uspokoiła się i oddała uścisk. Potrzebowały tego, pokrzepienia i zapewnienia, że wszystko będzie dobrze.

    - No, a jak myślisz, dlaczego ciągle mnie do was wysyłają? Myśl, jesteś mądrą dziewczynką - kontynuował Hill. Wbiła paznokcie w dłoń Ingi, gdy nazwał ją “dziewczynką”, ale coś zaczęło jej świtać… Sama zauważyła kiedyś, że są pilnowane ciągle przez tych samych strażników, a szpital, w którym była, też wydawał się dziwnie opustoszały. Jakby chciano, żeby o ich obecności wiedziało jak najmniej osób. Ale teraz był też drugi statek, wiedzieli żołnierze i uczeni w tamtej bazie.

    - Nie będziecie w stanie dłużej utrzymać naszej obecności w sekrecie - stwierdziła, zmuszając się, by spojrzeć w oczy Itanowi.

    Trafiła, pokiwał jej głową z - chyba udawanym - uznaniem. Na szczęście już tego nie skomentował, bo mogłaby nad sobą nie zapanować i dać się wciągnąć w poważną kłótnię.

    - Tak więc panie Margareti, czego dokładnie pan ode mnie oczekuje? - zwróciła się prosto do oficera mając nadzieję, że dostanie konkretną odpowiedź, bez kpin, gierek słownych i zawoalowanych gróźb.

    Odpowiedź, przetłumaczona przez Kamillę, nie była tym, co spodziewała się usłyszeć. Kolonel Margareti przyszedł tu właściwie tylko po to, by się pożegnać. Hill zabiera je do stolicy o trudnej do wymówienia nazwie, jak tylko dostanie informację, że ich nowy dom został już przygotowany. Od tej pory to on będzie odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo. Spotkanie, na którym miała przemawiać, zaplanowano za pięć dni.

    Margareti dodał coś jeszcze, po czym Kamilla spojrzała na niego wzrokiem pełnym niedowierzania.

    - Ja i Erik mamy wam towarzyszyć - oznajmiła. Było jasne, że nie wiedziała o tym wcześniej, a teraz starała się szybko zadecydować, czy to dobrze, czy źle.

    - Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę - Nikka postanowiła pomóc jej podjąć decyzję. - W nowym miejscu będziemy mieć wokół siebie przynajmniej dwie przyjazne twarze - uśmiechnęła się.

    Kamilla odpowiedziała nieco wymuszonym uśmiechem, jeszcze się wahała. Jednak komandor Selino uważała, że zgodzi się jechać z nimi. Ta kobieta darzyła je wszystkie niemal matczynym uczuciem, nie zostawi ich zdanych na łaskę Hilla.

    - Możemy wreszcie przejść do rzeczy, nie mamy za wiele czasu - rzucił nagle Hill, i nie było to pytanie, raczej stwierdzenie. Wyjął z teczki kilkukrotnie złożoną kartkę i przesunął ją po stole w stronę Kamilli. - Proszę, pani przetłumaczy to lepiej ode mnie. A ty pisz - rzucił Nikce pusty notes i pisak.

    Jak psu - pomyślała, ale zostawiła to dla siebie. Wypróbowała pisak, dziwną rzecz z żółtego tworzywa. Gęsty atrament znajdował się w środku i wypływał irytująco powoli, co zmuszało ją do mocnego przyciskania przyrządu do papieru. Kamilla na razie niczego nie dyktowała, uważnie czytała treść przemówienia. Wymieniła kilka zdań z Hillem, używając inglisz, więc Nikka niczego nie zrozumiała, w końcu jednak wzięła głęboki wdech i zaczęła mówić. Komandor Selino zgodnie z poleceniem zapisywała każde słowo, na razie niczego nie komentując.

    Skończyły szybko, przemówienie nie było długie. Nikka niemal natychmiast chciała wykreślić zdanie, którego nie może powiedzieć, o czymś takim może zadecydować tylko król. Z drugiej strony amerikańskie władze zakładały nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Akurią, co było świetną wiadomością i potwierdzało przypuszczenia Nikki o otwarciu przejścia. Hill jednak był szybszy i kazał jej przeczytać całość. Ech, ta jego obsesja na punkcie powtarzania… Ponownie powstrzymała się od komentarza i posłusznie przeczytała cały tekst.

    - Bardzo ładnie Selino - pochwalił ją ironicznie. Stłumiła prychnięcie.

