sobota, 29 maja 2021

rozdział 63

    Cały dzień z Hillem był męczący, ale przynajmniej wreszcie zaczął przekazywać im jakieś konkretne informacje o kraju, w którym się znalazły. Dostały porządny wykład o historii Ameriki, ze szczególnym uwzględnieniem jej powstania i jednego z dawnych prezidentów o nazwisku Linkoln. To jego pomnik miały oglądać w towarzystwie ludzi wysłanych przez prezidenta Busza. Hill przyniósł nawet książkę z obrazkami, której co prawda nie mogły przeczytać, bo oczywiście była napisana w inglisz, ale pokazywał im fotos ludzi, miejsc i bitew, o których opowiadał.

    - Nie musicie uczyć się tego wszystkiego, ale byłoby miło, gdybyście jednak trochę zapamiętały - stwierdził.

    Nikka przytaknęła mu w duchu. Owszem, będzie miło, ale poza tym była ciekawa. To były rzeczy sprzed dwustu lat, ale historia danego kraju mogła sporo powiedzieć o jego obecnych mieszkańcach. Murkey dumne ze swoich wojskowych osiągnięć, rządzone nie przez króla, lecz Najwyższego Wodza, w końcu wypowiedziało im wojnę. Ludzie w większości byli zaskoczeni, ale potem dochodzili do wniosku, że po nich można było się tego spodziewać. Akuryjczycy natomiast zawsze byli dość bogatym narodem - przynajmniej część z nich, zupełnym przypadkiem ta nosząca podwójne nazwiska. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wzbogacili się jeszcze na handlu tellarium, więc nic dziwnego, że armia stopniowo traciła prestiż i znaczenie. Bo po co walczyć, skoro można sobie kupić pokój? Selino parsknęła pod nosem przypominając sobie znajomych ze szkoły chwalących się, ile to oni nie będą zarabiać na prowadzeniu rodzinnych interesów. Mało kto chciał iść do wojska, a ludzi z nizin społecznych co prawda przyjmowano, ale mieli znikomą możliwość awansu. Dlatego kiedy Akuria poniosła klęskę w ciągu niecałego miesiąca od ataku, wiele osób również stwierdziło, że można było się tego spodziewać. Nikka była jedną z nich, ale przyrzekła sobie, że zrobi wszystko, żeby taka sytuacja nigdy więcej się nie powtórzyła.

    - Pani Selino, czy ja powiedziałem coś śmiesznego? - parsknięcie zwróciło uwagę Hilla.

    - Nie nie, to tylko moje myśli błądzą dziwnymi ścieżkami. Przepraszam, już się skupiam - wytłumaczyła się od razu, żeby nie miał powodu, by denerwować się na nią bardziej. Teraz zajął się Kalią, która ciągle próbowała zabrać mu książkę, by móc pooglądać obrazki z wytwornie ubranymi ludźmi. Kiedyś i na Erf wiedziano, co to znaczy elegancki strój.

    Dzień był długi, a Hill na jutro zapowiedział powtórkę. Świetnie, bo ma kilka pytań, ale musi je sobie jeszcze ułożyć w głowie i upewnić się, że dobrze zrozumiała pewne rzeczy. Na przykład kwestia tych niewolnych ludzi, czy aby na pewno to przeszłość? Mówił, że do tej pory są z tym jakieś problemy, czyżby nadal w tym kraju jedni traktowali innych jak swoją własność? Coś takiego nie mieściło jej się w głowie. Na Amarze służbie i różnorakim robotnikom płaciło się i mogli odejść, jeśli praca naprawdę im nie odpowiadała. Mieli różne niechlubne epizody: więźniów zmuszanych do najgorszych robót, czego boleśnie doświadczyła na własnej skórze, czy też przestępców wykorzystywanych do ciężkich prac fizycznych, ale to działo się albo rzadko, albo dawno, albo w czasie wojny. No i nikt przy zdrowych zmysłach nie pochwalał uznawania takich praktyk za normę.

    Rozmyślała o tym przy kolacji, nie odzywała się zbyt wiele. Dziewczyny może uznały, że znów ma zły dzień, zostawiły ją w spokoju. Ale Nikka czuła się dobrze, a na ten wieczór miała konkretne plany. Po posiłku poszła do siebie, zamknęła drzwi. Zdjęła lampę ze stolika po prawej stronie łóżka, położyła na nim jedną z tych ozdobnych poduszek, po czym rozsiadła się tam ze skrzyżowanymi nogami. To był dobry punkt obserwacyjny, widziała cały podjazd aż do bramy i na pewno nie przeoczy wychodzącego Hilla. Bo chciała mieć pewność, że dziś wieczorem go tu nie będzie.

    Nie zapalać światła, nie dotykać firanki, i będzie tu niewidoczna. Wspomniała podobne noce w częściowo zrujnowanym Port Albis, brakowało tylko karabinu przy boku i wiatru od morza wpadającego do środka przez wybite okna. Kiedy nie mogła zasnąć często zastępowała kogoś na warcie i czuwała długimi godzinami, najczęściej do tej szarej pory tuż przed świtem. Nawet to lubiła, ciemność i ciszę, blask księżyca, jasne gwiazdy na niebie. Początkowo Murkey w ogóle nie wychodzili na patrole w nocy, więc mrok zaczął jej się kojarzyć z bezpieczeństwem. Potem to się zmieniło, ale sentyment pozostał. Jeśli by tak spojrzeć na wojnę, to nie wydawała się aż taka zła… Niestety to jedyne dobre wspomnienia jakie miała z tego okresu.

    Pomodliła się do Pani Iny, ona wydawała się najodpowiedniejszą boginią, by poprosić ją o pomoc. Plan, który ułożyła Nikka, wymagał odwagi, bezczelności i sporej dozy szczęścia. Oczywiście wszystko mogło pójść nie tak, ale ryzyko chyba się opłacało. Jeśli się nie uda to co, Hill straci do niej zaufanie? W sprawach, jak to on mówił, służbowych, i tak go nie miał, a w prywatnych jak dotąd to zawsze on czegoś chciał. Teraz nie skrzywdzą już żadnej z nich, nie po tym, jak zobaczył je cały świat. Podobno wszyscy byli zachwyceni dziewczynami z Amaru i chcieli je bliżej poznać, przynajmniej tak mówiła Helena. Komandor Selino nie wierzyła w ani jedno jej słowo. Chciałaby wiedzieć jakie reakcje naprawdę wywołały, jak ludzie przyjęli wiadomość o innym świecie, czy w ogóle w to uwierzyli. Pytała Helenę, ale ona tylko wykręcała się tym irytującym “wszystko jest dobrze” i uśmiechała się fałszywie. Hill nic nie powie, a Kamilla robiła się nerwowa, gdy tylko rozmowa zaczynała schodzić na ten temat. Była jeszcze jedna osoba, która mogła stać się dobrym źródłem informacji… o ile Nikka niczego nie spieprzy.

    Wreszcie wyszedł z domu i szybkim krokiem szedł w stronę bramy. Gdzieś w połowie drogi przez podjazd przytknął radiostację do ucha i zaczął z kimś rozmawiać. Nie obejrzał się ani razu, chyba nie miał zamiaru tu wracać.

    Dobrej nocy, panie Hill - pomyślała bez ironii.

    Dla pewności odczekała jeszcze kilkanaście minut, po czym zeszła ze stolika i zapukała do pokoju Ingi. Nie było odpowiedzi, ale przez drzwi usłyszała szum wody, więc jej koleżanka zapewne była w łazience. Weszła do środka i usiadła w fotelu. Zabawne, czekała teraz na Ingę zupełnie tak samo, jak wczoraj Hill czekał na nią.

    - Nikka? A co ty tu robisz, stało się coś? - ona przynajmniej się nie przestraszyła. Nie miała też mokrych włosów i była bardziej kompletnie ubrana.

    - Nie, nic się nie stało. Chciałam tylko przejść się po ogrodzie, noc jest taka ładna. Pójdziesz ze mną?

    - Eee, chciałam się już położyć…

    - Chodź, to nie potrwa długo - Nikka wstała i wyciągnęła rękę do Ingi. - No chodź, przyda nam się trochę świeżego powietrza - ponagliła jednocześnie wpatrując się w koleżankę sugestywnym spojrzeniem. Ta wreszcie załapała, o co chodzi.

    - Wiesz co siedziałyśmy dziś tyle, że mały spacer to naprawdę dobry pomysł - mówiła zakładając buty.

    Nikka nie odezwała się dopóki nie przyszły w dokładnie to samo miejsce, w którym rozmawiała z Itanem. Oparła się nawet o to samo drzewo.

    - Widziałam jak wczoraj wracałaś skądś z Itanem - zaczęła Inga, ale Nikka szybko jej przerwała.

    - Tak, ale to była prywatna sprawa, dla nas nic ważnego. Chciał rozmawiać ze mną tutaj, więc tu nikt nas nie podsłucha.

    - Myślisz, że w domu nas podsłuchują?

    - Jestem pewna - stwierdziła ponuro. - Dobra, do rzeczy. Ty i Erik jesteście ze sobą blisko…

    - Nikka, to nie tak, my nic…

  - Słuchaj, wszyscy to widzą. A ja nie mam nic przeciwko, naprawdę, to dobry chłopak, jeśli ci odpowiada, to wspaniale. Ale chciałabym wykorzystać waszą znajomość, jeśli się zgodzisz.

    - O co ci konkretnie chodzi? - Inga patrzyła na nią z zainteresowaniem, jeszcze się nie domyśliła.

  - Najpierw powiedz mi proszę, czy jemu na tobie naprawdę zależy? Jak myślisz, czy to coś poważnego, czy tylko przelotna znajomość?

   - Myślę, że to jest poważne - odpowiedziała po chwili zadumy. - Nadal nie wiem jednak, po co te wszystkie pytania.

    Zaraz stanie na baczność i zacznie nazywać mnie panią komandor - pomyślała Nikka. I w sumie to nie byłoby takie złe, bo sprawa była oficjalna. Szybko wyjaśniła Indze, że chciałaby mieć dostęp do jakichkolwiek prawdziwych informacji, a mogą je dostać właściwie tylko od Erika.

    - Powiem mu, że jeżeli nie będzie współpracował, to rozkażę ci zerwać z nim wszelkie prywatne kontakty. Oczywiście bym tego nie zrobiła, ale on tego nie wie - wytłumaczyła się. - Pewnie Hill będzie go wypytywał, niech powie, że oskarżyłam go o szpiegowanie nas na jego polecenie, na razie nie mam dowodów, ale jeśli je znajdę…

    - To rozkażesz mi zerwać z nim wszelkie kontakty, łapię - dokończyła Inga.

