środa, 26 maja 2021

rozdział 62

    Sam wywiad trwał jeszcze godzinę, może półtorej. Światła zgasły, redaktorka Doran pożegnała się i odjechała, ale ekipa kręciła się po domu aż do wieczora wynosząc sprzęt i zwijając kable. Dziewczyny musiały więc grać dalej. Nikka znów poszła do kuchni próbując przygotować kolację z produktów, które wczoraj przyniosła Helena. Nadal dostarczano im obiady, ale inne posiłki już robiły sobie same. Na szczęście w tym świecie również znano lodówki, to wiele ułatwiało.

    Gotowanie zwykle sprawiało jej przyjemność, ale zrobienie czegoś sensownego z tego, co miała tu do dyspozycji, przypominało próbę zbudowania łódki z gałęzi wyrzuconych przez morze na brzeg: może i się uda coś sklecić, ale szału nie będzie. Zdecydowała się przyrządzić to samo co wczoraj: przysmażane kanapki z sadzonym jajkiem, plasterkiem żółtego sera i szynki, a przynajmniej czymś, co wyglądało trochę jak szynka. Naszykowała składniki, rozgrzała patelnię. W kuchni pojawiła się Kamilla, wyglądało na to, że chce dołączyć do przygotowywania posiłku.

    - Pani Pik, proszę, niech pani to zostawi, pobrudzi się pani. Dam sobie radę, naprawdę.

    - Nikka daj spokój, już nie musisz udawać.

    - Jeszcze nie wszyscy wyszli - odpowiedziała ściszonym głosem. - Dobrze, jeśli naprawdę chce pani pomóc, to proszę naszykować talerze i sprawdzić, czy mamy jeszcze coś do picia. Cztery talerze - poprawiła widząc co Kamilla wyciąga z szafki. - Pani też jest zaproszona.

    Próbowała się wymawiać, ale Nikka nie ustąpiła.

  - Panience Lin-Mollari będzie przykro, jeśli nie zostanie pani na kolacji - posunęła się nawet do małego szantażu. Tłumaczka zamilkła i popatrzyła na nią badawczym wzrokiem.

   - I wy się tak zachowujecie tam u siebie, co? - spytała szybko. - Tytuły, ukłony, służba? Niby o tym opowiadałyście, ale dziwnie jest zobaczyć to na własne oczy…

  Nikka rozejrzała się uważnie, nie zobaczyła nikogo obcego, więc kontynuowała rozmowę normalnym tonem:

  - W domach takich jak Kalii? Owszem. U mnie i u Ingi? - tu pokręciła przecząco głową. - Arystokracja ma swoje zasady, i uwierz, mi też wydają się one dziwne. Zwykli ludzie żyją inaczej, chyba podobnie do was. Ale nie uśmiechamy się tyle i nie dotykamy nieznajomych - zastrzegła.

   - Mnie przytuliłaś - przytomnie zauważyła Kamilla.

   - Tak, ale ty nie jesteś nieznajoma - Nikka uśmiechnęła się do niej i pomyślała, że jej matka na pewno polubiłaby Kamillę.

    - Alarm odwołany, poszli sobie - do kuchni wpadła Inga. - Och, chyba trzeba już przekręcić te jajka - od razu rzuciła się do patelni. Razem szybko uporały się z przygotowaniem jedzenia. Kalia nie przyszła, słychać było, że rozmawia w salonie z Hillem i Heleną.

    - Wiecie co? - Nikka wpadła na pewien pomysł. - Spróbuję załatwić nam wino do kolacji, może coś tu mają...

Kalia wręcz jaśniała z dumy, chyba nawet suknia i fryzura przestały jej przeszkadzać. Stojący obok niej Amerikanie też wydawali się zadowoleni.

    - Młoda, kolacja gotowa, może byś raczyła przyjść, a nie się puszysz jakbyś nie wiadomo co zrobiła - komandor na nią naskoczyła, ale z promiennym uśmiechem na twarzy, żeby od razu było widać, że to tylko żarty.

    - Świetnie, zgłodniałam od tego wszystkiego - Kalia wręcz pognała do kuchni.

    - Przepraszam, czy macie tu może wino? Pomyślałabym, że dziewczynom przydałaby się dziś jakaś nagroda - spytała uprzejmie, ale nie aż tak służalczo jak wcześniej, gdy odgrywała sterniczkę.

    - Nikka my… Ona za młoda na wino, u nas trzeba dwadzieścia jeden lat mieć… - odpowiedziała Helena, która miała jeszcze pewne kłopoty z amarskim, ale radziła sobie coraz lepiej.

  - Pani Selino, nie mamy wina - Hill uciął wszelkie dyskusje. - Proszę powiedzieć Kalii, żeby następnym razem zachowywała się tak dobrze od samego początku, jasne?

    - Sam mógł to pan jej powiedzieć, jeszcze przed chwilą tu była.

    Nie odpowiedział, ściągnął tylko brwi i patrzył tymi swoimi niebieskimi ślepiami. Więc tak chciał to rozegrać, od Amerikanów Kalia ma zbierać pochwały, a naganę usłyszeć od niej. Miało to jakąś pokrętną logikę.

    - Dobrze, przekażę jej pańskie słowa. A teraz państwo wybaczą, muszę wracać do przyjaciółek - zaakcentowała ostatnie słowo.

    Początkowo Nikka planowała podać kolację w jadalni, ale teraz nie było już powodu, żeby robić z tego takie wydarzenie, rozsiadły się więc przy mniejszym stole w kuchni.

    - Nikka, byłabyś świetną służącą - nagle wypaliła Kalia nie zdając sobie sprawy, że dla komandor Selino nie były to miłe słowa. Dziewczyna może i nie miała nic złego na myśli, ale Nikka nigdy nie zostałaby prawdziwą służącą, a tutaj udawała tylko dla ich dobra.

    - Byłabym najgorszą służącą, jaką kiedykolwiek miałaś - odparła z pełnym przekonaniem. - A jak potraktowałabyś mnie jak tę biedną fryzjerkę, to zwolniłabym się od razu.

    - Ale ona chciała ściąć mi połowę włosów! - krzyknęła Kalia denerwując się samym wspomnieniem tej sytuacji.

    - To nadal nie powód, żeby się na niej tak wyżywać.

    - Wtedy jakoś ci to nie przeszkadzało, nic nie mówiłaś.

    Nikka rzuciła Indze porozumiewawcze spojrzenie i obie zaczęły się śmiać.

    - Ech, młoda… Chciałyśmy zobaczyć co zrobi Helena, czy sobie z tobą poradzi - wyjaśniła.

    - No i sobie nie poradziła - dokończyła Inga. - Jakby nie pani, pani Kamillo, to ja nie wiem, czy ten wywiad by się w ogóle odbył.

    - Spokojnie, zaraz i tak przyszedł Hill, on by cię od razu postawił do pionu - westchnęła Nikka patrząc na Kalię z troską.

    - A właśnie że był dziś dla mnie miły!

    - Tak, dla ciebie. A mi kazał przekazać ci, że następnym razem masz być grzeczna cały czas. Bywałaś na wielu przyjęciach, pewnie znasz takie gierki, przemyśl sobie co to wszystko znaczy - przypomniały jej się te wszystkie opowieści Maleny o różnych intrygach snutych nie tylko na dworze królewskim, ale też w pałacach i rezydencjach zwykłych arystokratów. Podobno zdarzało się, że całe rody obrażały się na siebie, czy też wręcz zaczynały toczyć ze sobą towarzyską wojnę, w wyniku starannie obmyślonych knowań albo po prostu plotki. - No i jeszcze powiedział, że nie ma wina - zakończyła, jakby to ostatnie było największą tragedią.

    Kalia zamilkła i jakby trochę przygasła. Nikka pilnowała się, by co jakiś czas posłać jej miły uśmiech i ogólnie odnosić się do niej życzliwie, żeby młodej nie wydawało się, że ma do niej jakiekolwiek pretensje. Kamilla opuściła ich zaraz po kolacji, miała swoją rodzinę, do której musiała wrócić. Helena i Itan też gdzieś zniknęli, chociaż to akurat mało obchodziło komandor Selino. Pewnie zeszli do piwnicy, oboje mieli klucz do drzwi, których dziewczynom nie wolno było otwierać. Oby tylko Hill trzymał się z daleka i będzie dobrze. Dziś znosiła jego bliskość przez prawie trzy godziny. Brr, aż poczuła się od tego brudna.