    - Niestety to przemówienie będzie wymagało pewnych poprawek - oświadczyła za to starając się brzmieć jak najbardziej rzeczowo.

    - Tak? Co masz na myśli?

    - Chcę dodać podziękowania dla pani Kamilli, pana Erika i lekarzy, którzy się nami zajmowali - zaczęła od mniej kontrowersyjnej sprawy. Hill przytaknął, dopisała więc kilka zdań na końcu. - No i to… “Rząd mojego kraju pragnie nawiązać przyjazne stosunki ze Stanami Zjednoczonymi Ameriki”. Po pierwsze, my nie mamy rządu, tylko króla, więc to byłaby nieprawda. Po drugie, skąd niby mam wiedzieć, czego chciałby król? Poczekaj, daj mi skończyć - powiedziała widząc, że Hill otwiera usta, by jej przerwać. - Widzę, że wasz prezident będzie chciał otworzyć przejście, tak jak oboje myśleliśmy. Załóżmy, że to się udaje, ale z jakiś powodów król Mertin uzna was za wrogów, i co wtedy? Wy będziecie mieć mnie za kłamczuchę, a Akurajczycy? W najlepszym przypadku za osobę bez honoru.

    - A w najgorszym? - Hill znał ją na tyle dobrze, by to wiedzieć, więc to pytanie padło z ust Kamilli.

    - Za zdrajczynię - oznajmiła ponurym tonem Inga.

    - Tylko dlatego? Że powiedziała coś takiego?

    - To nie jest takie nic. Nikka nie może niczego obiecywać w imieniu króla, już nie mówiąc o podejmowaniu decyzji. Jeśli zrobi to bez upoważnienia to owszem, można uznać to za zdradę.

    - Takie tam różnice kulturowe - przytaknęła Nikka używając wyrażenia, które zasłyszała od Hilla. - Mogę powiedzieć coś w stylu “Mam nadzieję, że nasze kraje nawiążą ze sobą przyjazną i pokojową współpracę”, czy to wystarczy?

    - Niech ci będzie Selino, to praktycznie to samo. Przeczytaj mi to teraz jeszcze raz, z twoimi poprawkami - Itan zgodził się od razu, widocznie ta konkretna kwestia nie była dla Amerikanów szczególnie istotna.

    Przeczytała więc, ale to go nie zadowoliło.

    - Postaraj się bardziej, moja droga, wiem, że stać cię na więcej. Włóż w to więcej uczucia, niech wszyscy w to uwierzą - kpił.

    Gwałtownie rzuciła notes na stół, trochę niegrzecznie, ale osiągnęła zamierzony efekt: przerwał swoją tyradę.

    - Panie Hill, czy możemy porozmawiać na osobności? - zadała pytanie najbardziej oficjalnym tonem, na jaki było ją w tej chwili stać.

    - Dobrze, przejdźmy się - zgodził się i wstał od stołu. Gestem zaprosił dziewczynę, by poszła za nim. Odeszli daleko, za czerwoną linię, pod same okna zasłonięte dużymi płatami materiału. Przez chwilę Nikkę korciło, by go odchylić i wyjrzeć na zewnątrz, ale nie po to tu przyszła.

    - Słucham, po co to przedstawienie, Selino? Czego nie możesz mi powiedzieć przy wszystkich? - zaczął.

    Zebrała się w sobie i podeszła jeszcze krok bliżej, by móc zniżyć głos do szeptu. Kopnęła coś czubkiem buta, to była śrubka, jej mała, ostra śrubka. Przydałaby się teraz, miała wielką ochotę coś ścisnąć.

    - Jak rozumiem, będziemy musieli teraz ze sobą współpracować praktycznie cały czas, i chciałbyś, żeby była to udana współpraca, prawda? - patrzyła mu w oczy zadzierając nieco głowę. Był przystojnym mężczyzną, musiała to przyznać. Nawet zmarszczki i ta nieporządna broda dodawały mu tylko uroku.

    - Prawda - potwierdził krótko.

    - Chciałabym więc, żebyś przestał traktować mnie w ten sposób. Nie jestem twoją drogą Selino, uczennicą, a już na pewno nie twoją córką. Nie mam pojęcia, co ci się wydaje, dlaczego zachowujesz się w stosunku do mnie zupełnie inaczej niż do wszystkich innych, ale proszę, przestań. Wiem, że umiesz udawać miłego człowieka, albo przynajmniej zachowywać się profesjonalnie.