    - Jeśli zdobędzie coś dla nas, niech przekaże to tobie, będziesz już wiedziała co z tym zrobić.

    - Próbujesz go szantażować, żeby zdradził swój kraj. Nie wiem, czy mi się to podoba. Nikka, z mojej strony to też jest coś poważnego.

    Ton i postawa Ingi świadczyły o tym, że rzeczywiście zależy jej na tym człowieku. Ale była też Akuryjką, i to nie taką zwyczajną, należała do Armii i powinna być świadoma wynikających z tego obowiązków.

    - Wiem, i to szanuję. Dlatego pytam cię Inga, czy ten mój plan w ogóle ma jakiś sens? Nie wiem czy nie ryzykujemy za dużo.

    - Jeśli wszystko, co mówił mi Erik jest prawdą, to powinien nam pomóc. Powiem inaczej, jeśli nam nie pomoże, to ja nie wiem, czy będzie sens to ciągnąć.

    Nikka przytaknęła. Jeśli myślałaby o kimś jak o ewentualnym kandydacie na męża, to też chciałaby móc na nim polegać nawet w tak trudnych kwestiach.

    - Trzymają nas tu w wygodnym więzieniu i pokazują ludziom jak tresowane zwierzątka, a my gramy bez protestów w te ich gry, chociaż nawet nie wiemy, o co w nich chodzi - ciągnęła Inga denerwując się coraz bardziej. - Sami nic nam nie powiedzą. Staram się o tym nie myśleć, ale trochę już szlag mnie trafia od tej całej naszej współpracy - spojrzała na Nikkę z wyrzutem.

    Tak, to ona zadecydowała, że będą teraz grzecznie słuchać Amerikanów, to spojrzenie jej się należało. Przypomniała sobie Margaretiego i jego stwierdzenie, że dała Hillowi wszystko, czego chciał. Chyba nadeszła odpowiednia chwila, by wziąć coś w zamian, nawet jeśli miało to być naprawdę niewiele. Powinna też wcześniej odbyć szczerą rozmowę z Ingą, ale jak miała to zrobić, skoro ciągle były podsłuchiwane?...

    - Więc jeśli chcesz zburzyć ten cudowny spokój, to jak najbardziej jestem z tobą - zakończyła Inga.

    - Dziękuję. Tak zrobimy. I mam nadzieję, że Erik zachowa się tak, jak oczekujesz. I cokolwiek bym później nie mówiła, pamiętaj, że popieram wasz związek.

    - Czyli co, będziemy się musiały pokłócić?

    - Na początku może udajmy, że jesteśmy obrażone. Zrobimy sobie porządną awanturę jak Hill zacznie nas wypytywać - Nikka zakładała, że to tylko kwestia czasu, że w jakiś sposób dowie się o ich knowaniach.

    - A Kalia?

    - Nie… Lepiej jej nie wtajemniczać, wyjdzie nam bardziej autentycznie. Później ją przeproszę, powinna to zrozumieć.

    - No to dobra Selino, obrażam się na ciebie. Nie będziesz mi mówić jak mam żyć ani z kim się spotykać - warknęła Inga w zaskakująco złowrogi sposób.

    - Spokojnie Warez, ja tylko obawiam się, że twój ukochany może być szpiegiem. Nie zapominaj, że ja tu dowodzę i moim obowiązkiem jest martwić się o takie rzeczy.

    - Nieważne, idę się obrazić i nie odzywaj się do mnie bez potrzeby. A jak wrócimy do domu, to może obie powinnyśmy zacząć występować w teatrze.

    - A idź, obraź się, ja tu się jeszcze trochę nerwowo pokręcę - Nikka zaczęła gestykulować wskazując dłońmi na okolicę. - Nigdy nie planowałam zostawać aktorką, ale wychodzi na to, że już nią jestem.

    Inga już nie odpowiedziała, odwróciła się i odeszła tak szybko, jakby rzeczywiście nie chciała spędzić w towarzystwie Nikki ani sekundy więcej. Komandor Selino zgodnie z zapowiedzią obeszła jeszcze dom dookoła, pooddychała rześkim nocnym powietrzem, modliła się w altance, a potem zaczęła rzucać małymi kamykami w pień najbliższego drzewa, tak żeby poćwiczyć celność. Od pewnego momentu obserwował ją jeden z młodych podwładnych Hilla, ale nie zbliżał się, ani nie próbował zapędzić jej z powrotem do pokoju. Dobrze, bo w ogóle nie chciało jej się spać. Ta noc… Piękna, choć księżyc był w nowiu, a światła miasta sprawiały, że było widać tylko najjaśniejsze gwiazdy. Ale wreszcie czuła się dobrze, wreszcie coś robiła, miała plan. Nieważne, że mógł okazać się głupi i sprowadzić kłopoty na nie wszystkie. To nadal była wojna, a na wojnie czasem trzeba zaryzykować. Co by się nie działo, i tak będzie walczyć do końca.

środa, 26 maja 2021

rozdział 62

    Sam wywiad trwał jeszcze godzinę, może półtorej. Światła zgasły, redaktorka Doran pożegnała się i odjechała, ale ekipa kręciła się po domu aż do wieczora wynosząc sprzęt i zwijając kable. Dziewczyny musiały więc grać dalej. Nikka znów poszła do kuchni próbując przygotować kolację z produktów, które wczoraj przyniosła Helena. Nadal dostarczano im obiady, ale inne posiłki już robiły sobie same. Na szczęście w tym świecie również znano lodówki, to wiele ułatwiało.

    Gotowanie zwykle sprawiało jej przyjemność, ale zrobienie czegoś sensownego z tego, co miała tu do dyspozycji, przypominało próbę zbudowania łódki z gałęzi wyrzuconych przez morze na brzeg: może i się uda coś sklecić, ale szału nie będzie. Zdecydowała się przyrządzić to samo co wczoraj: przysmażane kanapki z sadzonym jajkiem, plasterkiem żółtego sera i szynki, a przynajmniej czymś, co wyglądało trochę jak szynka. Naszykowała składniki, rozgrzała patelnię. W kuchni pojawiła się Kamilla, wyglądało na to, że chce dołączyć do przygotowywania posiłku.

    - Pani Pik, proszę, niech pani to zostawi, pobrudzi się pani. Dam sobie radę, naprawdę.

    - Nikka daj spokój, już nie musisz udawać.

    - Jeszcze nie wszyscy wyszli - odpowiedziała ściszonym głosem. - Dobrze, jeśli naprawdę chce pani pomóc, to proszę naszykować talerze i sprawdzić, czy mamy jeszcze coś do picia. Cztery talerze - poprawiła widząc co Kamilla wyciąga z szafki. - Pani też jest zaproszona.

    Próbowała się wymawiać, ale Nikka nie ustąpiła.

  - Panience Lin-Mollari będzie przykro, jeśli nie zostanie pani na kolacji - posunęła się nawet do małego szantażu. Tłumaczka zamilkła i popatrzyła na nią badawczym wzrokiem.

   - I wy się tak zachowujecie tam u siebie, co? - spytała szybko. - Tytuły, ukłony, służba? Niby o tym opowiadałyście, ale dziwnie jest zobaczyć to na własne oczy…

  Nikka rozejrzała się uważnie, nie zobaczyła nikogo obcego, więc kontynuowała rozmowę normalnym tonem:

  - W domach takich jak Kalii? Owszem. U mnie i u Ingi? - tu pokręciła przecząco głową. - Arystokracja ma swoje zasady, i uwierz, mi też wydają się one dziwne. Zwykli ludzie żyją inaczej, chyba podobnie do was. Ale nie uśmiechamy się tyle i nie dotykamy nieznajomych - zastrzegła.

   - Mnie przytuliłaś - przytomnie zauważyła Kamilla.

   - Tak, ale ty nie jesteś nieznajoma - Nikka uśmiechnęła się do niej i pomyślała, że jej matka na pewno polubiłaby Kamillę.

    - Alarm odwołany, poszli sobie - do kuchni wpadła Inga. - Och, chyba trzeba już przekręcić te jajka - od razu rzuciła się do patelni. Razem szybko uporały się z przygotowaniem jedzenia. Kalia nie przyszła, słychać było, że rozmawia w salonie z Hillem i Heleną.

    - Wiecie co? - Nikka wpadła na pewien pomysł. - Spróbuję załatwić nam wino do kolacji, może coś tu mają...

Kalia wręcz jaśniała z dumy, chyba nawet suknia i fryzura przestały jej przeszkadzać. Stojący obok niej Amerikanie też wydawali się zadowoleni.

    - Młoda, kolacja gotowa, może byś raczyła przyjść, a nie się puszysz jakbyś nie wiadomo co zrobiła - komandor na nią naskoczyła, ale z promiennym uśmiechem na twarzy, żeby od razu było widać, że to tylko żarty.

    - Świetnie, zgłodniałam od tego wszystkiego - Kalia wręcz pognała do kuchni.

    - Przepraszam, czy macie tu może wino? Pomyślałabym, że dziewczynom przydałaby się dziś jakaś nagroda - spytała uprzejmie, ale nie aż tak służalczo jak wcześniej, gdy odgrywała sterniczkę.

    - Nikka my… Ona za młoda na wino, u nas trzeba dwadzieścia jeden lat mieć… - odpowiedziała Helena, która miała jeszcze pewne kłopoty z amarskim, ale radziła sobie coraz lepiej.

  - Pani Selino, nie mamy wina - Hill uciął wszelkie dyskusje. - Proszę powiedzieć Kalii, żeby następnym razem zachowywała się tak dobrze od samego początku, jasne?

    - Sam mógł to pan jej powiedzieć, jeszcze przed chwilą tu była.

    Nie odpowiedział, ściągnął tylko brwi i patrzył tymi swoimi niebieskimi ślepiami. Więc tak chciał to rozegrać, od Amerikanów Kalia ma zbierać pochwały, a naganę usłyszeć od niej. Miało to jakąś pokrętną logikę.

    - Dobrze, przekażę jej pańskie słowa. A teraz państwo wybaczą, muszę wracać do przyjaciółek - zaakcentowała ostatnie słowo.