    Zostawiła sprzątanie kuchni i mycie talerzy dziewczynom, a sama poszła do swojej łazienki i wzięła długi prysznic. Gorąca woda sprawiała, że przez chwilę zapomniała o tym wszystkim, o Akurii, Hillu i Amerikanach, zapominała o Armii i wojnie, o królu, matce i przyjaciółkach, tych starszych i tych nowszych. Przez chwilę była tylko tu i teraz, stała rozluźniona w potokach ciepłej wody, nie rozpamiętywała przeszłości ani nie myślała o niepewnej przyszłości.

    Wszystko szlag trafił gdy tylko wyszła z łazienki opatulona puchatym białym szlafrokiem. Była zajęta wycieraniem mokrych włosów, ale i tak zauważyła go od razu: Itan Hill siedział na ławeczce przy jej łóżku i najwyraźniej na nią czekał. Niepokój ścisnął jej gardło, przez chwilę nie była nawet w stanie zapytać, co on tu właściwie robi.

    - Przepraszam za najście pani Selino, ale chciałbym z panią porozmawiać, prywatnie - zaczął. Jego głos znów brzmiał inaczej, spokojniej i normalniej. I czyżby ogólnie był mniej czujny niż zwykle? Nikka chyba zauważyła też zmianę w jego spojrzeniu i postawie. Jeśli istniał jakiś prawdziwy Hill, taki, który nie musiał nikogo i niczego udawać, to teraz mógł być blisko wydostania się spod wielu masek, które zwykle nosił ten człowiek.

    - Skoro to prywatna rozmowa, to możemy mówić sobie po imieniu - stwierdziła rzucając ręcznik za siebie, na podłogę łazienki. Całkiem niedawno powiedział, że prywatnie jej ufa, uznała więc, że zasługuje na przynajmniej odrobinę dobrej woli z jej strony. - O czym porozmawiamy? - mimo wszystko nie chciała podchodzić bliżej, oparła się o komodę i czekała.

    - Nie tutaj. Ubierz się, proszę, i wyjdziemy do ogrodu.

  To było dziwne. Przytaknęła i wyjęła z szafy świeże ubranie. Hill oświadczył, że zaczeka na korytarzu, co również było dziwne. Coś kombinował, i to już od chwili, w której dziś przekroczył próg tego domu. Wcześniej miał do niej osobiste pytanie, chodziło o bogów. A teraz… Mogła spekulować, ale przecież za chwilę się dowie. Przeczesała włosy palcami. Wciąż były mokre, ale wieczór był ciepły, nie powinna się zaziębić. Dla pewności założyła jeszcze szary miękki sweter i wyszła z pokoju.

    Itan zaprowadził ją w ustronne miejsce pomiędzy drzewami i nie odezwał się, dopóki tam nie dotarli.

    - Nikka, wiem, że było między nami dużo zepsutej krwi, ale… Tak się w ogóle u was mówi? Wiesz, jeśli są jakieś nieporozumienia.

    - Nie, ale wiem co masz na myśli - odpowiedziała, chociaż określanie tego, co się między nimi wydarzyło nieporozumieniem, było niedopowiedzeniem roku.

    - Chodzi o to, że potrzebuję rady, może wskazówki - kontynuował rozmowę. - Ale najpierw może opowiem o sytuacji, w której się znalazłem dobrze?

    - Jasne - bez tego byłoby jej ciężko coś doradzić.

    - Wczoraj na ulicy zaczepił mnie dzieciak. Powiedział, że Pan Reed zabrał go z domu i teraz to ja mam być jego opiekunem.

    A więc jednak bogowie. I to jeszcze taka sprawa… - pomyślała Nikka. Nic dziwnego, że potrzebował wskazówek, gdyby ją spotkało coś podobnego, też wolałaby zapytać kogoś bardziej doświadczonego.

    - Zabrałem go do siebie, porozmawialiśmy. Okazało się… - zamilkł na chwilę, a gdy mówił dalej, w jego głosie zabrzmiały twarde nuty. - Że chłopak nie miał udanego dzieciństwa. I że przeraża go myśl, że mógłbym go odesłać do matki.

    - Bogowie bardzo nie lubią gdy ktoś krzywdzi dzieci - wtrąciła. Na Amarze wszyscy o tym wiedzieli, a i tak zawsze znalazł się ktoś, kto myślał, że jego występki nie zostaną zauważone i ukarane.

    - Ja też tego nie lubię. Kiedy dowiedziałem się, że Pan Reed spalił tę kobietę, prawie się ucieszyłem. Ale teraz nie wiem, co powinienem zrobić z tym dzieckiem.

    - Jak to co, zaopiekować się nim, Pan Reed chyba wyraził się jasno - dla Nikki to było oczywiste.

    - No dobrze, ale ja nigdy nie miałem dzieci. A jeśli zrobię coś nie tak?

  W pierwszym odruchu chciała odpowiedzieć, że ona też nie ma, więc skąd ma wiedzieć, ale się powstrzymała. To był zbyt poważny temat, żeby robić sobie z niego żarty.

    - On był o tym całkowicie przekonany, tak? - upewniła się. - Że ma przyjść właśnie do ciebie i z tobą zostać? - upewniła się.

    - Tak, gonił mnie po ulicy i… - urwał. - Jestem pewien, że był całkowicie przekonany.

    To musiała być niezła historia. Nikka wyczuła jednak, że Itan nie chce opowiedzieć jej ze wszystkimi szczegółami. Szkoda, ale przecież nie będzie pytać, to nic nie da.

    - I co zrobiłeś później? Gdzie jest teraz ten chłopiec?

  - Zawiozłem go do siostry, na razie tam zostanie. Powiedziałem, że jest moim synem, załatwię wszystkie potrzebne dokumenty. Mam pieniądze, wystarczy na jego utrzymanie i dobrą szkołę, będę go odwiedzać, ale nie wiem… - znów urwał. - Nie wiem, czy dla niego to będzie wystarczające - wskazał palcem w niebo, jakby Pan Reed gdzieś tam był i przysłuchiwał się ich rozmowie. Cóż, nie można było wykluczyć takiej ewentualności.

    To zdecydowanie była niezła historia. Hill nigdy nie ujawniał o sobie żadnych informacji, a teraz proszę, mówi jej o rodzinie, pieniądzach i wątpliwościach. Oddał dziecko siostrze, więc chyba nie ma żony, która mogłaby się nim zająć. I boi się, widać to w jego oczach i nieco nerwowych gestach, chociaż ze wszystkich sił starał się zachować spokój.

    - A ty jak myślisz, czy to wystarczy? Pomyśl o tym, czy mógłbyś zrobić dla tego chłopca coś więcej? Tylko nie próbuj oszukać sam siebie, z bogami coś takiego nie przejdzie - ostrzegła.

    Poczekała na odpowiedź dłuższą chwilę. Oparła się plecami o drzewo, założyła ręce na piersi i bez skrępowania obserwowała Itana. Skoro Pan Reed powierzył mu dziecko, to musiał wiedzieć, że ten człowiek będzie w stanie się nim zaopiekować. Stare amarskie przysłowie mówiło, że bogowie nie dadzą ci ryby większej, niż będziesz w stanie zjeść. Hill go nie znał i się denerwował, co nawet było trochę zabawne…

    - Myślę, że lepiej byłoby, gdyby ze mną zamieszkał, ale za dużo pracuję. W każdej chwili mogę gdzieś wyjechać na nie wiadomo jak długo. Nie wiem jak jest u was, ale tu dzieci nie mogą siedzieć same w domu całymi dniami. Ktoś w końcu oskarżyłby mnie o zaniedbanie i by mi go odebrali. Mógłbym zatrudnić opiekunkę, ale bardziej ufam siostrze. Mógłbym znaleźć inną, bardziej normalną pracę, ale czuję, że to byłoby niewłaściwe.

    Nikka pokiwała głową ze zrozumieniem. Te wszystkie wyznania musiały go sporo kosztować i doceniała, że to przed nią się otworzył, ale nie powiedziała tego głośno.

    - Moim zdaniem postępujesz słusznie. Starasz się dać chłopcu to, co będzie dla niego najlepsze, tak?

    - Tak, ale…

    - Ale i tak się boisz - dokończyła za niego. Poczuła satysfakcję, bardzo niestosowną w tym przypadku, ale nie potrafiła jej powstrzymać.

    - Boję się, i co, zadowolona? - zdenerwował się. - Nie powiesz, że ty na moim miejscu byś się nie bała, w to nie uwierzę.

    Hill nie podniósł głosu, ale wystarczyło, że zmrużył trochę oczy i podszedł pół kroku bliżej, żeby Nikka przestraszyła się i zaczęła rozglądać za drogą ucieczki. Za plecami miała drzewo…

    Dobrze, spokój, sam chciał rozmawiać, nic ci nie zrobi - pomyślała.