    Nie odpowiedział, mierzył ja tylko nieco zdziwionym spojrzeniem. Kontynuowała więc, całkowicie szczerze wygarniając wszystko, co leżało jej na sercu. Doskonale zdawała sobie sprawę, że w przypadku tego człowieka żadne kłamstwa i niedopowiedzenia nie wchodzą w grę.

    - Nie wiesz, o co mi chodzi? Nigdy nie byłeś po drugiej stronie, co? Nikt nie zrobił ci czegoś takiego, jak ty mi?

    - Możemy do tego nie wracać? - przerwał zniecierpliwiony.

    - Nic nie rozumiesz… Ja nie mogę o tym tak po prostu zapomnieć, to zostanie ze mną do końca życia. Każda minuta spędzona z tobą bardzo skutecznie mi o tym przypomina. Wiem, że współpraca przyniesie nam korzyści, i nie będę kłamać, że nie cieszę się z decyzji waszego prezidenta. Wytrzymam z tobą jeden dzień, to już nam się udało, na pewno więcej, bo mi zależy, ale jeśli będziesz dalej się tak zachowywać, to w końcu przyjdzie taki moment, w którym naprawdę się zabiję, żeby tylko nie musieć więcej na ciebie patrzeć - zakończyła trochę głośniej i bardziej rozpaczliwie, niż planowała. Wciągnęła gwałtownie powietrze uświadamiając sobie, że końcówkę wyrzuciła na jednym wydechu.

    - Pani Selino, czy to już wszystko? Jeśli tak, to proponuję wrócić do stołu, mamy jeszcze wiele spraw do przedyskutowania - oznajmił po dłuższej chwili nieco zmienionym tonem. Czyżby coś jednak do niego dotarło?

    - Tak panie Hill, wracajmy do pracy - odpowiedziała mu z podobną obojętnością.

niedziela, 21 marca 2021

rozdział 46

    Trzy dni. Tyle właśnie utrzymał się dobry nastrój Nikki. Czwartego dnia obudziła się bladym świtem i nie mogła zasnąć ponownie. Próbowała, ale udręczony umysł podsuwał jej same niepokojące myśli. Może Amerikanie wcale nie pozwolą im wrócić do domu, nawet jeśli znajdą sposób na otwarcie przejścia? Dlaczego w ogóle założyła, że o czymkolwiek ją poinformują? Margareti ma rację, Itan wziął od niej wszystko, czego chciał, ale nie da niczego w zamian. Przypomniała sobie te wszystkie parsknięcia, pogardliwe uśmieszki i spojrzenia, którymi ją obrzucał. W jego oczach zawsze czaiła się groźba. Choćby starał się być nie wiadomo jak bardzo uprzejmy i pomocny, Nikka pamiętała ten jeden zimny, przerażający uśmiech, którym obdarzył ją w drodze do domku w lesie. Już wtedy się przestraszyła, a przecież nie wiedziała jeszcze, co ją czeka. To był właśnie Hill, prawdziwy Hill.

    A ty, głupia wariatko, poszłaś z nim na współpracę - podsumowała swoje postępowanie. Nie ma co ukrywać, jest beznadziejna i nie powinna tu obejmować dowodzenia. Inga na pewno poradziłaby sobie z tym wszystkim o wiele lepiej.

    Przekręciła się na bok i spróbowała nakryć głowę poduszką, jednak to nie był dobry pomysł. Utrudniony dostęp do powietrza natychmiast przypomniał te chwile, gdy przywiązana do ławki walczyła o każdy oddech. Zrzuciła poduszkę na podłogę i usiadła na łóżku. Wspomnienia wróciły z taką siłą, że panika podeszła niepokojąco blisko.

    Nie mogli mnie wtedy po prostu utopić? Wszystkim wyszłoby to na dobre. Albo gdyby z tym lustrem się udało… - nie, nie może tak myśleć, nie może się poddać. Prawdziwi Akuryjczycy walczą do końca, powtarzała to swoim ludziom, wierzyła w to… wtedy. A teraz? Przymknęła oczy, odetchnęła głęboko, zacisnęła pięści. Cholera, tak. Robiło się coraz ciężej, ale wciąż wierzyła.