    Początkowo Nikka planowała podać kolację w jadalni, ale teraz nie było już powodu, żeby robić z tego takie wydarzenie, rozsiadły się więc przy mniejszym stole w kuchni.

    - Nikka, byłabyś świetną służącą - nagle wypaliła Kalia nie zdając sobie sprawy, że dla komandor Selino nie były to miłe słowa. Dziewczyna może i nie miała nic złego na myśli, ale Nikka nigdy nie zostałaby prawdziwą służącą, a tutaj udawała tylko dla ich dobra.

    - Byłabym najgorszą służącą, jaką kiedykolwiek miałaś - odparła z pełnym przekonaniem. - A jak potraktowałabyś mnie jak tę biedną fryzjerkę, to zwolniłabym się od razu.

    - Ale ona chciała ściąć mi połowę włosów! - krzyknęła Kalia denerwując się samym wspomnieniem tej sytuacji.

    - To nadal nie powód, żeby się na niej tak wyżywać.

    - Wtedy jakoś ci to nie przeszkadzało, nic nie mówiłaś.

    Nikka rzuciła Indze porozumiewawcze spojrzenie i obie zaczęły się śmiać.

    - Ech, młoda… Chciałyśmy zobaczyć co zrobi Helena, czy sobie z tobą poradzi - wyjaśniła.

    - No i sobie nie poradziła - dokończyła Inga. - Jakby nie pani, pani Kamillo, to ja nie wiem, czy ten wywiad by się w ogóle odbył.

    - Spokojnie, zaraz i tak przyszedł Hill, on by cię od razu postawił do pionu - westchnęła Nikka patrząc na Kalię z troską.

    - A właśnie że był dziś dla mnie miły!

    - Tak, dla ciebie. A mi kazał przekazać ci, że następnym razem masz być grzeczna cały czas. Bywałaś na wielu przyjęciach, pewnie znasz takie gierki, przemyśl sobie co to wszystko znaczy - przypomniały jej się te wszystkie opowieści Maleny o różnych intrygach snutych nie tylko na dworze królewskim, ale też w pałacach i rezydencjach zwykłych arystokratów. Podobno zdarzało się, że całe rody obrażały się na siebie, czy też wręcz zaczynały toczyć ze sobą towarzyską wojnę, w wyniku starannie obmyślonych knowań albo po prostu plotki. - No i jeszcze powiedział, że nie ma wina - zakończyła, jakby to ostatnie było największą tragedią.

    Kalia zamilkła i jakby trochę przygasła. Nikka pilnowała się, by co jakiś czas posłać jej miły uśmiech i ogólnie odnosić się do niej życzliwie, żeby młodej nie wydawało się, że ma do niej jakiekolwiek pretensje. Kamilla opuściła ich zaraz po kolacji, miała swoją rodzinę, do której musiała wrócić. Helena i Itan też gdzieś zniknęli, chociaż to akurat mało obchodziło komandor Selino. Pewnie zeszli do piwnicy, oboje mieli klucz do drzwi, których dziewczynom nie wolno było otwierać. Oby tylko Hill trzymał się z daleka i będzie dobrze. Dziś znosiła jego bliskość przez prawie trzy godziny. Brr, aż poczuła się od tego brudna.

    Zostawiła sprzątanie kuchni i mycie talerzy dziewczynom, a sama poszła do swojej łazienki i wzięła długi prysznic. Gorąca woda sprawiała, że przez chwilę zapomniała o tym wszystkim, o Akurii, Hillu i Amerikanach, zapominała o Armii i wojnie, o królu, matce i przyjaciółkach, tych starszych i tych nowszych. Przez chwilę była tylko tu i teraz, stała rozluźniona w potokach ciepłej wody, nie rozpamiętywała przeszłości ani nie myślała o niepewnej przyszłości.

    Wszystko szlag trafił gdy tylko wyszła z łazienki opatulona puchatym białym szlafrokiem. Była zajęta wycieraniem mokrych włosów, ale i tak zauważyła go od razu: Itan Hill siedział na ławeczce przy jej łóżku i najwyraźniej na nią czekał. Niepokój ścisnął jej gardło, przez chwilę nie była nawet w stanie zapytać, co on tu właściwie robi.

    - Przepraszam za najście pani Selino, ale chciałbym z panią porozmawiać, prywatnie - zaczął. Jego głos znów brzmiał inaczej, spokojniej i normalniej. I czyżby ogólnie był mniej czujny niż zwykle? Nikka chyba zauważyła też zmianę w jego spojrzeniu i postawie. Jeśli istniał jakiś prawdziwy Hill, taki, który nie musiał nikogo i niczego udawać, to teraz mógł być blisko wydostania się spod wielu masek, które zwykle nosił ten człowiek.

    - Skoro to prywatna rozmowa, to możemy mówić sobie po imieniu - stwierdziła rzucając ręcznik za siebie, na podłogę łazienki. Całkiem niedawno powiedział, że prywatnie jej ufa, uznała więc, że zasługuje na przynajmniej odrobinę dobrej woli z jej strony. - O czym porozmawiamy? - mimo wszystko nie chciała podchodzić bliżej, oparła się o komodę i czekała.

    - Nie tutaj. Ubierz się, proszę, i wyjdziemy do ogrodu.

  To było dziwne. Przytaknęła i wyjęła z szafy świeże ubranie. Hill oświadczył, że zaczeka na korytarzu, co również było dziwne. Coś kombinował, i to już od chwili, w której dziś przekroczył próg tego domu. Wcześniej miał do niej osobiste pytanie, chodziło o bogów. A teraz… Mogła spekulować, ale przecież za chwilę się dowie. Przeczesała włosy palcami. Wciąż były mokre, ale wieczór był ciepły, nie powinna się zaziębić. Dla pewności założyła jeszcze szary miękki sweter i wyszła z pokoju.

    Itan zaprowadził ją w ustronne miejsce pomiędzy drzewami i nie odezwał się, dopóki tam nie dotarli.

    - Nikka, wiem, że było między nami dużo zepsutej krwi, ale… Tak się w ogóle u was mówi? Wiesz, jeśli są jakieś nieporozumienia.

    - Nie, ale wiem co masz na myśli - odpowiedziała, chociaż określanie tego, co się między nimi wydarzyło nieporozumieniem, było niedopowiedzeniem roku.

    - Chodzi o to, że potrzebuję rady, może wskazówki - kontynuował rozmowę. - Ale najpierw może opowiem o sytuacji, w której się znalazłem dobrze?

    - Jasne - bez tego byłoby jej ciężko coś doradzić.

    - Wczoraj na ulicy zaczepił mnie dzieciak. Powiedział, że Pan Reed zabrał go z domu i teraz to ja mam być jego opiekunem.

    A więc jednak bogowie. I to jeszcze taka sprawa… - pomyślała Nikka. Nic dziwnego, że potrzebował wskazówek, gdyby ją spotkało coś podobnego, też wolałaby zapytać kogoś bardziej doświadczonego.

    - Zabrałem go do siebie, porozmawialiśmy. Okazało się… - zamilkł na chwilę, a gdy mówił dalej, w jego głosie zabrzmiały twarde nuty. - Że chłopak nie miał udanego dzieciństwa. I że przeraża go myśl, że mógłbym go odesłać do matki.

    - Bogowie bardzo nie lubią gdy ktoś krzywdzi dzieci - wtrąciła. Na Amarze wszyscy o tym wiedzieli, a i tak zawsze znalazł się ktoś, kto myślał, że jego występki nie zostaną zauważone i ukarane.

    - Ja też tego nie lubię. Kiedy dowiedziałem się, że Pan Reed spalił tę kobietę, prawie się ucieszyłem. Ale teraz nie wiem, co powinienem zrobić z tym dzieckiem.

    - Jak to co, zaopiekować się nim, Pan Reed chyba wyraził się jasno - dla Nikki to było oczywiste.

    - No dobrze, ale ja nigdy nie miałem dzieci. A jeśli zrobię coś nie tak?

  W pierwszym odruchu chciała odpowiedzieć, że ona też nie ma, więc skąd ma wiedzieć, ale się powstrzymała. To był zbyt poważny temat, żeby robić sobie z niego żarty.

    - On był o tym całkowicie przekonany, tak? - upewniła się. - Że ma przyjść właśnie do ciebie i z tobą zostać? - upewniła się.

    - Tak, gonił mnie po ulicy i… - urwał. - Jestem pewien, że był całkowicie przekonany.

    To musiała być niezła historia. Nikka wyczuła jednak, że Itan nie chce opowiedzieć jej ze wszystkimi szczegółami. Szkoda, ale przecież nie będzie pytać, to nic nie da.

    - I co zrobiłeś później? Gdzie jest teraz ten chłopiec?

  - Zawiozłem go do siostry, na razie tam zostanie. Powiedziałem, że jest moim synem, załatwię wszystkie potrzebne dokumenty. Mam pieniądze, wystarczy na jego utrzymanie i dobrą szkołę, będę go odwiedzać, ale nie wiem… - znów urwał. - Nie wiem, czy dla niego to będzie wystarczające - wskazał palcem w niebo, jakby Pan Reed gdzieś tam był i przysłuchiwał się ich rozmowie. Cóż, nie można było wykluczyć takiej ewentualności.

    To zdecydowanie była niezła historia. Hill nigdy nie ujawniał o sobie żadnych informacji, a teraz proszę, mówi jej o rodzinie, pieniądzach i wątpliwościach. Oddał dziecko siostrze, więc chyba nie ma żony, która mogłaby się nim zająć. I boi się, widać to w jego oczach i nieco nerwowych gestach, chociaż ze wszystkich sił starał się zachować spokój.

    - A ty jak myślisz, czy to wystarczy? Pomyśl o tym, czy mógłbyś zrobić dla tego chłopca coś więcej? Tylko nie próbuj oszukać sam siebie, z bogami coś takiego nie przejdzie - ostrzegła.

    Poczekała na odpowiedź dłuższą chwilę. Oparła się plecami o drzewo, założyła ręce na piersi i bez skrępowania obserwowała Itana. Skoro Pan Reed powierzył mu dziecko, to musiał wiedzieć, że ten człowiek będzie w stanie się nim zaopiekować. Stare amarskie przysłowie mówiło, że bogowie nie dadzą ci ryby większej, niż będziesz w stanie zjeść. Hill go nie znał i się denerwował, co nawet było trochę zabawne…

    - Myślę, że lepiej byłoby, gdyby ze mną zamieszkał, ale za dużo pracuję. W każdej chwili mogę gdzieś wyjechać na nie wiadomo jak długo. Nie wiem jak jest u was, ale tu dzieci nie mogą siedzieć same w domu całymi dniami. Ktoś w końcu oskarżyłby mnie o zaniedbanie i by mi go odebrali. Mógłbym zatrudnić opiekunkę, ale bardziej ufam siostrze. Mógłbym znaleźć inną, bardziej normalną pracę, ale czuję, że to byłoby niewłaściwe.