    - Boję się, że coś mu się stanie… Bo widzisz, moja siostra jest wierząca i może chcieć zabrać go do… jej świątyni. Chociaż mówiłem jej, żeby tego nie robiła. Myślę, że to się może nie spodobać naszym bogom, mam rację, prawda?

    Przytaknęła.

    - Ale powiedziałeś mu o bogach?

    - Oczywiście, ale tylko ogólnie, żadnych szczegółów. Widział Pana Reeda, nawet z nim rozmawiał, musiałem mu to trochę wyjaśnić.

    - Och, czyli jego też spotkała ta łaska i mógł zobaczyć boga na własne oczy. To wspaniałe przeżycie, prawda? - Nikka uśmiechnęła się delikatnie. Przypomniało jej się tamto kojące ciepło, tamto dobroczynne uczucie, to przeświadczenie, że wszystko będzie dobrze… Może na razie na to nie wyglądało, ale skoro sam Pan Reed ją o tym zapewniał, to na pewno kiedyś się polepszy.

    - Ja to zapamiętałem nieco inaczej - Hill nie podzielał jej entuzjazmu. No tak, jeśli trzeba, bogowie potrafili być też srodzy.

    - Będziesz musiał mu to wyjaśnić bardziej, i to najlepiej dość szybko. Pamiętasz to wszystko, co ci mówiłam w szpitalu?

    Potwierdził skinieniem głowy. Nadal wyglądał na zmartwionego i nadal stał niepokojąco blisko, zdawał się jednak nie zauważać, że wywołuje u Nikki dyskomfort.

    - No to tyle na razie wystarczy. Nie martw się Itan, wszystko będzie dobrze. Bóg wybrał cię, bo wiedział, że pod twoją opieką temu dziecku nie stanie się krzywda. Sam widzisz, starasz się, angażujesz w to siostrę, pytasz mnie… Do cholery, ty go uznałeś za syna, nie wiem już, czy mógłbyś zrobić coś więcej.

    Patrzył na nią, tylko patrzył i nic nie mówił. I co teraz, będą tak stać? Nawet nie podziękuje?

    - Trochę mnie uspokoiłaś, dziękuję. Proszę nie mów nikomu o tej rozmowie, dobrze? - odezwał się w końcu.

    - Rada była za darmo, ale za milczenie będziesz mi winny przysługę - spróbowała nie licząc na to, że się zgodzi.

    - Nie przeginaj, Selino.

    - No co, mieliśmy współpracować, prawda? W moim świecie to polega na tym, że obie strony dają coś od siebie.

    Westchnął ciężko, demonstracyjnie.

    - Niczego nie mogę obiecać, ale jak ładnie poprosisz, to zobaczymy co da się zrobić - wycedził w końcu. - A teraz, pani Selino, proszę wracać do domu. Za trzy dni macie umówione kolejne spotkanie, jutro zaraz po śniadaniu zaczniemy się do niego przygotowywać.

niedziela, 23 maja 2021

rozdział 61

    Po rezydencji kręciło się kilkanaście osób. Zmieniono ustawienie mebli w salonie, rozstawiono mocne lampy oraz urządzenia do rejestracji obrazu i dźwięku. Powiedziano im, że redaktorka, której Kalia i Inga udzielą wywiadu, jest z gazety, ale chcą mieć też nagranie całego spotkania, żeby ludzie mogli je zobaczyć. Tym razem Nikka miała nie brać w tym udziału.

    - Ty już się przedstawiłaś światu, teraz wszyscy są ciekawi twoich koleżanek - tłumaczyła jej Kamilla.

    Trzymała się więc na uboczu i z zadowoleniem obserwowała jak Helena próbuje sobie poradzić z Kalią, która urządzała sceny przy czesaniu i wyborze sukni. Dopiero zwabiona odgłosami kłótni Kamilla uspokoiła młodą arystokratkę i namówiła ją do założenia na siebie “tej szmaty, którą u niej w domu wycierałoby się podłogi”. Inga i Nikka wymieniły tylko między sobą porozumiewawcze spojrzenia i nie wtrącały się do tej małej awantury. Owszem, Nikka mogłaby to zakończyć szybko, po prostu kazałaby jej nie wydziwiać i robić, co każą, ale tylko jeśli Helena by o to poprosiła. Współpracownica Hilla jednak tego nie zrobiła, więc straciła na Kalię pół godziny.

    - I jak, Nikka, wyglądam okropnie, prawda? - podsumowała to wszystko Kalia, ubrana już w bladoniebieską krótką suknię z rozkloszowanym dołem i obcisłą górą, umalowana i uczesana.

    - Nie panienko, ty wyglądasz dobrze, to tutejsza moda jest… jaka jest - wokół byli obcy ludzie, więc Nikka grała sterniczkę rodziny Lin-Mollari i bardzo starała się nie wypaść z roli nawet na chwilę. Inga dostała szarą suknię i białą kurtkę z ozdobnymi, wywijanymi na zewnątrz klapami. Również nie była zadowolona z tego stroju, ale nie mówiła o tym głośno.

    Helena Kerbi wyglądała na zaniepokojoną wybuchem gniewu Kalii. To mogło się źle skończyć, więc Nikka poczuła się w obowiązku zainterweniować.

    - Panienka pozwoli, poprawię tu za uchem, chyba warkocz się nieco poluzował… - stwierdziła, po czym nie czekając na odpowiedź podeszła i zajęła się włosami dziewczyny. Z pięknie zaplecionym dobieranym warkoczem wszystko było w porządku, ale była to dobra okazja, by szepnąć jej do ucha kilka słów.

    - Bardzo ładnie ją zdenerwowałaś - zaczęła od żartobliwej pochwały. - Ale teraz proszę, zachowuj się i pamiętaj o wszystkim, co ćwiczyłyśmy.

    - Dobrze Nikka, już chyba wystarczy, nie psujmy tego bardziej - oznajmiła Kalia głośno. Komandor Selino zanotowała sobie w głowie by pochwalić ją później za tę piękną dwuznaczną odpowiedź. Młoda potrafiła być bardzo irytująca, ale nie była głupia.

    Kątem oka Nikka dostrzegła znajomą sylwetkę: do pomieszczenia wszedł Hill. Miała już cichą nadzieję, że się nie zjawi, ale jednak przyszedł. Dobrze, że nie widział tego, co się tu działo parę minut wcześniej, na pewno załatwiłby tę sprawę inaczej.

    Trudno, nie zwracaj na niego uwagi i graj swoją rolę - napomniała się w myślach.

    Poszła zająć wcześniej upatrzone miejsce, w którym nie będzie się rzucać w oczy, a jednocześnie będzie mieć dobry widok na cały ten wywiad. Po drodze, niby mimochodem, zaczepiła Kamillę.

    - Powiedz proszę Helenie, że Kalia będzie się już zachowywać poważnie - przekazała informację praktycznie się nie zatrzymując.

    Teraz wszyscy obserwowali przybycie redaktorki, rudowłosej kobiety nieco młodszej od Kamilli. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to jej nienaturalnie szeroki, nieco przerażający uśmiech. Redaktorka witała się z dziewczynami, panią Pik i panią Kerbi, a Nikka zastanawiała się jak to możliwe, że od tego uśmiechania jeszcze nie pękła jej twarz. Nagle Kamilla odwróciła się w stronę Nikki i wezwała ją do siebie zniecierpliwionym gestem.

    - Słucham, pani Pik? - spytała grzecznie podchodząc bliżej.

    Nie uzyskała odpowiedzi, gdyż redaktorka nagle uścisnęła jej dłoń i zalała potokiem słów w inglisz.

    - To jest Wiwiana Doran, będzie przeprowadzać wywiad, cieszy się, że mogła cię poznać i ubolewa, że nie weźmiesz w nim udziału.

    - Nikka Selino, również miło mi panią poznać. A wywiad, cóż, mam nadzieję, że jeszcze nadarzy się okazja, dziś jest dzień panienki Kalii i pani Warez - uśmiechnęła się do kobiety, przelotnie i z zakłopotaniem. Chciała już odejść, ale Wiwiana uparła się, żeby razem z wszystkimi wysłuchała całego planu nadchodzących wydarzeń. Ze swojego miejsca słyszałaby go prawie tak samo dobrze… To nie ona miała grać główną rolę w tym przedstawieniu, a jedynie dopilnować, żeby wszystko się udało. Chyba zaczynała rozumieć co miał na myśli Hill mówiąc, że w pracy nie lubi zwracać na siebie uwagi.