    Musiała się jakoś uspokoić. Wbijanie paznokci w dłonie powoli przestawało wystarczać. Miała na tę okazję plan awaryjny: małą, ostro zakończoną śrubkę odkręconą ze środka szafki. Wyjęła ją teraz z szuflady, po cichu, by nie obudzić dziewczyn, ścisnęła mocno. Metalowe krawędzie przyjemnie podrażniały ciało. Skoncentrowała się na bólu, na tym konkretnym momencie, na tym dniu. Przeszłości już nie zmieni, a przyszłość jeszcze się nie wydarzyła.

    Przeżyję ten dzień, a potem będę martwić się następnym - obiecała sobie. Chwyciła śrubkę prawą dłonią, zaczęła wodzić nią po pobladłych już bliznach we wnętrzu lewej. Zaczęła powoli, ale stopniowo zwiększała nacisk. Nie chciała się ranić, no, może tylko odrobinę... Tak, żeby poczuć coś więcej, niż tylko wszechogarniające przygnębienie. Ból rozlewał się po dłoni, ale nie przestawała. Blizny poróżowiały, Nikka spróbowała wbić czubek śrubki w środek największej z nich. Zgrubiała skóra stawiała opór. Może lepiej będzie kręcić śrubką? Spróbowałaby, ale z transu wyrwał ją gniewny okrzyk Ingi:

    - Nikka, co ty, do cholery, wyprawiasz!

    Aż podskoczyła na łóżku. Szybko schowała śrubkę, ale było za późno.

    - Ja… nic, nieważne… - odpowiedziała tak żałośnie, że nie przekonałaby tym nawet małego dziecka.

    - Nic? Nic! I ty to nazywasz nic? - Inga zerwała się z łóżka tak gwałtownie, że zwróciło to uwagę strażników. Dwóch z nich wymieniło między sobą kilka słów, ale nie interweniowali. - Kalia, wstawaj, musisz przy tym być - szarpnęła zdezorientowaną dziewczynę za ramię.

    - Co się stało…

    - Śpisz?

  - Już nie, coś się dzieje? - Kalia usiadła powoli, po czym przeciągnęła się i potrząsnęła głową odganiając senność.

    - Chodź, komandor Selino musi nam coś wyjaśnić.

    Oho, ten oficjalny ton nie oznacza niczego miłego - pomyślała Nikka uśmiechając się smutno. Nie wstała, niech Inga sobie pokrzyczy. Obiektywnie patrząc żaden akuryjski oficer nie powinien zachowywać się tak, jak ona przed chwilą.

    - Pani komandor, proszę, niech pani pokaże Kalii, niech ona też wie. W końcu... - szukała czegoś w pamięci - jesteśmy tu zamknięte razem, każda tajemnica wyjdzie na jaw prędzej czy później.

    Nikka, nadal z żałosną miną, otworzyła zaciśniętą pięść prezentując świeże czerwone zadrapania i śrubkę.

    - Nie rozumiem… Ty to sobie zrobiłaś? Po co? - Kalii najwyraźniej nie mieściło się w głowie, dlaczego ktoś chciałby sam się ranić.

    - To długa historia - odpowiedziała tylko.

   - Z całym szacunkiem, pani komandor, ale muszę to teraz powiedzieć - Inga stanęła na baczność, patrzyła gdzieś w przestrzeń przed sobą, ale głos miała mocny i zdecydowany. - Pani komandor Selino, martwię się o pani zdrowie. Martwię się, że nie będzie pani w stanie wypełniać swoich obowiązków. Dlatego ostrzegam, jeśli pani skaleczy się znowu, będę zmuszona odebrać pani dowodzenie, nawet jeśli potem miałabym za to odpowiedzieć przed sądem wojskowym.

    Nie mogła się jednak powstrzymać przed rzuceniem komandor zaniepokojonego spojrzenia. Nikka wyczytała w nim przede wszystkim troskę.

    - Myślę, że każdy sąd wojskowy podtrzymałby twoją decyzję, bo masz rację, Inga - Nikka podrzuciła śrubkę w powietrze, złapała, jeszcze raz zamknęła w dłoni, a potem cisnęła ją daleko przed siebie, pod ścianę hali, za czerwoną linię, której nie wolno było im przekraczać. Natychmiast tego pożałowała, przecież mogła się jeszcze przydać przy kolejnym kryzysie. Nie, nie wolno jej tak myśleć. - Dziękuję, chyba potrzebowałam porządnej reprymendy.