    Nikka pokiwała głową ze zrozumieniem. Te wszystkie wyznania musiały go sporo kosztować i doceniała, że to przed nią się otworzył, ale nie powiedziała tego głośno.

    - Moim zdaniem postępujesz słusznie. Starasz się dać chłopcu to, co będzie dla niego najlepsze, tak?

    - Tak, ale…

    - Ale i tak się boisz - dokończyła za niego. Poczuła satysfakcję, bardzo niestosowną w tym przypadku, ale nie potrafiła jej powstrzymać.

    - Boję się, i co, zadowolona? - zdenerwował się. - Nie powiesz, że ty na moim miejscu byś się nie bała, w to nie uwierzę.

    Hill nie podniósł głosu, ale wystarczyło, że zmrużył trochę oczy i podszedł pół kroku bliżej, żeby Nikka przestraszyła się i zaczęła rozglądać za drogą ucieczki. Za plecami miała drzewo…

    Dobrze, spokój, sam chciał rozmawiać, nic ci nie zrobi - pomyślała.

    - Boję się, że coś mu się stanie… Bo widzisz, moja siostra jest wierząca i może chcieć zabrać go do… jej świątyni. Chociaż mówiłem jej, żeby tego nie robiła. Myślę, że to się może nie spodobać naszym bogom, mam rację, prawda?

    Przytaknęła.

    - Ale powiedziałeś mu o bogach?

    - Oczywiście, ale tylko ogólnie, żadnych szczegółów. Widział Pana Reeda, nawet z nim rozmawiał, musiałem mu to trochę wyjaśnić.

    - Och, czyli jego też spotkała ta łaska i mógł zobaczyć boga na własne oczy. To wspaniałe przeżycie, prawda? - Nikka uśmiechnęła się delikatnie. Przypomniało jej się tamto kojące ciepło, tamto dobroczynne uczucie, to przeświadczenie, że wszystko będzie dobrze… Może na razie na to nie wyglądało, ale skoro sam Pan Reed ją o tym zapewniał, to na pewno kiedyś się polepszy.

    - Ja to zapamiętałem nieco inaczej - Hill nie podzielał jej entuzjazmu. No tak, jeśli trzeba, bogowie potrafili być też srodzy.

    - Będziesz musiał mu to wyjaśnić bardziej, i to najlepiej dość szybko. Pamiętasz to wszystko, co ci mówiłam w szpitalu?

    Potwierdził skinieniem głowy. Nadal wyglądał na zmartwionego i nadal stał niepokojąco blisko, zdawał się jednak nie zauważać, że wywołuje u Nikki dyskomfort.

    - No to tyle na razie wystarczy. Nie martw się Itan, wszystko będzie dobrze. Bóg wybrał cię, bo wiedział, że pod twoją opieką temu dziecku nie stanie się krzywda. Sam widzisz, starasz się, angażujesz w to siostrę, pytasz mnie… Do cholery, ty go uznałeś za syna, nie wiem już, czy mógłbyś zrobić coś więcej.

    Patrzył na nią, tylko patrzył i nic nie mówił. I co teraz, będą tak stać? Nawet nie podziękuje?

    - Trochę mnie uspokoiłaś, dziękuję. Proszę nie mów nikomu o tej rozmowie, dobrze? - odezwał się w końcu.

    - Rada była za darmo, ale za milczenie będziesz mi winny przysługę - spróbowała nie licząc na to, że się zgodzi.

    - Nie przeginaj, Selino.

    - No co, mieliśmy współpracować, prawda? W moim świecie to polega na tym, że obie strony dają coś od siebie.

    Westchnął ciężko, demonstracyjnie.

    - Niczego nie mogę obiecać, ale jak ładnie poprosisz, to zobaczymy co da się zrobić - wycedził w końcu. - A teraz, pani Selino, proszę wracać do domu. Za trzy dni macie umówione kolejne spotkanie, jutro zaraz po śniadaniu zaczniemy się do niego przygotowywać.

niedziela, 23 maja 2021

rozdział 61

    Po rezydencji kręciło się kilkanaście osób. Zmieniono ustawienie mebli w salonie, rozstawiono mocne lampy oraz urządzenia do rejestracji obrazu i dźwięku. Powiedziano im, że redaktorka, której Kalia i Inga udzielą wywiadu, jest z gazety, ale chcą mieć też nagranie całego spotkania, żeby ludzie mogli je zobaczyć. Tym razem Nikka miała nie brać w tym udziału.

    - Ty już się przedstawiłaś światu, teraz wszyscy są ciekawi twoich koleżanek - tłumaczyła jej Kamilla.

    Trzymała się więc na uboczu i z zadowoleniem obserwowała jak Helena próbuje sobie poradzić z Kalią, która urządzała sceny przy czesaniu i wyborze sukni. Dopiero zwabiona odgłosami kłótni Kamilla uspokoiła młodą arystokratkę i namówiła ją do założenia na siebie “tej szmaty, którą u niej w domu wycierałoby się podłogi”. Inga i Nikka wymieniły tylko między sobą porozumiewawcze spojrzenia i nie wtrącały się do tej małej awantury. Owszem, Nikka mogłaby to zakończyć szybko, po prostu kazałaby jej nie wydziwiać i robić, co każą, ale tylko jeśli Helena by o to poprosiła. Współpracownica Hilla jednak tego nie zrobiła, więc straciła na Kalię pół godziny.

    - I jak, Nikka, wyglądam okropnie, prawda? - podsumowała to wszystko Kalia, ubrana już w bladoniebieską krótką suknię z rozkloszowanym dołem i obcisłą górą, umalowana i uczesana.

    - Nie panienko, ty wyglądasz dobrze, to tutejsza moda jest… jaka jest - wokół byli obcy ludzie, więc Nikka grała sterniczkę rodziny Lin-Mollari i bardzo starała się nie wypaść z roli nawet na chwilę. Inga dostała szarą suknię i białą kurtkę z ozdobnymi, wywijanymi na zewnątrz klapami. Również nie była zadowolona z tego stroju, ale nie mówiła o tym głośno.

    Helena Kerbi wyglądała na zaniepokojoną wybuchem gniewu Kalii. To mogło się źle skończyć, więc Nikka poczuła się w obowiązku zainterweniować.

    - Panienka pozwoli, poprawię tu za uchem, chyba warkocz się nieco poluzował… - stwierdziła, po czym nie czekając na odpowiedź podeszła i zajęła się włosami dziewczyny. Z pięknie zaplecionym dobieranym warkoczem wszystko było w porządku, ale była to dobra okazja, by szepnąć jej do ucha kilka słów.

    - Bardzo ładnie ją zdenerwowałaś - zaczęła od żartobliwej pochwały. - Ale teraz proszę, zachowuj się i pamiętaj o wszystkim, co ćwiczyłyśmy.

    - Dobrze Nikka, już chyba wystarczy, nie psujmy tego bardziej - oznajmiła Kalia głośno. Komandor Selino zanotowała sobie w głowie by pochwalić ją później za tę piękną dwuznaczną odpowiedź. Młoda potrafiła być bardzo irytująca, ale nie była głupia.

    Kątem oka Nikka dostrzegła znajomą sylwetkę: do pomieszczenia wszedł Hill. Miała już cichą nadzieję, że się nie zjawi, ale jednak przyszedł. Dobrze, że nie widział tego, co się tu działo parę minut wcześniej, na pewno załatwiłby tę sprawę inaczej.

    Trudno, nie zwracaj na niego uwagi i graj swoją rolę - napomniała się w myślach.

    Poszła zająć wcześniej upatrzone miejsce, w którym nie będzie się rzucać w oczy, a jednocześnie będzie mieć dobry widok na cały ten wywiad. Po drodze, niby mimochodem, zaczepiła Kamillę.

    - Powiedz proszę Helenie, że Kalia będzie się już zachowywać poważnie - przekazała informację praktycznie się nie zatrzymując.

    Teraz wszyscy obserwowali przybycie redaktorki, rudowłosej kobiety nieco młodszej od Kamilli. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to jej nienaturalnie szeroki, nieco przerażający uśmiech. Redaktorka witała się z dziewczynami, panią Pik i panią Kerbi, a Nikka zastanawiała się jak to możliwe, że od tego uśmiechania jeszcze nie pękła jej twarz. Nagle Kamilla odwróciła się w stronę Nikki i wezwała ją do siebie zniecierpliwionym gestem.

    - Słucham, pani Pik? - spytała grzecznie podchodząc bliżej.

    Nie uzyskała odpowiedzi, gdyż redaktorka nagle uścisnęła jej dłoń i zalała potokiem słów w inglisz.

    - To jest Wiwiana Doran, będzie przeprowadzać wywiad, cieszy się, że mogła cię poznać i ubolewa, że nie weźmiesz w nim udziału.

    - Nikka Selino, również miło mi panią poznać. A wywiad, cóż, mam nadzieję, że jeszcze nadarzy się okazja, dziś jest dzień panienki Kalii i pani Warez - uśmiechnęła się do kobiety, przelotnie i z zakłopotaniem. Chciała już odejść, ale Wiwiana uparła się, żeby razem z wszystkimi wysłuchała całego planu nadchodzących wydarzeń. Ze swojego miejsca słyszałaby go prawie tak samo dobrze… To nie ona miała grać główną rolę w tym przedstawieniu, a jedynie dopilnować, żeby wszystko się udało. Chyba zaczynała rozumieć co miał na myśli Hill mówiąc, że w pracy nie lubi zwracać na siebie uwagi.

    Dziewczyny miały łatwiej, właśnie poznały pytania i miały chwilę, by ułożyć sobie w głowie odpowiedzi. Jeszcze tylko ostatnie poprawki świateł, sprawdzenie mikrofonów i tych, jak im tam, kameras, i wreszcie wszystkie cztery zasiadły w fotelach gotowe do rozpoczęcia wywiadu.