    Dziewczyny miały łatwiej, właśnie poznały pytania i miały chwilę, by ułożyć sobie w głowie odpowiedzi. Jeszcze tylko ostatnie poprawki świateł, sprawdzenie mikrofonów i tych, jak im tam, kameras, i wreszcie wszystkie cztery zasiadły w fotelach gotowe do rozpoczęcia wywiadu.

    Tymczasem Nikka wróciła na swoją pozycję, skrzyżowała ręce i z lekkim niepokojem czekała na rozwój wydarzeń. Niby wiedziała, że dziewczyny są przygotowane, że pytania pokrywają się z tymi, które ćwiczyły setki razy, ale w końcu ona też była przygotowana do swojego wystąpienia u prezidenta, a i tak dała radę coś spierdolić.

    - Pani Selino - usłyszała cichy głos tuż za sobą. Drgnęła, ale udało się jej powstrzymać nerwowe zerknięcie przez ramię.

    - Panie Hill - odpowiedziała równie cicho.

    - Nie musi pani odchodzić, widzę wszystko dobrze - stwierdził jeszcze i umilkł. Więc planował tu stać cały czas. No tak, był od niej o głowę wyższy, więc mu nie zasłaniała. Ale salon był duży, nie mógł iść gdzieś indziej? Nie czuła się dobrze mając za plecami kogoś, komu nie ufała. Unikała nawet stania tyłem do drzwi i okien, miała w tym zakresie nieprzyjemne doświadczenia zdobyte w trakcie walk w mieście. Za plecami najlepiej mieć solidny mur albo grupę dobrze uzbrojonych i oddanych przyjaciół. Przynajmniej już się więcej nie odzywał, tyle dobrego.

    Uprzedzono wszystkich by zachowali ciszę, no i się zaczęło. Inga dawała radę, była skupiona, może trochę sztywna i nieco nerwowa, ale Nikka to rozumiała, udzielanie takiego wywiadu mogło onieśmielać. Za to Kalia… To był jej żywioł, czuła się jak ryba w morzu: mówiła swobodnie, śmiała się w odpowiednich miejscach, dziewczęco i naturalnie. W pewnym momencie wydawało się nawet, że to ona prowadzi rozmowę. Nikka patrzyła uważnie i starała się zapamiętać jak najwięcej z jej zachowania, mogło się to jej jeszcze przydać.

    Rozpoznała pytanie, po którym miała nastąpić przerwa. Odwróciła się, minęła Hilla, który obrzucił ją pytającym spojrzeniem, i poszła do kuchni. Ustawiła na tacy cztery szklanki, nalała do nich wody z butelki. Po tej dość długiej sesji odpowiadania na pytania w ciepłym świetle lamp dziewczyny na pewno będą spragnione. Przynajmniej Itan nie poszedł za nią. Przez cały czas czuła jego świdrujący wzrok, jakby chciał wywiercić jej dziurę w tyle głowy. Pomyślała, że może teraz stanie gdzieś po drugiej stronie pokoju, ale nie, nie da mu tej satysfakcji. Niech nie myśli, że aż tak się go boi.

    Wróciła z wodą akurat na czas, przerwa właśnie się zaczęła. Teraz musiała sięgnąć pamięcią do odległych wspomnień. Ech, te spokojne dni przed wojną, kiedy to było?... Miała wrażenie, że minęło co najmniej dziesięć lat. Dobra, coś tam pamiętała z lekcji etykiety, najpierw goście, potem gospodarze, od najważniejszych do najmniej ważnych. Podeszła więc do redaktorki i zaproponowała jej napój. Wiwiana spojrzała na nią zaskoczona, ale wzięła szklankę, uśmiechnęła się i powiedziała coś, co zapewne było podziękowaniem. Potem Kamilla, chociaż ona była już praktycznie domowniczką.

    - Pani Pik, proszę, na pewno jest pani gorąco.

    - Dziękuję, nie trzeba było się kłopotać…

    - To nie żaden kłopot, naprawdę - zapewniła ją i poszła do Kalii.

  - Nikka, świetnie, zaschło mi w gardle - zniecierpliwiona dziewczyna wyciągnęła rękę po wodę. Komandor podsunęła jej tacę i ukłoniła się lekko.

    - Bardzo dobrze sobie radzisz panienko, naprawdę - pochwaliła ją cicho.

  - To w sumie dość proste. Jak byłabyś na tylu oficjalnych przyjęciach co ja, to takie rzeczy też przychodziłyby ci naturalnie.

    Nikka przytaknęła i podała ostatnią szklankę Indze, która wstała, by rozprostować nogi.

    - Pani Warez - powiedziała tylko.

    Inga, niby mimochodem, przysunęła się do niej pijąc swoją wodę.

    - Hill cały czas się na ciebie gapi.

    - Żadna mi nowość - westchnęła Nikka. - Ale wiem, dziś robi to nawet bardziej niż zwykle.

    - Może znów będzie czegoś od ciebie chciał.

    - Może… Nie wiem, na razie jeszcze o niczym nie mówił. Czy mogę już zabrać szklankę?

   Przez chwilę Inga wyglądała, jakby miała wybuchnąć śmiechem. Powstrzymała się jednak i spokojnie odstawiła szkło na tacę. Nikka skinęła jej głową i poszła zebrać pozostałe naczynia. Wiwiana spytała ją o coś i poprosiła Kamillę o tłumaczenie.

    - Chce wiedzieć dlaczego to robisz, dlaczego przyniosłaś wodę i dlaczego kłaniasz się Kalii.

    - Pracuję dla rodziny Lin-Mollari, nikt nie zwolnił mnie z obowiązków - wyjaśniła. - No i jeszcze po powrocie chciałabym dostać całą zaległą wypłatę, więc dbam o to, żeby panienka była zadowolona - zakończyła i uśmiechnęła się konspiracyjnie. Redaktorka spojrzała najpierw na nią, potem na młodą arystokratkę, i pokiwała głową ze zrozumieniem. Dobrze, niech jej się wydaje, że je rozgryzła.

    Nie niepokojona przez nikogo więcej wróciła do kuchni, umyła je i wytarła. Słyszała, że tam całe przedstawienie zaczęło się od nowa. Po cichu wróciła do salonu, przecisnęła się obok Hilla i twardo stała na swoim miejscu aż do końca.

poniedziałek, 17 maja 2021

rozdział 60

    Na śniadanie były tosty, jajka i sok pomarańczowy z wczoraj. Hill poganiał dzieciaka, który zrobił się marudny i niespokojny. Chyba zaczął się bać.

    - Dobrze, jeszcze umyjemy zęby i jedziemy. Musimy wstąpić do sklepu, kupić ci jakieś rzeczy - to nie pomogło. Jak, do cholery, go pocieszyć? - Pamiętasz co ci wczoraj obiecałem, Diego? Nic się nie zmieniło, nie zamierzam cię oddać ani porzucić. A moja siostra cię nie zje, ona krzyczy tylko na mnie - uśmiechnął się. Tak, teraz wreszcie chłopiec odpowiedział mu uśmiechem.

    W końcu zeszli do samochodu, o jakieś pół godziny za późno jak na gust Ethana, ale wciąż dysponował odpowiednim zapasem czasu. Zajechali do najbliższego centrum handlowego, gdzie pozwolił Diegowi wybrać ubrania. Dzieciak okazał się zadziwiająco rozsądny, wziął rzeczy praktyczne i nie najdroższe. Hill dorzucił do tego bieliznę i lekką kurtkę, lato latem, ale kurtka zawsze się przyda.

    - Jeszcze ręczniki, jakiś szampon… No i walizka, musimy w coś to spakować - mówił bardziej do siebie niż do młodego pchając wózek przez sklep.

    - Alex… A mogę wziąć sobie piłkę? - usłyszał nagle niepewne pytanie. Zatrzymał się nagle, jeszcze nie przywykł do bycia Alexem.

    - Jasne, nie ma sprawy. Grałeś w szkole?

    Chłopak przytaknął wyjmując z siatkowego kosza piłkę do nogi. Pomacał ją, odrzucił, wziął kolejną, znów pomacał i obejrzał dokładnie. Ta zdawała się spełnić jego oczekiwania, bo trzymał ją w rękach do końca zakupów.

    - Ja w twoim wieku grałem w baseball, a później dużo chodziłem na strzelnicę.

    - Wow, nauczysz mnie strzelać? - to zainteresowało Diega.

    - Pewnie, tylko najpierw musisz trochę urosnąć i nabrać siły, żebyś mógł utrzymać pistolet - Hill znów posłał chłopakowi szeroki uśmiech, po czym poczochrał go po włosach. Młody nie cofnął się, ani nie przestraszył, co było dobrym znakiem.