    Naprawdę zrobiło jej się lepiej, kiedy Inga zainteresowała się jej problemem. Miło było poczuć wsparcie. Wstała i poklepała ją po ramieniu.

    - To nic takiego, musimy sobie pomagać.

    - Jak już wrócimy do domu i okaże się, że moje nazwisko jeszcze coś znaczy, to zarekomenduję cię do Wydziału Wewnętrznego, jeśli będziesz chciała, oczywiście - zapewniła Ingę. - Krzyczenie na oficerów całkiem dobrze ci wychodzi.

    Dziewczyna uśmiechnęła się zakłopotana.

    - Wydział Wewnętrzny? Przecież oni… - zamilkła nagle.

    - Tak, chodzą o nich różne legendy - przytaknęła Nikka. - Myślę, że połowę tych dziwnych plotek rozpuścili sami, żeby ludzie bali się ich jeszcze bardziej. Z tego, co wiem, zajmują się tylko szukaniem zdrajców i przestępców wśród wojskowych.

    - Co przestępcy robią w wojsku? - zdziwiła się Kalia.

    - Wojskowi to ludzie, a ludzie, wiesz, bywają różni - odpowiedziała jej Inga.

    - Widzisz, przecież ty już myślisz, jakbyś była jedną z nich. Moim zdaniem nadajesz się idealnie - komandor Selino nie miała co do tego żadnych wątpliwości.

    - Zastanowię się nad tym i na pewno dam ci znać, jeśli się zdecyduję. A teraz przepraszam, muszę do łazienki - oświadczyła i zostawiła Nikkę i Kalię same.

    Zapadła cisza. Rzadko wstawały tak wcześnie, do śniadania zostało jeszcze dużo czasu. Nikka odchrząknęła, podniosła poduszkę, zaczęła ścielić łóżko. Myślała, że Kalia zajmie się sobą, ale dziewczyna wciąż stała obok i obserwowała ją z zaciętą miną. Niedobrze, będzie musiała jeszcze coś powiedzieć.

    - Przepraszam, Kalia. Nie chciałam was niepokoić, nie chciałam was zawieść. Wezmę się w garść, obiecuję.

    Młodej chyba chodziło o coś innego, nadal wpatrywała się w nią dziwnie.

    - Czemu… czemu Inga powiedziała, że skaleczysz się znowu, czy coś takiego?... Przecież teraz się nie skaleczyłaś, nie widziałam krwi. Czy robiłaś to wcześniej? - wreszcie wyrzuciła z siebie to, co ją dręczyło.

    - Tak, raz - młoda zasługiwała na szczerość. - Kiedy Hill zabrał cię na przesłuchanie. Byłam tak wściekła, że musiałam wbić sobie widelec w rękę.

    - Zrobiłaś to przeze mnie?! - w niebieskich oczach Kalii zalśniło niedowierzanie.

    - Nie przez ciebie. Po prostu się o ciebie martwiłam. To mnie powinien wziąć od razu… - teraz parę rzeczy ułożyło jej się w głowie. - Ale chciał mnie nastraszyć, skurwysyn - warknęła.

    - Chciałaś mnie chronić? Czyli jednak ci na mnie zależy?

  - Hej! Jakie “jednak” Kalia, to oczywiste, że mi zależy. Co ty sobie wyobrażasz, że nie wiem, zostawiłabym cię tu bez pomocy? Chodź tu, młoda - otworzyła ramiona i podeszła bliżej.

    Kalia ochoczo przytuliła się do Nikki. Tym razem żadna z nich się nie rozpłakała, chociaż i jednej, i drugiej Akuryjce niewiele do tego brakowało.

czwartek, 18 marca 2021

rozdział 45

    - Więc na podstawie tego, co tam zobaczyłam, można założyć, że sojusz z Tellarią doszedł do skutku, i wreszcie zaczyna nam się powodzić w tej wojnie - Nikka zakończyła swoją relację. Nawet nie usiadły, dziewczyny dopadły do niej tuż za czerwoną linią, obstąpiły ją i słuchały przejęte.

    - Szkoda, że ten chorąży nie przeżył - westchnęła Inga. Nikka przytaknęła jej i na chwilę spuściła wzrok. Przypomniała sobie widok sponiewieranego ciała z upiornym Y wyciętym na piersi. Kolejna rzecz, która będzie powracać w bezsenne noce.