    Tymczasem Nikka wróciła na swoją pozycję, skrzyżowała ręce i z lekkim niepokojem czekała na rozwój wydarzeń. Niby wiedziała, że dziewczyny są przygotowane, że pytania pokrywają się z tymi, które ćwiczyły setki razy, ale w końcu ona też była przygotowana do swojego wystąpienia u prezidenta, a i tak dała radę coś spierdolić.

    - Pani Selino - usłyszała cichy głos tuż za sobą. Drgnęła, ale udało się jej powstrzymać nerwowe zerknięcie przez ramię.

    - Panie Hill - odpowiedziała równie cicho.

    - Nie musi pani odchodzić, widzę wszystko dobrze - stwierdził jeszcze i umilkł. Więc planował tu stać cały czas. No tak, był od niej o głowę wyższy, więc mu nie zasłaniała. Ale salon był duży, nie mógł iść gdzieś indziej? Nie czuła się dobrze mając za plecami kogoś, komu nie ufała. Unikała nawet stania tyłem do drzwi i okien, miała w tym zakresie nieprzyjemne doświadczenia zdobyte w trakcie walk w mieście. Za plecami najlepiej mieć solidny mur albo grupę dobrze uzbrojonych i oddanych przyjaciół. Przynajmniej już się więcej nie odzywał, tyle dobrego.

    Uprzedzono wszystkich by zachowali ciszę, no i się zaczęło. Inga dawała radę, była skupiona, może trochę sztywna i nieco nerwowa, ale Nikka to rozumiała, udzielanie takiego wywiadu mogło onieśmielać. Za to Kalia… To był jej żywioł, czuła się jak ryba w morzu: mówiła swobodnie, śmiała się w odpowiednich miejscach, dziewczęco i naturalnie. W pewnym momencie wydawało się nawet, że to ona prowadzi rozmowę. Nikka patrzyła uważnie i starała się zapamiętać jak najwięcej z jej zachowania, mogło się to jej jeszcze przydać.

    Rozpoznała pytanie, po którym miała nastąpić przerwa. Odwróciła się, minęła Hilla, który obrzucił ją pytającym spojrzeniem, i poszła do kuchni. Ustawiła na tacy cztery szklanki, nalała do nich wody z butelki. Po tej dość długiej sesji odpowiadania na pytania w ciepłym świetle lamp dziewczyny na pewno będą spragnione. Przynajmniej Itan nie poszedł za nią. Przez cały czas czuła jego świdrujący wzrok, jakby chciał wywiercić jej dziurę w tyle głowy. Pomyślała, że może teraz stanie gdzieś po drugiej stronie pokoju, ale nie, nie da mu tej satysfakcji. Niech nie myśli, że aż tak się go boi.

    Wróciła z wodą akurat na czas, przerwa właśnie się zaczęła. Teraz musiała sięgnąć pamięcią do odległych wspomnień. Ech, te spokojne dni przed wojną, kiedy to było?... Miała wrażenie, że minęło co najmniej dziesięć lat. Dobra, coś tam pamiętała z lekcji etykiety, najpierw goście, potem gospodarze, od najważniejszych do najmniej ważnych. Podeszła więc do redaktorki i zaproponowała jej napój. Wiwiana spojrzała na nią zaskoczona, ale wzięła szklankę, uśmiechnęła się i powiedziała coś, co zapewne było podziękowaniem. Potem Kamilla, chociaż ona była już praktycznie domowniczką.

    - Pani Pik, proszę, na pewno jest pani gorąco.

    - Dziękuję, nie trzeba było się kłopotać…

    - To nie żaden kłopot, naprawdę - zapewniła ją i poszła do Kalii.

  - Nikka, świetnie, zaschło mi w gardle - zniecierpliwiona dziewczyna wyciągnęła rękę po wodę. Komandor podsunęła jej tacę i ukłoniła się lekko.

    - Bardzo dobrze sobie radzisz panienko, naprawdę - pochwaliła ją cicho.

  - To w sumie dość proste. Jak byłabyś na tylu oficjalnych przyjęciach co ja, to takie rzeczy też przychodziłyby ci naturalnie.

    Nikka przytaknęła i podała ostatnią szklankę Indze, która wstała, by rozprostować nogi.

    - Pani Warez - powiedziała tylko.

    Inga, niby mimochodem, przysunęła się do niej pijąc swoją wodę.

    - Hill cały czas się na ciebie gapi.

    - Żadna mi nowość - westchnęła Nikka. - Ale wiem, dziś robi to nawet bardziej niż zwykle.

    - Może znów będzie czegoś od ciebie chciał.

    - Może… Nie wiem, na razie jeszcze o niczym nie mówił. Czy mogę już zabrać szklankę?

   Przez chwilę Inga wyglądała, jakby miała wybuchnąć śmiechem. Powstrzymała się jednak i spokojnie odstawiła szkło na tacę. Nikka skinęła jej głową i poszła zebrać pozostałe naczynia. Wiwiana spytała ją o coś i poprosiła Kamillę o tłumaczenie.

    - Chce wiedzieć dlaczego to robisz, dlaczego przyniosłaś wodę i dlaczego kłaniasz się Kalii.

    - Pracuję dla rodziny Lin-Mollari, nikt nie zwolnił mnie z obowiązków - wyjaśniła. - No i jeszcze po powrocie chciałabym dostać całą zaległą wypłatę, więc dbam o to, żeby panienka była zadowolona - zakończyła i uśmiechnęła się konspiracyjnie. Redaktorka spojrzała najpierw na nią, potem na młodą arystokratkę, i pokiwała głową ze zrozumieniem. Dobrze, niech jej się wydaje, że je rozgryzła.

    Nie niepokojona przez nikogo więcej wróciła do kuchni, umyła je i wytarła. Słyszała, że tam całe przedstawienie zaczęło się od nowa. Po cichu wróciła do salonu, przecisnęła się obok Hilla i twardo stała na swoim miejscu aż do końca.

poniedziałek, 17 maja 2021

rozdział 60

    Na śniadanie były tosty, jajka i sok pomarańczowy z wczoraj. Hill poganiał dzieciaka, który zrobił się marudny i niespokojny. Chyba zaczął się bać.

    - Dobrze, jeszcze umyjemy zęby i jedziemy. Musimy wstąpić do sklepu, kupić ci jakieś rzeczy - to nie pomogło. Jak, do cholery, go pocieszyć? - Pamiętasz co ci wczoraj obiecałem, Diego? Nic się nie zmieniło, nie zamierzam cię oddać ani porzucić. A moja siostra cię nie zje, ona krzyczy tylko na mnie - uśmiechnął się. Tak, teraz wreszcie chłopiec odpowiedział mu uśmiechem.

    W końcu zeszli do samochodu, o jakieś pół godziny za późno jak na gust Ethana, ale wciąż dysponował odpowiednim zapasem czasu. Zajechali do najbliższego centrum handlowego, gdzie pozwolił Diegowi wybrać ubrania. Dzieciak okazał się zadziwiająco rozsądny, wziął rzeczy praktyczne i nie najdroższe. Hill dorzucił do tego bieliznę i lekką kurtkę, lato latem, ale kurtka zawsze się przyda.

    - Jeszcze ręczniki, jakiś szampon… No i walizka, musimy w coś to spakować - mówił bardziej do siebie niż do młodego pchając wózek przez sklep.

    - Alex… A mogę wziąć sobie piłkę? - usłyszał nagle niepewne pytanie. Zatrzymał się nagle, jeszcze nie przywykł do bycia Alexem.

    - Jasne, nie ma sprawy. Grałeś w szkole?

    Chłopak przytaknął wyjmując z siatkowego kosza piłkę do nogi. Pomacał ją, odrzucił, wziął kolejną, znów pomacał i obejrzał dokładnie. Ta zdawała się spełnić jego oczekiwania, bo trzymał ją w rękach do końca zakupów.

    - Ja w twoim wieku grałem w baseball, a później dużo chodziłem na strzelnicę.

    - Wow, nauczysz mnie strzelać? - to zainteresowało Diega.

    - Pewnie, tylko najpierw musisz trochę urosnąć i nabrać siły, żebyś mógł utrzymać pistolet - Hill znów posłał chłopakowi szeroki uśmiech, po czym poczochrał go po włosach. Młody nie cofnął się, ani nie przestraszył, co było dobrym znakiem.

    Ethan zatrzymał się przy elektronice. Wybrał tanią komórkę i kartę pre-paid. Ileż to razy kupował podobny zestaw… Nigdy jednak nie używał go w ten sposób. Na parkingu uruchomił telefon i zadzwonił do siebie, żeby dzieciak miał jego numer.

    - Proszę, jest twój. Dzwoń do mnie za każdym razem jak będziesz czegoś potrzebować, albo tak po prostu pogadać.

    - Dzięki Alex!

    - Tylko czasem mogę być zajęty w pracy i nie odbiorę - zastrzegł. - Ale oddzwonię jak tylko będę mógł.

    Skończyli zakupy i ruszyli w stronę Reading. Diego cierpliwie znosił podróż, trochę bawił się radiem przeskakując ze stacji na stację, trochę rozmawiał z Hillem, trochę gapił się przez okno. Ustalili, co mogą powiedzieć Alice i jej rodzinie, a co lepiej na razie przemilczeć. Po wyjechaniu z miejskich korków na miejsce zajechali w nieco ponad dwie godziny, głównie dlatego, że Hill nagminnie przekraczał dozwoloną prędkość.

    Dom Alice i Teda Montgomerych nie zmienił się za wiele, no, kwiaty w donicach urosły i zakwitły. Poza tym był tym samym, typowym domem z przedmieść Reading: piętrowy, ceglany, z niewielkim gankiem i dwoma białymi kolumnami. Ethan zaparkował przy krawężniku i zauważył, że siostra wyszła na zewnątrz, by ich przywitać. Nie spieszył się, otworzył dzieciakowi drzwi, potem wyjął z bagażnika jego walizkę. Diego trzymał się blisko i nieśmiało zerkał na Alice. Hill ruszył pierwszy i objął siostrę na powitanie.

    - Dobrze wyglądasz Alex, ćwiczysz? - spytała po wymianie uprzejmości patrząc na jego odsłonięte ramiona. Założył dziś bojówki z demobilu z wzorem pustynnego kamuflażu i dość obcisłą ciemnoszarą koszulkę. Nie dało się nie zauważyć, że był w dobrej formie.

    - Tak, biegam, i jak mam czas to chodzę na siłownię - pominął boks. Chciał odwdzięczyć się jakimś komplementem, ale siostra nie dała mu dojść do słowa.