    Ethan zatrzymał się przy elektronice. Wybrał tanią komórkę i kartę pre-paid. Ileż to razy kupował podobny zestaw… Nigdy jednak nie używał go w ten sposób. Na parkingu uruchomił telefon i zadzwonił do siebie, żeby dzieciak miał jego numer.

    - Proszę, jest twój. Dzwoń do mnie za każdym razem jak będziesz czegoś potrzebować, albo tak po prostu pogadać.

    - Dzięki Alex!

    - Tylko czasem mogę być zajęty w pracy i nie odbiorę - zastrzegł. - Ale oddzwonię jak tylko będę mógł.

    Skończyli zakupy i ruszyli w stronę Reading. Diego cierpliwie znosił podróż, trochę bawił się radiem przeskakując ze stacji na stację, trochę rozmawiał z Hillem, trochę gapił się przez okno. Ustalili, co mogą powiedzieć Alice i jej rodzinie, a co lepiej na razie przemilczeć. Po wyjechaniu z miejskich korków na miejsce zajechali w nieco ponad dwie godziny, głównie dlatego, że Hill nagminnie przekraczał dozwoloną prędkość.

    Dom Alice i Teda Montgomerych nie zmienił się za wiele, no, kwiaty w donicach urosły i zakwitły. Poza tym był tym samym, typowym domem z przedmieść Reading: piętrowy, ceglany, z niewielkim gankiem i dwoma białymi kolumnami. Ethan zaparkował przy krawężniku i zauważył, że siostra wyszła na zewnątrz, by ich przywitać. Nie spieszył się, otworzył dzieciakowi drzwi, potem wyjął z bagażnika jego walizkę. Diego trzymał się blisko i nieśmiało zerkał na Alice. Hill ruszył pierwszy i objął siostrę na powitanie.

    - Dobrze wyglądasz Alex, ćwiczysz? - spytała po wymianie uprzejmości patrząc na jego odsłonięte ramiona. Założył dziś bojówki z demobilu z wzorem pustynnego kamuflażu i dość obcisłą ciemnoszarą koszulkę. Nie dało się nie zauważyć, że był w dobrej formie.

    - Tak, biegam, i jak mam czas to chodzę na siłownię - pominął boks. Chciał odwdzięczyć się jakimś komplementem, ale siostra nie dała mu dojść do słowa.

    - I wreszcie się porządnie ostrzygłeś, wyglądasz jak człowiek. Jeszcze jakbyś zgolił ten zarost do końca…

    - Alice - przerwał jej. - To jest Diego, mój syn. A to Alice Montgomery, twoja ciotka - tę wypowiedź skierował do chłopca.

    - Chodź, pokażę ci twój pokój. A ty nie stój tak, bierz walizkę i nieś ją na górę - warknęła na Ethana, który nie zrobił nic, żeby na takie warknięcie zasłużyć. Posłusznie poszedł za nimi po schodach stwierdzając, że w ten sposób siostra maskowała swoją niepewność.

    Alice i Ted mieli trzech synów, ale w tej chwili w domu mieszkał tylko szesnastoletni Timothy, najmłodszy. Starsi już wyfrunęli z gniazda, więc znalazło się miejsce dla Diega. Hill pamiętał ten pokój, siostra oferowała mu w nim nocleg po pogrzebie ojca.

    - Trzeba cię będzie zapisać do szkoły… Zajmiesz się tym?

    Ethan zamyślił się. Nie miał żadnych dokumentów młodego, musiał coś załatwić. Miał do wyboru dwie drogi: albo uruchomić znajomości i wyrobić mu lewe papiery, albo oficjalnie wystąpić do sądu o uznanie ojcostwa i opiekę. Dla Diega lepsza będzie druga opcja, nie ma co komplikować mu życia jeszcze bardziej.

    - Pewnie, zajmę się - przytaknął. - I tak muszę dopełnić jeszcze kilku formalności.

    - Jeszcze tego nie zrobiłeś? Ja nie wiem co ty sobie wyobrażasz… Diego, zostań tu proszę na chwilę, rozgość się, ja muszę poważnie porozmawiać z twoim ojcem.

    Stanowczo złapała Hilla za łokieć i wyciągnęła go z pokoju. Westchnął w duchu, ale pozwolił się zaprowadzić do jej sypialni. Zamknęła za nimi drzwi i zaczęła przedstawiać swoje pretensje:

    - Czy ty już kompletnie zwariowałeś? Bierzesz to dziecko, mówisz, że jego matka nie żyje, ale jeszcze niczego nie załatwiłeś, prawda? A jeśli on ma rodzinę, która go właśnie szuka? Zastanawiałeś się w ogóle czy to na pewno twój syn? - urwała i patrzyła mu w oczy wyczekując na odpowiedź.

    - Pamiętam jego matkę. Daty też się zgadzają - powiedział cicho. - Alice, zrozum, dowiedziałem się o tym naprawdę niedawno. Diego opowiadał mi, co działo się w jego domu… Jakim domu, mieszkali w przyczepie - uśmiechnął się smutno i wyprostował plecy, by górować nad siostrą, która też była całkiem słusznego wzrostu. - Myślisz, że jakbym wiedział, to bym się nim nie interesował? Nie odwiedzał go, nie wysyłał pieniędzy? Że pozwoliłbym, żeby traktowała go jak śmiecia, a jej kolejni partnerzy się na nim wyżywali?

    Stopniowo podnosił głos i obserwował, jak na jej twarzy maluje się szok i niedowierzanie.

    - Tak naprawdę to dobrze, że Ramona umarła - zakończył ponuro. - Dzięki temu chłopak będzie mieć lepsze życie, co zamierzam mu zapewnić. A ty mi w tym pomożesz?

    - Oczywiście, Alex… - złagodniała. - I przepraszam, nie powinnam na ciebie krzyczeć.

    - W porządku, przecież nie wiedziałaś. Widzisz, myślałem o opiekunce, ale z rodziną będzie mu lepiej. No i po co płacić obcym, wolę te same pieniądze dać tobie.

    Oburzyła się na sugestię zapłaty, ale Ethan wcisnął jej zwitek banknotów. Było tego coś koło siedmiu tysięcy dolarów.

    - Nie wiem na ile to wystarczy, ale jak ci będzie brakować to od razu dzwoń, przywiozę więcej - powiedział zgodnie z prawdą.

    Usłyszeli głosy, oboje spojrzeli w stronę drzwi. Timothy rozmawiał z Diegiem. Dali im chwilę na wzajemne zapoznanie, po czym do nich dołączyli. Ethan zauważył, że walizka chłopca była nietknięta, jakby nie był do końca pewien, czy tu zostanie. Później pomagali przy lunchu. W domu Alice panowała teraz miła, rodzinna atmosfera i Hill przez chwilę żałował, że nie może zostać na dłużej. Pocieszył się myślą, że teraz będzie tu częstym gościem.

    Alice i Timothy zainteresowali się jego pracą. Opowiedział im trochę, oczywiście cały czas twierdząc, że jest tylko konsultantem i zajmuje się jedynie organizacją spotkań Akuryjek z prezydentem.

    - Chciałbym, żebyśmy kiedyś mogli przemieszczać się swobodnie między światami, ich planeta wydaje się być ciekawym miejscem i chętnie bym tam pojechał - zakończył.

    - A co z dzieckiem? Znając ciebie to znikniesz tam na lata - siostrze wrócił już zgryźliwy humor.

    - Może będę mógł wziąć go ze sobą - Diego uśmiechnął się słysząc te słowa. - A jak ty nie będziesz chciała się nim zająć, to jest taka jedna dziewczyna… - nie wiedzieć czemu pomyślał o Nikce.

    - Tak? Możesz ją kiedyś przywieźć na obiad, przedstawić rodzinie - od razu zasugerowała Alice.

    - Nie o to chodzi, ona mnie nienawidzi - sprostował szybko. - Ale myślę, że gdybym poprosił, to by się nim zaopiekowała. Teraz ma na głowie więcej pracy niż ja, więc nawet nie zaczynałem, ale w razie czego… - Czemu w ogóle się tłumaczył?

    - Ty to potrafisz sobie ułożyć relacje z kobietą - podsumowała siostra. Uśmiechnął się do niej, miała całkowitą rację.

    Spojrzał na zegarek; nadchodził czas, by zbierać się do wyjazdu. I tak dziwne było, że nikt jeszcze nie dzwonił i nie kazał mu natychmiast wracać by zażegnać jakiś kryzys. Widocznie Nikka miała dziś dobry dzień.