    - Tak. No i system bez zasilania, nie mogłam sprawdzić niczego. Inga, a ty wiesz coś może na temat Czwartej Brygady Zachodniej Floty? Jej pieczęć była na dokumentach, a ja nijak jej nie kojarzę…

    Dziewczyna szukała czegoś w pamięci, jednak finalnie pokręciła przecząco głową.

    - Zawsze były trzy brygady. Widocznie stworzono nową.

    - Widocznie… - urwała, widząc Margaretiego i Erika Czena wchodzących pospiesznie na halę. Kolonel wciąż wyglądał na zdenerwowanego.

    Erik uśmiechnął się do nich i chciał się przywitać, serdecznie jak zwykle, ale Margareti nie dał mu dojść do głosu. Mówił szybko, świdrując Nikkę intensywnym spojrzeniem brązowych oczu. Tłumaczowi nie pozostało nic innego, jak tylko tłumaczyć.

    - Tak w skrócie pan Margareti bardzo chce wiedzieć, gdzie byłaś i co tam robiłaś - streścił, kładąc nacisk na słowo “bardzo”.

    - Oczywiście, zapraszam, usiądźcie, chętnie wszystko opowiem - Nikka wykrzesała z siebie resztkę entuzjazmu. Ostatnie, na co miała teraz ochotę, to mówić to wszystko jeszcze raz Amerikanom. Najchętniej kazałaby kolonelowi poczekać na raport Hilla i stamtąd czerpać informacje, ale miała przeczucie, że ów raport będzie przeznaczony dla zupełnie kogo innego i Antony Margareti nieprędko ujrzy go na oczy, o ile w ogóle uda mu się do niego dotrzeć. Ale teraz musiała poudawać miłą i robić to, czego zażąda.

    Jak zwykle zaprosiła ich do stołu, jakby to ona była właścicielką tego wszystkiego. Usiedli też jak zwykle: ona z Ingą po jednej stronie, kolonel i tłumacz naprzeciwko. Ciągle brakowało krzesła i Kalia musiała przysłuchiwać się rozmowie z łóżka. Kiedyś prosiły o jeszcze jedno, ale go nie dostały.

    Komandor zebrała się w sobie, zerknęła na Ingę. Zadowolona mina koleżanki dodała jej trochę siły, ale wciąż, chciała teraz po prostu opaść na ten stół i tak posiedzieć w bezruchu z godzinę, może dłużej. Jednak obowiązki nie zaczekają.

    - Kolejny statek przeleciał z naszego świata do waszego - postanowiła pominąć szczegóły. - Rozbił się o powierzchnię morza, sternik niestety nie przeżył. Pan Hill pokazał mi wrak i zwłoki w zamian za pewne… informacje techniczne. Byliśmy w innej bazie wojskowej, na północy, oddalonej jakąś godzinę jazdy autem.

    Widać było, że dla Margaretiego te wieści były zupełną nowością. Nie potrafił ukrywać emocji tak dobrze jak Hill.

    - Wiem, że pana zdaniem nie powinnam nigdzie z nim iść i mu ufać - dopowiedziała szybko. - Ale to było dla nas naprawdę ważne.

    - A ufasz mu? - spytał poważnie.

    - Oczywiście, że nie… wiem - dokończyła niezręcznie i uświadomiła sobie, że to prawda. Tak, Itan zrobi wszystko, żeby osiągnąć swój cel, to było dla niej jasne. Z drugiej strony jednak Pan Reed uratował jego, nie ją, więc coś musiało być w tym człowieku. Później o tym pomyśli. - Dziś współpracowało mi się z nim dobrze, wywiązał się ze swojej części umowy.

    - Bo dałaś mu dokładnie to, czego chciał - czyżby słyszała w głosie Margaretiego ironię? Ciężko to wyczuć, kiedy nie zna się języka i czeka na przekład.

    - A on dał mi to, czego ja chciałam - zripostowała. - Wreszcie coś zaczęło się dziać, wreszcie wiemy, że nie jesteśmy jakimś przypadkiem, tylko przechodzenie między naszymi światami jest możliwe. Wasi uczeni wyglądali na kompetentnych, w końcu uda się im odkryć jak otwierać przejście na zawołanie.

    - I wreszcie wrócimy do domu - dokończyła Inga, gdyż Nikce zaschło w gardle i urwała dość nagle.