    - I wreszcie się porządnie ostrzygłeś, wyglądasz jak człowiek. Jeszcze jakbyś zgolił ten zarost do końca…

    - Alice - przerwał jej. - To jest Diego, mój syn. A to Alice Montgomery, twoja ciotka - tę wypowiedź skierował do chłopca.

    - Chodź, pokażę ci twój pokój. A ty nie stój tak, bierz walizkę i nieś ją na górę - warknęła na Ethana, który nie zrobił nic, żeby na takie warknięcie zasłużyć. Posłusznie poszedł za nimi po schodach stwierdzając, że w ten sposób siostra maskowała swoją niepewność.

    Alice i Ted mieli trzech synów, ale w tej chwili w domu mieszkał tylko szesnastoletni Timothy, najmłodszy. Starsi już wyfrunęli z gniazda, więc znalazło się miejsce dla Diega. Hill pamiętał ten pokój, siostra oferowała mu w nim nocleg po pogrzebie ojca.

    - Trzeba cię będzie zapisać do szkoły… Zajmiesz się tym?

    Ethan zamyślił się. Nie miał żadnych dokumentów młodego, musiał coś załatwić. Miał do wyboru dwie drogi: albo uruchomić znajomości i wyrobić mu lewe papiery, albo oficjalnie wystąpić do sądu o uznanie ojcostwa i opiekę. Dla Diega lepsza będzie druga opcja, nie ma co komplikować mu życia jeszcze bardziej.

    - Pewnie, zajmę się - przytaknął. - I tak muszę dopełnić jeszcze kilku formalności.

    - Jeszcze tego nie zrobiłeś? Ja nie wiem co ty sobie wyobrażasz… Diego, zostań tu proszę na chwilę, rozgość się, ja muszę poważnie porozmawiać z twoim ojcem.

    Stanowczo złapała Hilla za łokieć i wyciągnęła go z pokoju. Westchnął w duchu, ale pozwolił się zaprowadzić do jej sypialni. Zamknęła za nimi drzwi i zaczęła przedstawiać swoje pretensje:

    - Czy ty już kompletnie zwariowałeś? Bierzesz to dziecko, mówisz, że jego matka nie żyje, ale jeszcze niczego nie załatwiłeś, prawda? A jeśli on ma rodzinę, która go właśnie szuka? Zastanawiałeś się w ogóle czy to na pewno twój syn? - urwała i patrzyła mu w oczy wyczekując na odpowiedź.

    - Pamiętam jego matkę. Daty też się zgadzają - powiedział cicho. - Alice, zrozum, dowiedziałem się o tym naprawdę niedawno. Diego opowiadał mi, co działo się w jego domu… Jakim domu, mieszkali w przyczepie - uśmiechnął się smutno i wyprostował plecy, by górować nad siostrą, która też była całkiem słusznego wzrostu. - Myślisz, że jakbym wiedział, to bym się nim nie interesował? Nie odwiedzał go, nie wysyłał pieniędzy? Że pozwoliłbym, żeby traktowała go jak śmiecia, a jej kolejni partnerzy się na nim wyżywali?

    Stopniowo podnosił głos i obserwował, jak na jej twarzy maluje się szok i niedowierzanie.

    - Tak naprawdę to dobrze, że Ramona umarła - zakończył ponuro. - Dzięki temu chłopak będzie mieć lepsze życie, co zamierzam mu zapewnić. A ty mi w tym pomożesz?

    - Oczywiście, Alex… - złagodniała. - I przepraszam, nie powinnam na ciebie krzyczeć.

    - W porządku, przecież nie wiedziałaś. Widzisz, myślałem o opiekunce, ale z rodziną będzie mu lepiej. No i po co płacić obcym, wolę te same pieniądze dać tobie.

    Oburzyła się na sugestię zapłaty, ale Ethan wcisnął jej zwitek banknotów. Było tego coś koło siedmiu tysięcy dolarów.

    - Nie wiem na ile to wystarczy, ale jak ci będzie brakować to od razu dzwoń, przywiozę więcej - powiedział zgodnie z prawdą.

    Usłyszeli głosy, oboje spojrzeli w stronę drzwi. Timothy rozmawiał z Diegiem. Dali im chwilę na wzajemne zapoznanie, po czym do nich dołączyli. Ethan zauważył, że walizka chłopca była nietknięta, jakby nie był do końca pewien, czy tu zostanie. Później pomagali przy lunchu. W domu Alice panowała teraz miła, rodzinna atmosfera i Hill przez chwilę żałował, że nie może zostać na dłużej. Pocieszył się myślą, że teraz będzie tu częstym gościem.

    Alice i Timothy zainteresowali się jego pracą. Opowiedział im trochę, oczywiście cały czas twierdząc, że jest tylko konsultantem i zajmuje się jedynie organizacją spotkań Akuryjek z prezydentem.

    - Chciałbym, żebyśmy kiedyś mogli przemieszczać się swobodnie między światami, ich planeta wydaje się być ciekawym miejscem i chętnie bym tam pojechał - zakończył.

    - A co z dzieckiem? Znając ciebie to znikniesz tam na lata - siostrze wrócił już zgryźliwy humor.

    - Może będę mógł wziąć go ze sobą - Diego uśmiechnął się słysząc te słowa. - A jak ty nie będziesz chciała się nim zająć, to jest taka jedna dziewczyna… - nie wiedzieć czemu pomyślał o Nikce.

    - Tak? Możesz ją kiedyś przywieźć na obiad, przedstawić rodzinie - od razu zasugerowała Alice.

    - Nie o to chodzi, ona mnie nienawidzi - sprostował szybko. - Ale myślę, że gdybym poprosił, to by się nim zaopiekowała. Teraz ma na głowie więcej pracy niż ja, więc nawet nie zaczynałem, ale w razie czego… - Czemu w ogóle się tłumaczył?

    - Ty to potrafisz sobie ułożyć relacje z kobietą - podsumowała siostra. Uśmiechnął się do niej, miała całkowitą rację.

    Spojrzał na zegarek; nadchodził czas, by zbierać się do wyjazdu. I tak dziwne było, że nikt jeszcze nie dzwonił i nie kazał mu natychmiast wracać by zażegnać jakiś kryzys. Widocznie Nikka miała dziś dobry dzień.

    - Dziękujemy za lunch, moja droga. Ja niestety muszę jechać - powiedział wstając od stołu. Zabrał Diega na górę, by pomóc mu wreszcie wypakować walizkę, no i by się pożegnać.

    - Wiem, że wolałbyś być ze mną, ale tu też będzie ci dobrze - zaczął rozmowę. Dzieciak tylko na niego popatrzył. W dużych brązowych oczach z łatwością wyczytał, że rzeczywiście chciałby z nim zostać, ale mu ufa i wierzy, że chce dla niego jak najlepiej. - Nie wiem kiedy przyjadę, ale zadzwonię jak tylko uda mi się coś ustalić - obiecał.

    Wyjął portfel i dał młodemu większość pieniędzy, które jeszcze mu tam zostały. Kilkadziesiąt dolarów na pewno wystarczy na tydzień lub dwa, miał zamiar wrócić tu jak najszybciej.

    - Nie mam pojęcia ile kieszonkowego daje się dzieciom - zażartował.

    - Ja też nie, nigdy żadnego nie dostawałem… - Diego powiedział to śmiertelnie poważnie. Hill pomyślał, że młody potrzebuje przytulenia. Nie, inaczej, to on sam chciał go przytulić. Znów poczuł ciepło, a oczy zaczęły szczypać. Czyżby na starość zrobił się sentymentalny?

    Pochylił się i otoczył Diega ramieniem. Przyciągnął go do siebie szepcząc kolejne słowa pocieszenia. Dzieciak nie opierał się, przeciwnie, przylgnął do niego i spróbował objąć w pasie.

    - Na początku będzie ciężko, nowe miejsce, nowi ludzie, ale dasz radę. Jesteś twardy… - żadne dziecko nie powinno przeżywać tego, co Diego. Hill poczuł gniew na myśl o tym, co młody opowiedział mu wczoraj wieczorem. - I pan Reed nad tobą czuwa, więc… - urwał niepewny, co to właściwie oznacza. Przypuszczał jednak, że bóg nie będzie chciał krzywdy osoby, którą dopiero co uratował przed nieciekawym losem.

    Młody tylko kiwał głową, nie powiedział nic. Ethan wyprostował się w końcu i oznajmił, że zadzwoni wieczorem jeśli tylko znajdzie chwilę.

    - No to będę jechać. Odprowadzisz mnie do samochodu? - ku jego zaskoczeniu chłopak odmówił. Chyba nie chciał się żegnać drugi raz pod czujnym spojrzeniem Alice. - No to do zobaczenia Diego, widzimy się za kilka dni.

    - Do zobaczenia Alex.

    Był już na korytarzu i prawie zamknął za sobą drzwi, ale zdążył jeszcze usłyszeć jak Diego mówi cicho, jakby na próbę, jakby tylko chciał sprawdzić, jak te słowa ułożą mu się na języku:

    - Do zobaczenia tato…

    Na dole pożegnał się też z siostrą, która oczywiście próbowała go przekonać, żeby został dłużej. To było niemożliwe, powiedział Helenie, że będzie najpóźniej o piątej, i miał zamiar dotrzymać słowa. Właśnie dochodziła druga, co oznaczało, że i tak może nie zdążyć jeśli zatrzymają go korki. Odmówił uprzejmie i chyba ze trzy razy musiał obiecać, że na pewno zjawi się w ciągu tygodnia, dopiero po tym Alice dała za wygraną i wyszła z nim na ganek.

    - Jeszcze raz dziękuję, ratujesz mi życie.

    - Och, nie ma sprawy, w końcu jesteśmy rodziną - odrzekła. - Zresztą widzę jak Diego na ciebie patrzy, skoczyłby w ogień, gdybyś mu kazał. Dużo czasu razem spędziliście?

    - Siedem lat za mało - odpowiedział wymijająco. Chciał już pójść do samochodu, ale coś mu się przypomniało, coś ważnego. - Alice, musisz mi obiecać jedno - zmienił ton na bardziej stanowczy.

    - Tak?

    - Chodzicie do kościoła, prawda?

    - Może nie co niedzielę, ale tak, staramy się - odpowiedziała. Po jej minie widział, że nie ma pojęcia, dlaczego nagle wyskoczył z takim tematem.