    - Dziękujemy za lunch, moja droga. Ja niestety muszę jechać - powiedział wstając od stołu. Zabrał Diega na górę, by pomóc mu wreszcie wypakować walizkę, no i by się pożegnać.

    - Wiem, że wolałbyś być ze mną, ale tu też będzie ci dobrze - zaczął rozmowę. Dzieciak tylko na niego popatrzył. W dużych brązowych oczach z łatwością wyczytał, że rzeczywiście chciałby z nim zostać, ale mu ufa i wierzy, że chce dla niego jak najlepiej. - Nie wiem kiedy przyjadę, ale zadzwonię jak tylko uda mi się coś ustalić - obiecał.

    Wyjął portfel i dał młodemu większość pieniędzy, które jeszcze mu tam zostały. Kilkadziesiąt dolarów na pewno wystarczy na tydzień lub dwa, miał zamiar wrócić tu jak najszybciej.

    - Nie mam pojęcia ile kieszonkowego daje się dzieciom - zażartował.

    - Ja też nie, nigdy żadnego nie dostawałem… - Diego powiedział to śmiertelnie poważnie. Hill pomyślał, że młody potrzebuje przytulenia. Nie, inaczej, to on sam chciał go przytulić. Znów poczuł ciepło, a oczy zaczęły szczypać. Czyżby na starość zrobił się sentymentalny?

    Pochylił się i otoczył Diega ramieniem. Przyciągnął go do siebie szepcząc kolejne słowa pocieszenia. Dzieciak nie opierał się, przeciwnie, przylgnął do niego i spróbował objąć w pasie.

    - Na początku będzie ciężko, nowe miejsce, nowi ludzie, ale dasz radę. Jesteś twardy… - żadne dziecko nie powinno przeżywać tego, co Diego. Hill poczuł gniew na myśl o tym, co młody opowiedział mu wczoraj wieczorem. - I pan Reed nad tobą czuwa, więc… - urwał niepewny, co to właściwie oznacza. Przypuszczał jednak, że bóg nie będzie chciał krzywdy osoby, którą dopiero co uratował przed nieciekawym losem.

    Młody tylko kiwał głową, nie powiedział nic. Ethan wyprostował się w końcu i oznajmił, że zadzwoni wieczorem jeśli tylko znajdzie chwilę.

    - No to będę jechać. Odprowadzisz mnie do samochodu? - ku jego zaskoczeniu chłopak odmówił. Chyba nie chciał się żegnać drugi raz pod czujnym spojrzeniem Alice. - No to do zobaczenia Diego, widzimy się za kilka dni.

    - Do zobaczenia Alex.

    Był już na korytarzu i prawie zamknął za sobą drzwi, ale zdążył jeszcze usłyszeć jak Diego mówi cicho, jakby na próbę, jakby tylko chciał sprawdzić, jak te słowa ułożą mu się na języku:

    - Do zobaczenia tato…

    Na dole pożegnał się też z siostrą, która oczywiście próbowała go przekonać, żeby został dłużej. To było niemożliwe, powiedział Helenie, że będzie najpóźniej o piątej, i miał zamiar dotrzymać słowa. Właśnie dochodziła druga, co oznaczało, że i tak może nie zdążyć jeśli zatrzymają go korki. Odmówił uprzejmie i chyba ze trzy razy musiał obiecać, że na pewno zjawi się w ciągu tygodnia, dopiero po tym Alice dała za wygraną i wyszła z nim na ganek.

    - Jeszcze raz dziękuję, ratujesz mi życie.

    - Och, nie ma sprawy, w końcu jesteśmy rodziną - odrzekła. - Zresztą widzę jak Diego na ciebie patrzy, skoczyłby w ogień, gdybyś mu kazał. Dużo czasu razem spędziliście?

    - Siedem lat za mało - odpowiedział wymijająco. Chciał już pójść do samochodu, ale coś mu się przypomniało, coś ważnego. - Alice, musisz mi obiecać jedno - zmienił ton na bardziej stanowczy.

    - Tak?

    - Chodzicie do kościoła, prawda?

    - Może nie co niedzielę, ale tak, staramy się - odpowiedziała. Po jej minie widział, że nie ma pojęcia, dlaczego nagle wyskoczył z takim tematem.

    - Jeśli nie będzie chciał iść z wami, to proszę, nie każ mu tego robić. A jeśli pójdzie, ale nagle będzie chciał wyjść, to mu pozwól. I nie pytaj jeśli nie będzie chciał mówić, dobrze? To naprawdę ważne.

    Nie wyglądała na przekonaną

    - Przecież nic mu się nie stanie jeśli pójdzie z nami wszystkimi pośpiewać psalmy i posłuchać kazania…

    - Alice, nie - przerwał. - Będzie mieszkał u ciebie i rozumiem, że to twój dom, twoje zasady, ma cię słuchać. Ale nie w tej sprawie. Jestem jego ojcem mówię ci, że jeśli nie będzie chciał iść do kościoła, to nie pójdzie.

    Wrócił myślą do momentu, w którym próbował modlić się na pogrzebie. Amarscy bogowie nie przepadali za konkurencją. Nie sądził, że skrzywdzą dziecko, ale nie miał zamiaru ryzykować.

    - Dobrze, jak sobie chcesz - stwierdziła w końcu.

    - Dziękuję. Jesteś kochana - przytulił ją na pożegnanie, po czym wyruszył w drogę powrotną do Waszyngtonu zastanawiając się w jaki sposób poprosić Nikkę o szczerą rozmowę by nie wywołać u niej kolejnego ataku paniki.

wtorek, 11 maja 2021

rozdział 59

    Diego właśnie brał prysznic. Hill zamówił pizzę i podłączył telefon do ładowania. Będzie musiał jeszcze zadzwonić w parę miejsc, w pierwszej kolejności do Heleny, no i do siostry. Co zrobi, jeśli Alice nie będzie chciała przyjąć dzieciaka do siebie? Przecież nie może tu zostać i siedzieć sam w mieszkaniu po kilkanaście godzin. Musi powiedzieć, że młody jest jego, wtedy Alice na pewno się zgodzi.

    Wziął świeży ręcznik i wszedł do łazienki. Chciał obejrzeć chłopca, bo z jego słów wynikało, że nie miał w domu sielanki. I rzeczywiście, przy wycieraniu zauważył sporo siniaków i zadrapań. Część wyglądała jak rezultat zwykłych dziecięcych zabaw, zdarte kolano czy skaleczenie na dłoni może zdarzyć się każdemu. Ale siniaki na ramieniu wyraźnie świadczyły o tym, że ktoś nim szarpnął, i to porządnie. I te równoległe ślady na plecach… Ktoś go bił paskiem albo kijem.

    Zniesmaczony Ethan pokręcił głową z dezaprobatą. Absolutnie nie pochwalał przemocy wobec dzieci. Już przesłuchiwanie Kalii nie było dla niego miłe i chyba nie potrafiłby jej zrobić takich rzeczy jak Nikce. Na szczęście Selino była już kobietą, upartą, honorową, złośliwą i inteligentną kobietą. I jeszcze stukniętą, nie powinien o tym zapominać.

    Uśmiechnął się do tych myśli i zawinął Diega w ręcznik.

    - Poczekaj, przyniosę ci swoją koszulkę, twoje ubranie trzeba uprać - stwierdził i zostawił go na chwilę. Dzieciak stracił już swoją początkową pewność siebie, teraz wydawał się onieśmielony, może nawet trochę przestraszony.

    A więc to teraz mój problem, panie Reed? - pomyślał. - Zostawiasz go na mojej głowie? Dobrze, zajmę się nim jak umiem najlepiej.

    Czy to była modlitwa? Czy tyle wystarczy? Nie znał odpowiedzi, ale musiał założyć, że tak, że uda mu się tym zadowolić boga.

    W jego t-shircie Diego wyglądał jak w szpitalnej koszuli, ale teraz przynajmniej był już czysty, a za chwilę będzie też najedzony. Ethan odebrał pizzę, colę i sok pomarańczowy, które kazał dostawcy kupić po drodze. Miał w domu tylko kawę i alkohol, żaden z tych napoi nie nadawał się dla dziecka. Rozłożył jedzenie na stoliku w salonie, przyniósł z kuchni dwie szklanki.

    - Czego ci nalać?

    - Może coli…

    - Świetny wybór, też wolę colę - pochwalił chłopaka. - Bierz pizzę, zimna nie będzie już taka dobra.

    Zjedli po jednym kawałku i dopiero wtedy Hill zaczął poważną rozmowę.

    - Gdzie mieszkałeś? Ja pochodzę z Reading w Pensylwanii.