    - Tego wam życzę - oznajmił Margareti i wstał, dając znać, że to już koniec na dziś. Nikka odczekała kilka sekund i również wstała. Skinęli sobie głowami z szacunkiem. Może Antony wcześniej nie rozumiał, dlaczego poszła na tę współpracę, ale teraz już wszystko powinno być dla niego jasne. Jako wojskowy na pewno wiedział, jak ważny jest dostęp do informacji.

    - Jeśli chcesz, to mogę jeszcze zostać… - usłyszała, jak Erik zwraca się do Ingi, ta jednak odmownie pokręciła głową.

    - Lepiej przyjdź jutro - odpowiedziała mu z uśmiechem. Ciepłym, szczerym uśmiechem, który jasno sygnalizował, że jest dla niej kimś więcej niż tylko tłumaczem.

    W głowie Nikki zrodził się pewien plan… Może Indze się to nie spodoba, ale powinna to zrozumieć. Na wszelki wypadek ją uprzedzi, żeby nie wywoływać niepotrzebnego konfliktu. Ale nie dziś. Dziś wieczorem będą jeszcze świętować, chociaż nie miała na to ochoty. Powiedziała już wszystko, co było trzeba, ale widziała po minach dziewczyn, że chcą roztrząsać i obgadywać każdy szczegół. Z tego właśnie powodu Inga odprawiła Erika.

    Weź się w garść i daj im to, czego od ciebie oczekują - nakazała sobie w myślach, po czym promiennie uśmiechnęła się do koleżanek. Miała nadzieję, że są zbyt zaaferowane, by dostrzec fałsz.

środa, 17 marca 2021

rozdział 44

    Nie rozmawiali dużo. Hill upewnił się jeszcze, że Nikka dobrze się czuje i nic jej nie jest, później milczał. W końcu zaczęła rozpoznawać mijane budynki. Powoli zbliżali się do celu. Komandor zebrała się w sobie i postanowiła poruszyć jedną ważną dla niej kwestię.

    - Itan, czy ty w ogóle jesteś zadowolony z naszej dzisiejszej współpracy? - mocniej zaakcentowała słowo “dzisiejszej”.

    - Pomijając pewien incydent, tak. Ten wypadek nie był przecież twoją winą. Wychodzi na to, że da się z tobą współpracować, jeśli zawrze się odpowiednią umowę.

    - A czy… czy mógłbyś załatwić nam jakieś wyjścia na zewnątrz, nie wiem, spacery pod strażą, cokolwiek? Mogą być i raz w miesiącu. Siedzimy tu już pół roku, nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo nam tego brakowało, dopóki dziś nie wyszłam. Może nie zauważyłeś, ale zachwycałam się głupią trawą i szumem drzew.

    - Widzisz, tak się nieszczęśliwie dla ciebie złożyło, że miejscem waszego pobytu zarządza Margareti, a ty chyba dziś go trochę obraziłaś, prawda? Ja, no cóż, może i chciałbym ci pomóc, ale w tej sprawie nie mam za wiele do powiedzenia. Próbuj z nim, wymyśl coś, co go przekona.

    Tego nie przewidziała. Brawo, to kolejna rzecz, o którą może mieć do siebie pretensje, bardziej lub mniej uzasadnione. Ich lista ostatnio niepokojąco się wydłużyła. Pomyślała, że to wszystko wróci do niej następnego gorszego dnia i aż wstrząsnął nią zimny dreszcz.

    Wysiedli niedaleko wejścia na teren bazy. Hill wymienił jeszcze kilka zdań ze sternikiem, wręczył mu też jakieś pieniądze.

    - Chodź, może jeszcze zdążysz na kolację. O tej godzinie powinienem już pisać raport… - westchnął, spoglądając na zegarek.

    Nikka ruszyła za nim bez słowa, również w milczeniu czekała na dopełnienie formalności przy szlabanie. Była już zmęczona całym tym szalonym dniem, szczęśliwa, owszem, ale jednocześnie fizycznie i psychicznie wykończona. I jeszcze do tego wypadek, też odbił się niekorzystnie na jej kondycji. Teraz szła więc tylko za Itanem odpuszczając sobie wszelką ostrożność. Do tej pory nic jej nie zrobił, to chyba nagle niczego nie wymyśli.

    - Przez tego głupiego jelenia straciliśmy tyle czasu… - słuchała jego marudzenia.

    - Psa. To pies gonił jelenia, widziałam go tuż przed zderzeniem - poczuła się w obowiązku to sprostować.

    - Naprawdę? Nie zauważyłem.