    - Jeśli nie będzie chciał iść z wami, to proszę, nie każ mu tego robić. A jeśli pójdzie, ale nagle będzie chciał wyjść, to mu pozwól. I nie pytaj jeśli nie będzie chciał mówić, dobrze? To naprawdę ważne.

    Nie wyglądała na przekonaną

    - Przecież nic mu się nie stanie jeśli pójdzie z nami wszystkimi pośpiewać psalmy i posłuchać kazania…

    - Alice, nie - przerwał. - Będzie mieszkał u ciebie i rozumiem, że to twój dom, twoje zasady, ma cię słuchać. Ale nie w tej sprawie. Jestem jego ojcem mówię ci, że jeśli nie będzie chciał iść do kościoła, to nie pójdzie.

    Wrócił myślą do momentu, w którym próbował modlić się na pogrzebie. Amarscy bogowie nie przepadali za konkurencją. Nie sądził, że skrzywdzą dziecko, ale nie miał zamiaru ryzykować.

    - Dobrze, jak sobie chcesz - stwierdziła w końcu.

    - Dziękuję. Jesteś kochana - przytulił ją na pożegnanie, po czym wyruszył w drogę powrotną do Waszyngtonu zastanawiając się w jaki sposób poprosić Nikkę o szczerą rozmowę by nie wywołać u niej kolejnego ataku paniki.

wtorek, 11 maja 2021

rozdział 59

    Diego właśnie brał prysznic. Hill zamówił pizzę i podłączył telefon do ładowania. Będzie musiał jeszcze zadzwonić w parę miejsc, w pierwszej kolejności do Heleny, no i do siostry. Co zrobi, jeśli Alice nie będzie chciała przyjąć dzieciaka do siebie? Przecież nie może tu zostać i siedzieć sam w mieszkaniu po kilkanaście godzin. Musi powiedzieć, że młody jest jego, wtedy Alice na pewno się zgodzi.

    Wziął świeży ręcznik i wszedł do łazienki. Chciał obejrzeć chłopca, bo z jego słów wynikało, że nie miał w domu sielanki. I rzeczywiście, przy wycieraniu zauważył sporo siniaków i zadrapań. Część wyglądała jak rezultat zwykłych dziecięcych zabaw, zdarte kolano czy skaleczenie na dłoni może zdarzyć się każdemu. Ale siniaki na ramieniu wyraźnie świadczyły o tym, że ktoś nim szarpnął, i to porządnie. I te równoległe ślady na plecach… Ktoś go bił paskiem albo kijem.

    Zniesmaczony Ethan pokręcił głową z dezaprobatą. Absolutnie nie pochwalał przemocy wobec dzieci. Już przesłuchiwanie Kalii nie było dla niego miłe i chyba nie potrafiłby jej zrobić takich rzeczy jak Nikce. Na szczęście Selino była już kobietą, upartą, honorową, złośliwą i inteligentną kobietą. I jeszcze stukniętą, nie powinien o tym zapominać.

    Uśmiechnął się do tych myśli i zawinął Diega w ręcznik.

    - Poczekaj, przyniosę ci swoją koszulkę, twoje ubranie trzeba uprać - stwierdził i zostawił go na chwilę. Dzieciak stracił już swoją początkową pewność siebie, teraz wydawał się onieśmielony, może nawet trochę przestraszony.

    A więc to teraz mój problem, panie Reed? - pomyślał. - Zostawiasz go na mojej głowie? Dobrze, zajmę się nim jak umiem najlepiej.

    Czy to była modlitwa? Czy tyle wystarczy? Nie znał odpowiedzi, ale musiał założyć, że tak, że uda mu się tym zadowolić boga.

    W jego t-shircie Diego wyglądał jak w szpitalnej koszuli, ale teraz przynajmniej był już czysty, a za chwilę będzie też najedzony. Ethan odebrał pizzę, colę i sok pomarańczowy, które kazał dostawcy kupić po drodze. Miał w domu tylko kawę i alkohol, żaden z tych napoi nie nadawał się dla dziecka. Rozłożył jedzenie na stoliku w salonie, przyniósł z kuchni dwie szklanki.

    - Czego ci nalać?

    - Może coli…

    - Świetny wybór, też wolę colę - pochwalił chłopaka. - Bierz pizzę, zimna nie będzie już taka dobra.

    Zjedli po jednym kawałku i dopiero wtedy Hill zaczął poważną rozmowę.

    - Gdzie mieszkałeś? Ja pochodzę z Reading w Pensylwanii.

    - Odessa, Teksas. A teraz gdzie jesteśmy? - spytał z pełną buzią.

    - W Waszyngtonie, Dystrykt Kolumbii. Nie wiesz gdzie przyjechałeś? - to naprawdę zdziwiło Hilla.

    - Ale… ja tu nie przyjechałem… Wracałem rowerem do domu, bo byłem nad rzeką z kolegami, no i wtedy zatrzymał mnie ten Reed i powiedział, że nie muszę już wracać do domu, i że ty się mną zajmiesz, i że wszystko będzie dobrze..

    Ethan nie chciał przerywać tego słowotoku, pokiwał tylko głową chcąc utwierdzić chłopca w przekonaniu, że już nic mu nie grozi.

    - No i chciał mnie jakby poklepać po plecach i miał taką ciepłą rękę, i jak mnie dotknął to ja już byłem tutaj i widziałem cię na ulicy. Czy on jest kimś w rodzaju czarodzieja? - zakończył niespodziewanym pytaniem.

    Hill przez chwilę milczał, stwierdził jednak, że nie warto kłamać w tej sprawie.

    - Prawie, ale nie do końca. To bóg. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale uratował mi raz życie i… - powróciło do niego tamto wspomnienie. Mrok, ciepło, Nikka i pan Reed, groźny, gniewny i niepowstrzymany.

    - Jezus na obrazach w kościele nie jest przecież rudy - Diego nie zwrócił uwagi na nagłe zawahanie Hilla.

    - Bo to nie Jezus, ani nawet nie chrześcijański bóg. Słyszałeś o tych dziewczynach, które przybyły z innego świata?

    - Mówili o tym w telewizji, ale mama stwierdziła, że to pewnie jakieś oszustwo.

    - Nie Diego, one naprawdę są z innej planety. Naukowcy jeszcze nie wiedzą jak dokładnie się tu znalazły, ale razem z nimi przyszli tu też ich bogowie. Bo jest ich czworo.

    - Skąd wiesz?

    Ech, dzieci. Wszystkie były takie ciekawskie i bezpośrednie? Zupełnie nie umiał z nimi rozmawiać.

    - Pracuję w Departamencie Stanu, rozmawiałem z Nikką Selino przed jej spotkaniem z prezydentem - wyjaśnił Diegowi używając oficjalnej wersji. - Wiesz, nie chcieliśmy dopuścić do jakiś nieporozumień ani konfliktu dyplomatycznego, więc musieliśmy dowiedzieć się jak najwięcej o ich kulturze - dodał mając nadzieję, że młody uzna ten temat za nudny i nie będzie dopytywał.

    - I ona opowiadała ci o jej bogach.

    - Tak, o naszych bogach - poprawił. Wyglądało na to, że Diego też został wybrany i nie będzie mógł tego odrzucić. - Potem, jak już mówiłem, pan Reed mnie uratował.

    - Ekstra, widziałem prawdziwego boga z prawdziwymi mocami! Teleportował mnie jak w Harrym Potterze!

    Chłopiec mógł się ekscytować i miał ku temu powody, w końcu pan Reed rzeczywiście miał prawdziwe moce i nie wahał się z nich korzystać. Hill zastanawiał się, czy użył ich też, by ukarać matkę Diega…

    - Jak się nazywa twoja mama? - w ciemnych oczach młodego pojawił się strach. - Spokojnie, nie wrócisz do niej, obiecuję. Chcę tylko coś sprawdzić - sprostował szybko.

    - Ramona Flores...

    - Dziękuję. Muszę zadzwonić, zaczekaj tutaj - powiedział i wyszedł do sypialni. Wybrał z pamięci numer Lyty, którą poznał w trakcie przymusowego zesłania do Analiz. Oczekując na połączenie zdjął kaburę z pistoletem i schował ją do szafy. Lepiej, żeby dzieciak tego nie widział.

    W końcu odebrała, na szczęście była jeszcze w pracy. Przywitał się, przez naprawdę krótką chwilę wspominali “dawne czasy”, po czym przeszedł do sedna.

    - Moja droga, chciałbym, żebyś coś dla mnie sprawdziła.

    - Wiedziałam! Ethan, ty draniu, wiedziałam, że będziesz czegoś chciał! Tacy jak ty nigdy nie dzwonią, żeby spytać jak minął dzień - zaśmiała się.

    - Ramona Flores, miesza w Odessie w Teksasie.

    - Co z nią? Wpadła ci w oko? - Lyta jak zwykle nie mogła powstrzymać się od głupich komentarzy

    - Najpierw sprawdź mi proszę, czy w ogóle istnieje.

    - Teksas, Odessa… - mamrotała, słyszał też stukanie w klawisze. - Masz tam dwie Ramony Flores, wybierz sobie albo podaj więcej szczegółów.

    - Z biednej dzielnicy, nie więcej niż trzydzieści lat, ma syna o imieniu Diego - uściślił.

    Jeszcze trochę stukania, chwila ciszy w słuchawce.

    - To będzie ta, twoja Ramona ma dwadzieścia siedem lat, mieszka na San Benito Drive, rzeczywiście nie jest to ciekawa okolica. Teraz już dasz radę sam ją znaleźć, czy podać ci jeszcze numer?

    - Dziękuję, obejdzie się. Możesz sprawdzić kto jest ojcem jej dziecka?

    - Uuuu, nieźle nawywijałeś…

    - Może nawywijałem, a może nie - odpowiedział zaczepnie.

    - Wejdziemy tu i powinno być…. Diego Flores, urodzony trzynastego kwietnia dziewięćdziesiątego ósmego roku, ojciec nieznany. Ktoś cię pozywa o alimenty? - zaśmiała się.

    - Szukam dla kolegi - odwdzięczył się suchym żartem. - Powiedz mi jeszcze, czy w okolicy nie było ostatnio żadnego pożaru? - zapytał tknięty nagłym przeczuciem.

    - Ethan, co ty, internetu nie masz? - zachichotała, ale słyszał, że to sprawdza. - Pożar… Skąd wiedziałeś? To świeża sprawa, sprzed dwóch godzin. Spaliła się jej przyczepa.