    - Odessa, Teksas. A teraz gdzie jesteśmy? - spytał z pełną buzią.

    - W Waszyngtonie, Dystrykt Kolumbii. Nie wiesz gdzie przyjechałeś? - to naprawdę zdziwiło Hilla.

    - Ale… ja tu nie przyjechałem… Wracałem rowerem do domu, bo byłem nad rzeką z kolegami, no i wtedy zatrzymał mnie ten Reed i powiedział, że nie muszę już wracać do domu, i że ty się mną zajmiesz, i że wszystko będzie dobrze..

    Ethan nie chciał przerywać tego słowotoku, pokiwał tylko głową chcąc utwierdzić chłopca w przekonaniu, że już nic mu nie grozi.

    - No i chciał mnie jakby poklepać po plecach i miał taką ciepłą rękę, i jak mnie dotknął to ja już byłem tutaj i widziałem cię na ulicy. Czy on jest kimś w rodzaju czarodzieja? - zakończył niespodziewanym pytaniem.

    Hill przez chwilę milczał, stwierdził jednak, że nie warto kłamać w tej sprawie.

    - Prawie, ale nie do końca. To bóg. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale uratował mi raz życie i… - powróciło do niego tamto wspomnienie. Mrok, ciepło, Nikka i pan Reed, groźny, gniewny i niepowstrzymany.

    - Jezus na obrazach w kościele nie jest przecież rudy - Diego nie zwrócił uwagi na nagłe zawahanie Hilla.

    - Bo to nie Jezus, ani nawet nie chrześcijański bóg. Słyszałeś o tych dziewczynach, które przybyły z innego świata?

    - Mówili o tym w telewizji, ale mama stwierdziła, że to pewnie jakieś oszustwo.

    - Nie Diego, one naprawdę są z innej planety. Naukowcy jeszcze nie wiedzą jak dokładnie się tu znalazły, ale razem z nimi przyszli tu też ich bogowie. Bo jest ich czworo.

    - Skąd wiesz?

    Ech, dzieci. Wszystkie były takie ciekawskie i bezpośrednie? Zupełnie nie umiał z nimi rozmawiać.

    - Pracuję w Departamencie Stanu, rozmawiałem z Nikką Selino przed jej spotkaniem z prezydentem - wyjaśnił Diegowi używając oficjalnej wersji. - Wiesz, nie chcieliśmy dopuścić do jakiś nieporozumień ani konfliktu dyplomatycznego, więc musieliśmy dowiedzieć się jak najwięcej o ich kulturze - dodał mając nadzieję, że młody uzna ten temat za nudny i nie będzie dopytywał.

    - I ona opowiadała ci o jej bogach.

    - Tak, o naszych bogach - poprawił. Wyglądało na to, że Diego też został wybrany i nie będzie mógł tego odrzucić. - Potem, jak już mówiłem, pan Reed mnie uratował.

    - Ekstra, widziałem prawdziwego boga z prawdziwymi mocami! Teleportował mnie jak w Harrym Potterze!

    Chłopiec mógł się ekscytować i miał ku temu powody, w końcu pan Reed rzeczywiście miał prawdziwe moce i nie wahał się z nich korzystać. Hill zastanawiał się, czy użył ich też, by ukarać matkę Diega…

    - Jak się nazywa twoja mama? - w ciemnych oczach młodego pojawił się strach. - Spokojnie, nie wrócisz do niej, obiecuję. Chcę tylko coś sprawdzić - sprostował szybko.

    - Ramona Flores...

    - Dziękuję. Muszę zadzwonić, zaczekaj tutaj - powiedział i wyszedł do sypialni. Wybrał z pamięci numer Lyty, którą poznał w trakcie przymusowego zesłania do Analiz. Oczekując na połączenie zdjął kaburę z pistoletem i schował ją do szafy. Lepiej, żeby dzieciak tego nie widział.

    W końcu odebrała, na szczęście była jeszcze w pracy. Przywitał się, przez naprawdę krótką chwilę wspominali “dawne czasy”, po czym przeszedł do sedna.

    - Moja droga, chciałbym, żebyś coś dla mnie sprawdziła.

    - Wiedziałam! Ethan, ty draniu, wiedziałam, że będziesz czegoś chciał! Tacy jak ty nigdy nie dzwonią, żeby spytać jak minął dzień - zaśmiała się.

    - Ramona Flores, miesza w Odessie w Teksasie.

    - Co z nią? Wpadła ci w oko? - Lyta jak zwykle nie mogła powstrzymać się od głupich komentarzy

    - Najpierw sprawdź mi proszę, czy w ogóle istnieje.

    - Teksas, Odessa… - mamrotała, słyszał też stukanie w klawisze. - Masz tam dwie Ramony Flores, wybierz sobie albo podaj więcej szczegółów.

    - Z biednej dzielnicy, nie więcej niż trzydzieści lat, ma syna o imieniu Diego - uściślił.

    Jeszcze trochę stukania, chwila ciszy w słuchawce.

    - To będzie ta, twoja Ramona ma dwadzieścia siedem lat, mieszka na San Benito Drive, rzeczywiście nie jest to ciekawa okolica. Teraz już dasz radę sam ją znaleźć, czy podać ci jeszcze numer?

    - Dziękuję, obejdzie się. Możesz sprawdzić kto jest ojcem jej dziecka?

    - Uuuu, nieźle nawywijałeś…

    - Może nawywijałem, a może nie - odpowiedział zaczepnie.

    - Wejdziemy tu i powinno być…. Diego Flores, urodzony trzynastego kwietnia dziewięćdziesiątego ósmego roku, ojciec nieznany. Ktoś cię pozywa o alimenty? - zaśmiała się.

    - Szukam dla kolegi - odwdzięczył się suchym żartem. - Powiedz mi jeszcze, czy w okolicy nie było ostatnio żadnego pożaru? - zapytał tknięty nagłym przeczuciem.

    - Ethan, co ty, internetu nie masz? - zachichotała, ale słyszał, że to sprawdza. - Pożar… Skąd wiedziałeś? To świeża sprawa, sprzed dwóch godzin. Spaliła się jej przyczepa.

    - Ofiary śmiertelne? - wszedł jej w słowo.

    - Jedna, prawdopodobnie kobieta, ale w stanie uniemożliwiającym identyfikację. Musisz zaczekać do sekcji.

    Nie musiał. Był pewien, że to ona. Zapewnił Lytę, że jest kochana, strasznie mu pomogła i że następnym razem jak będzie w Nowym Jorku, to wpadnie do niej z kwiatami, po czym rozłączył się i zamyślił. Jak to przekazać młodemu? Najlepiej będzie od razu i bez kombinowania.

    - Diego, twoja mama nie żyje - oświadczył po prostu siadając naprzeciw niego. Spodziewał się niedowierzania, może płaczu, ale napotkał prawie całkowity brak reakcji, jakby chłopak właśnie tego się spodziewał. Skoro tak, to postanowił tego nie roztrząsać. - Proszę opowiedz mi trochę o sobie, im więcej będę wiedział, tym bardziej będę mógł ci pomóc.

    Mówił niechętnie, popijał colę, jadł powoli trzeci kawałek pizzy. Trochę kręcił, ale nie kłamał, i Hill w końcu wyciągnął z niego wszystko. Wyłonił się z tego smutny obrazek pełen strachu, bólu i upokorzeń. Jakim cudem opieka społeczna nie odebrała Ramonie tego dziecka wcześniej? Cud nastąpił dopiero dziś, kiedy sprawą zainteresował się prawdziwy bóg. Ethan musiał przyznać, że jeśli pan Reed będzie częściej robić takie rzeczy, to będzie skłonny polubić go bardziej. Mógłby się co prawda powstrzymać od palenia ludzi...

    - Dobrze Diego, dziękuję, że mi to wszystko opowiedziałeś, ja też będę z tobą szczery. Nie będziesz mógł tu zostać.

    - Ale przecież obiecałeś, że mnie nie oddasz!- krzyknął.

    - Nie o to chodzi, spokojnie. Nie możesz zostać ze mną w tym mieszkaniu - podkreślił. - Dużo pracuję, czasem nie ma mnie w domu całymi dniami, może znów będę musiał wyjechać za granicę… W Reading mieszka moja siostra, ma dom, rodzinę. Zawiozę cię do niej i ustawię sobie grafik tak, żebym mógł cię odwiedzać chociaż raz w tygodniu.

    Diego nie wyglądał na przekonanego. Przynajmniej już nie krzyczał. Hill spróbował z jeszcze innej strony.