    - Spory, biało-brązowy, wybiegł z lasu i chyba do niego wrócił, potem już go nie widziałam - sprecyzowała, ale nie obchodziło jej, czy uwierzy. Chciała odpocząć.

    - Skoro tak mówisz, Selino…

    - Dlaczego ciągle nazywasz mnie Selino? Mam imię, kiedyś je pamiętałeś - a jednak kontynuowała rozmowę.

    - Daj spokój Selino, tak mi wygodnie. Ty kiedyś mówiłaś do mnie “panie Hill” i tak ładnie spuszczałaś głowę, żeby się przypadkiem nie narażać, mamy do tego wrócić?

    - To chyba zależy od tych, którzy wydają ci rozkazy, prawda?

    Na to nie odpowiedział. Mijali właśnie Płaszczkę, świecącą spod plandek i parawanów. Nikka obrzuciła ją tęsknym wzrokiem. Mewa rozbita, Płaszczka nie nadaje się do użytku… Szkoda, straszna szkoda. Zabrać dziewczyny, wsiąść do maszyny, znaleźć tę dziurę w niebie i wrócić do domu… Oddałaby za to naprawdę wiele, ale ten plan był już niemożliwy do realizacji.

    - Zanim wejdziemy do środka - głos Hilla zatrzymał ją w miejscu. - Mam jeszcze jedno pytanie. Prywatne. Nie musisz odpowiadać.

    Stali w takiej odległości od wejścia na halę, że strażnicy nie mogli ich słyszeć. Niesamowite, Itan znów wydawał się mówić szczerze. Porzucił drwiący ton, nie był też fałszywie uprzejmy. Czyżby rzeczywiście chciał o coś spytać wyłącznie z własnej ciekawości?

    - Proszę, pytaj. Pomogę, jeśli będę mogła.

    - Powiedz mi, co się dzieje z nami po śmierci? Jest jakaś kraina, do której się trafia? Co na ten temat mówią nasi bogowie?

    Zaskoczyło ją i to pytanie, i jego zachowanie. Nerwowo podniósł dłoń do ucha, potem zorientował się, co robi i natychmiast ją opuścił. W oczekiwaniu na odpowiedź wpatrywał się w nią jasnoniebieskimi oczami. Chyba faktycznie mu na tym zależało.

    - Itan, ja słyszałam, że w tych waszych, no, tutejszych religiach są jakieś życia wieczne i życia po życiu, ale u nas… Nie wiemy, po prostu nie wiemy. Rodzimy się, żyjemy i umieramy, no i to chyba wszystko - westchnęła. - Żaden bóg nigdy nie powiedział niczego, co wskazywałoby, że jest inaczej.

    - Nie byliście ciekawi? Nie pytaliście?

    - Och przecież wiesz jak to jest, miałeś okazję się przekonać. Pan Reed mówił do ciebie, tak? - przytaknął. - No więc mogłeś spytać, o to albo o cokolwiek innego. Spytałeś?

    Wbił wzrok w szarą, spękaną drogę pod ich stopami. Ten gest rezygnacji był jasną odpowiedzią.

    - Widzisz, ty nie miałeś odwagi wypytywać boga, nikt by nie miał - spróbowała go pocieszyć. - Oni czasem mówią do nas, wtedy słuchamy. Ale przeważnie mają swoje zajęcia, realizują jakieś własne plany. Kim jesteśmy, by im zawracać głowę pytaniami?


    ***


Tak, jak stwierdziła ta śmiertelna, nieśmiertelni mieli własne plany i realizowali je na tej planecie.

Zaczęli tak, jak wtedy, od najmłodszych.

Pomagali, ratowali, pocieszali, leczyli.

Dzieci, tak samo jak na tamtej planecie, przyjmowały pomoc z wdzięcznością, dostrzegały też prawdziwą naturę nieśmiertelnych i były gotowe oddawać im cześć szczerze i bez zbędnych pytań.

Natomiast dorośli… tu nieśmiertelni mogli napotkać problemy.

Chyba, że chcieli potraktować jakiegoś śmiertelnika w szczególny sposób, uśmiechnęły się zielone oczy, wciąż obserwujące pewnego dorosłego, który nagle zaczął martwić się swoją śmiertelnością.

rozdział 80

     Ostatnia godzina minęła nie wiadomo kiedy. Potem Nikka nie za bardzo pamiętała ten czas, czuła się podekscytowana i zdenerwowana jednoc...