    - Ofiary śmiertelne? - wszedł jej w słowo.

    - Jedna, prawdopodobnie kobieta, ale w stanie uniemożliwiającym identyfikację. Musisz zaczekać do sekcji.

    Nie musiał. Był pewien, że to ona. Zapewnił Lytę, że jest kochana, strasznie mu pomogła i że następnym razem jak będzie w Nowym Jorku, to wpadnie do niej z kwiatami, po czym rozłączył się i zamyślił. Jak to przekazać młodemu? Najlepiej będzie od razu i bez kombinowania.

    - Diego, twoja mama nie żyje - oświadczył po prostu siadając naprzeciw niego. Spodziewał się niedowierzania, może płaczu, ale napotkał prawie całkowity brak reakcji, jakby chłopak właśnie tego się spodziewał. Skoro tak, to postanowił tego nie roztrząsać. - Proszę opowiedz mi trochę o sobie, im więcej będę wiedział, tym bardziej będę mógł ci pomóc.

    Mówił niechętnie, popijał colę, jadł powoli trzeci kawałek pizzy. Trochę kręcił, ale nie kłamał, i Hill w końcu wyciągnął z niego wszystko. Wyłonił się z tego smutny obrazek pełen strachu, bólu i upokorzeń. Jakim cudem opieka społeczna nie odebrała Ramonie tego dziecka wcześniej? Cud nastąpił dopiero dziś, kiedy sprawą zainteresował się prawdziwy bóg. Ethan musiał przyznać, że jeśli pan Reed będzie częściej robić takie rzeczy, to będzie skłonny polubić go bardziej. Mógłby się co prawda powstrzymać od palenia ludzi...

    - Dobrze Diego, dziękuję, że mi to wszystko opowiedziałeś, ja też będę z tobą szczery. Nie będziesz mógł tu zostać.

    - Ale przecież obiecałeś, że mnie nie oddasz!- krzyknął.

    - Nie o to chodzi, spokojnie. Nie możesz zostać ze mną w tym mieszkaniu - podkreślił. - Dużo pracuję, czasem nie ma mnie w domu całymi dniami, może znów będę musiał wyjechać za granicę… W Reading mieszka moja siostra, ma dom, rodzinę. Zawiozę cię do niej i ustawię sobie grafik tak, żebym mógł cię odwiedzać chociaż raz w tygodniu.

    Diego nie wyglądał na przekonanego. Przynajmniej już nie krzyczał. Hill spróbował z jeszcze innej strony.

    - Słuchaj, sam widziałeś do czego zdolny jest pan Reed. Pomógł ci, przysłał cię do mnie i chce, żebym to ja się tobą zajął, tak? - urwał i poczekał na odpowiedź. Diego przytaknął. - A więc jak myślisz, będzie zadowolony, jeśli go nie posłucham? Jak myślisz, co mi zrobi, jeśli uzna, że nie wypełniam jego woli tak, jakby sobie tego życzył? Zrozum, to jest bóg, z nim nie ma żartów - zakończył i uświadomił sobie, że naprawdę boi się tego, co może się stać, jeśli nie będzie dla tego dzieciaka dość dobry. Musi porozmawiać z Nikką, zdobyć więcej informacji.

    Chłopiec spuścił głowę i chyba też nad tym myślał.

    - A twoja siostra będzie mnie chciała? - spytał w końcu z wahaniem w głosie.

    - Powiemy jej, i w ogóle wszystkim, że jesteś moim synem, dobrze? - uśmiechnął się do niego szczerze, niepewny jak zareaguje.

    - Ekstra! I będę się nazywać Diego Hale?

    - Jeśli chcesz… czemu nie - i w tym momencie Ethan poczuł dziwne ciepło w klatce piersiowej. Chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, że to nie żadne boskie moce, tylko najzwyczajniejsze w świecie wzruszenie.

    Pozostało mu jeszcze wykonać dwa telefony. Jeden do Heleny, która nie była zadowolona, że jutro zostanie sama, ale nie mogła nic na to poradzić. Hill kierował całą operacją i dawało mu to pewne przywileje. Pocieszył swoją partnerkę, że postara się wrócić przed piątą, kiedy to Kalia i Inga miały udzielać wywiadu dziennikarzowi The Washington Post.

    - Powiedz Camilli, żeby zajęła czymś Selino, ją lubi i jej posłucha. A jak będzie się stawiać, to odwołaj się do jej honoru, tylko ostro i konkretnie, bez zbędnego pieprzenia - zasugerował. - Jakby coś się działo, to dzwoń, ja już z nią porozmawiam.

    - Dam sobie radę, dzięki za nic - ucięła i zakończyła rozmowę.

    Drugi telefon był trudniejszy. Alice odebrała po kilku sygnałach i była przekonana, że stało się coś złego.

    - Spokojnie, coś się stało, ale ze mną wszystko w porządku. Tylko widzisz, okazało się, że mam syna, a jego matka nie żyje - wyrzucił z siebie szybko.

    - I co, mam ci pogratulować czy powiedzieć, że jesteś kretynem? Jak to “się okazało”, nie wiedziałeś, że masz dziecko? Ile ono ma lat? - Alice naskoczyła na niego. To go nie dziwiło, nie odzywał się do siostry od pogrzebu ojca, a teraz dzwoni z taką rewelacją… Na pewno już przeczuwała, o co poprosi, i miała prawo być niezadowolona.

    - Siedem. I naprawdę nic nie wiedziałem, nie powiedziała mi o ciąży… A później już się nie spotykaliśmy, byłem w Europie i wiesz, tak się wszystko jakoś potoczyło.

    - Gratuluję powiększenia rodziny - przerwała mu.

    - Alice, to też twoja rodzina.

    - Tak. Tak… I co, teraz spytasz mnie, czy mogę go wziąć do siebie, a ty dalej będziesz latał po świecie?

    Uświadomił sobie, że krąży nerwowo po salonie z telefonem przy uchu, jakby bał się własnej siostry. Przystanął i odetchnął głęboko. Diego patrzył na niego i uważnie słuchał tej rozmowy. Cóż, w końcu tu chodziło o jego przyszłość.

    - Pracuję teraz w Waszyngtonie, zostałem konsultantem w Departamencie Stanu, na razie nigdzie się nie wybieram. Ale masz rację, chciałbym, żebyś się zaopiekowała moim synem. Mógłbym wynająć opiekunkę, ale wiadomo na kogo trafię? Tobie ufam i wiem, że będziesz dla niego dobra.

    - Alex… I pewnie powiesz, że będziesz go odwiedzać, a później znikniesz na rok czy dwa? - jeszcze próbowała ironizować, ale już wiedział, że się zgodzi. Zmieniła ton głosu i wreszcie nazwała go po imieniu. Uśmiechnął się do młodego dając mu znak, że wszystko będzie dobrze.

    - Nie bez uprzedzenia - zastrzegł.

    - Taa, ja już cię znam. Dobrze, pogadam z Tedem i do ciebie oddzwonię. Kiedy chcesz go przywieźć? Pewnie powiesz, że dziś.

    - Tak właściwie to jutro. Raczej rano, popołudniu muszę być w pracy… - starał się brzmieć trochę żałośnie. Czasem Alice widziała w nim jeszcze młodszego braciszka, który potrzebował opieki.

    - Nie zostaniesz na obiedzie?

    - Chętnie, ale to musi być wczesny obiad.

    - Ty i ta twoja praca… Całe życie w pracy, nawet nie zauważyłeś, że masz dziecko.

    - Jutro o tym porozmawiamy, dobrze? Muszę już kończyć, naszykować go do snu, rozumiesz, to dla mnie ciągle nowość.

    Zaśmiała się i życzyła mu powodzenia. Pożegnał się i jeszcze raz wyraził nadzieję, że zobaczą się jutro. Wiedział, że Ted, mąż Alice, nie będzie mieć w tej sprawie za wiele do powiedzenia, jak zresztą w całym ich małżeństwie.

    - Nieładnie jest tak kłamać - odezwał się Diego po tym jak Hill wpiął telefon z powrotem do ładowarki.

    - Wiem, ale czasem trzeba. Nie wydasz mnie, prawda? Ciebie nie będę oszukiwać, obiecuję - skłamał. Nie mógł mówić dzieciakowi wszystkiego, zwłaszcza o rzeczach związanych z pracą.

    Pokręcił się trochę po mieszkaniu. Uprał rzeczy Diega, rozwiesił je. Potem wyprasował koszulę na jutro, naszykował garnitur i schował go do pokrowca. Weźmie go ze sobą, może będzie musiał się przebrać tuż przed pracą. Alice oddzwoniła i kazała mu przywieźć dzieciaka, tak jak podejrzewał. Przyniósł z szafy koc i poduszkę, naszykował młodemu posłanie na kanapie.

    - Przepraszam za to, ale mam tylko jedno łóżko. Wytrzymasz tę noc tutaj?

    - Pewnie… Alex. Mogę tak do ciebie mówić, prawda?

   - Tak, oczywiście - Ethan spojrzał na dzieciaka. Alexander Hale był już dla niego odległą przeszłością, wspomnieniem o normalnym życiu, które nie wróci. A może jednak? Może to dziecko to znak od losu? Nie, od bogów, poprawił się od razu. Potrafiłby jeszcze tak żyć? Szybko odrzucił od siebie tę myśl, wydała mu się niedorzeczna. - No to spróbuj już usnąć, dobrze? Jutro obudzę cię wcześnie.

    Diego przytaknął, wyglądał na zmęczonego. Spod koca wystawała mu tylko rozczochrana głowa. Miał dziś sporo wrażeń jak na siedmiolatka, a i niejeden dorosły byłby tym wszystkim przytłoczony emocjonalnie. Hill odszedł w stronę sypialni, musiał jeszcze schować broń do sejfu, wyjąć trochę gotówki i swoje prawdziwe prawo jazdy, tak by mieć je przy sobie w razie czego. Zatrzymał się jednak w progu i powiedział do młodego:

    - Cieszę się, że pan Reed przysłał cię właśnie do mnie.

    Nie kłamał.




***




Tak, śmiertelniku, dobrze, prawie dobrze.

Jeszcze trochę i nauczysz się prawdziwych modlitw.

rozdział 80

     Ostatnia godzina minęła nie wiadomo kiedy. Potem Nikka nie za bardzo pamiętała ten czas, czuła się podekscytowana i zdenerwowana jednoc...