    - Słuchaj, sam widziałeś do czego zdolny jest pan Reed. Pomógł ci, przysłał cię do mnie i chce, żebym to ja się tobą zajął, tak? - urwał i poczekał na odpowiedź. Diego przytaknął. - A więc jak myślisz, będzie zadowolony, jeśli go nie posłucham? Jak myślisz, co mi zrobi, jeśli uzna, że nie wypełniam jego woli tak, jakby sobie tego życzył? Zrozum, to jest bóg, z nim nie ma żartów - zakończył i uświadomił sobie, że naprawdę boi się tego, co może się stać, jeśli nie będzie dla tego dzieciaka dość dobry. Musi porozmawiać z Nikką, zdobyć więcej informacji.

    Chłopiec spuścił głowę i chyba też nad tym myślał.

    - A twoja siostra będzie mnie chciała? - spytał w końcu z wahaniem w głosie.

    - Powiemy jej, i w ogóle wszystkim, że jesteś moim synem, dobrze? - uśmiechnął się do niego szczerze, niepewny jak zareaguje.

    - Ekstra! I będę się nazywać Diego Hale?

    - Jeśli chcesz… czemu nie - i w tym momencie Ethan poczuł dziwne ciepło w klatce piersiowej. Chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, że to nie żadne boskie moce, tylko najzwyczajniejsze w świecie wzruszenie.

    Pozostało mu jeszcze wykonać dwa telefony. Jeden do Heleny, która nie była zadowolona, że jutro zostanie sama, ale nie mogła nic na to poradzić. Hill kierował całą operacją i dawało mu to pewne przywileje. Pocieszył swoją partnerkę, że postara się wrócić przed piątą, kiedy to Kalia i Inga miały udzielać wywiadu dziennikarzowi The Washington Post.

    - Powiedz Camilli, żeby zajęła czymś Selino, ją lubi i jej posłucha. A jak będzie się stawiać, to odwołaj się do jej honoru, tylko ostro i konkretnie, bez zbędnego pieprzenia - zasugerował. - Jakby coś się działo, to dzwoń, ja już z nią porozmawiam.

    - Dam sobie radę, dzięki za nic - ucięła i zakończyła rozmowę.

    Drugi telefon był trudniejszy. Alice odebrała po kilku sygnałach i była przekonana, że stało się coś złego.

    - Spokojnie, coś się stało, ale ze mną wszystko w porządku. Tylko widzisz, okazało się, że mam syna, a jego matka nie żyje - wyrzucił z siebie szybko.

    - I co, mam ci pogratulować czy powiedzieć, że jesteś kretynem? Jak to “się okazało”, nie wiedziałeś, że masz dziecko? Ile ono ma lat? - Alice naskoczyła na niego. To go nie dziwiło, nie odzywał się do siostry od pogrzebu ojca, a teraz dzwoni z taką rewelacją… Na pewno już przeczuwała, o co poprosi, i miała prawo być niezadowolona.

    - Siedem. I naprawdę nic nie wiedziałem, nie powiedziała mi o ciąży… A później już się nie spotykaliśmy, byłem w Europie i wiesz, tak się wszystko jakoś potoczyło.

    - Gratuluję powiększenia rodziny - przerwała mu.

    - Alice, to też twoja rodzina.

    - Tak. Tak… I co, teraz spytasz mnie, czy mogę go wziąć do siebie, a ty dalej będziesz latał po świecie?

    Uświadomił sobie, że krąży nerwowo po salonie z telefonem przy uchu, jakby bał się własnej siostry. Przystanął i odetchnął głęboko. Diego patrzył na niego i uważnie słuchał tej rozmowy. Cóż, w końcu tu chodziło o jego przyszłość.

    - Pracuję teraz w Waszyngtonie, zostałem konsultantem w Departamencie Stanu, na razie nigdzie się nie wybieram. Ale masz rację, chciałbym, żebyś się zaopiekowała moim synem. Mógłbym wynająć opiekunkę, ale wiadomo na kogo trafię? Tobie ufam i wiem, że będziesz dla niego dobra.

    - Alex… I pewnie powiesz, że będziesz go odwiedzać, a później znikniesz na rok czy dwa? - jeszcze próbowała ironizować, ale już wiedział, że się zgodzi. Zmieniła ton głosu i wreszcie nazwała go po imieniu. Uśmiechnął się do młodego dając mu znak, że wszystko będzie dobrze.

    - Nie bez uprzedzenia - zastrzegł.

    - Taa, ja już cię znam. Dobrze, pogadam z Tedem i do ciebie oddzwonię. Kiedy chcesz go przywieźć? Pewnie powiesz, że dziś.

    - Tak właściwie to jutro. Raczej rano, popołudniu muszę być w pracy… - starał się brzmieć trochę żałośnie. Czasem Alice widziała w nim jeszcze młodszego braciszka, który potrzebował opieki.

    - Nie zostaniesz na obiedzie?

    - Chętnie, ale to musi być wczesny obiad.

    - Ty i ta twoja praca… Całe życie w pracy, nawet nie zauważyłeś, że masz dziecko.

    - Jutro o tym porozmawiamy, dobrze? Muszę już kończyć, naszykować go do snu, rozumiesz, to dla mnie ciągle nowość.

    Zaśmiała się i życzyła mu powodzenia. Pożegnał się i jeszcze raz wyraził nadzieję, że zobaczą się jutro. Wiedział, że Ted, mąż Alice, nie będzie mieć w tej sprawie za wiele do powiedzenia, jak zresztą w całym ich małżeństwie.

    - Nieładnie jest tak kłamać - odezwał się Diego po tym jak Hill wpiął telefon z powrotem do ładowarki.

    - Wiem, ale czasem trzeba. Nie wydasz mnie, prawda? Ciebie nie będę oszukiwać, obiecuję - skłamał. Nie mógł mówić dzieciakowi wszystkiego, zwłaszcza o rzeczach związanych z pracą.

    Pokręcił się trochę po mieszkaniu. Uprał rzeczy Diega, rozwiesił je. Potem wyprasował koszulę na jutro, naszykował garnitur i schował go do pokrowca. Weźmie go ze sobą, może będzie musiał się przebrać tuż przed pracą. Alice oddzwoniła i kazała mu przywieźć dzieciaka, tak jak podejrzewał. Przyniósł z szafy koc i poduszkę, naszykował młodemu posłanie na kanapie.

    - Przepraszam za to, ale mam tylko jedno łóżko. Wytrzymasz tę noc tutaj?

    - Pewnie… Alex. Mogę tak do ciebie mówić, prawda?

   - Tak, oczywiście - Ethan spojrzał na dzieciaka. Alexander Hale był już dla niego odległą przeszłością, wspomnieniem o normalnym życiu, które nie wróci. A może jednak? Może to dziecko to znak od losu? Nie, od bogów, poprawił się od razu. Potrafiłby jeszcze tak żyć? Szybko odrzucił od siebie tę myśl, wydała mu się niedorzeczna. - No to spróbuj już usnąć, dobrze? Jutro obudzę cię wcześnie.

    Diego przytaknął, wyglądał na zmęczonego. Spod koca wystawała mu tylko rozczochrana głowa. Miał dziś sporo wrażeń jak na siedmiolatka, a i niejeden dorosły byłby tym wszystkim przytłoczony emocjonalnie. Hill odszedł w stronę sypialni, musiał jeszcze schować broń do sejfu, wyjąć trochę gotówki i swoje prawdziwe prawo jazdy, tak by mieć je przy sobie w razie czego. Zatrzymał się jednak w progu i powiedział do młodego:

    - Cieszę się, że pan Reed przysłał cię właśnie do mnie.

    Nie kłamał.




***




Tak, śmiertelniku, dobrze, prawie dobrze.

Jeszcze trochę i nauczysz się prawdziwych modlitw.

poniedziałek, 10 maja 2021

rozdział 58

    Lokal wyglądał jak wyjęty z serialu o zmęczonym życiem detektywie, który po pracy musi się napić. Brakowało tylko dymu papierosowego i smętnej muzyki.

    Przyszedł wcześniej i zamówił sobie piwo przy barze. Nie mieli pszenicznego, tylko te jasne szczyny, jakby to powiedziała Nikka, ale dało się je pić. Zabawne, na telewizorze z wyłączonym głosem właśnie pokazywano fragmenty z jej pierwszej konferencji prasowej. W czerwonej sukience ze spiętymi włosami wyglądała poważnie i oficjalnie jak jakaś urzędniczka. Ktoś włączył napisy dla niesłyszących i Hill widział, że Nikka zaraz przejdzie do tych nieszczęsnych podziękowań.

    Nie chciała o tym rozmawiać ani z nim, ani z Heleną, która w pewnym momencie zaczęła naciskać. Selino zdenerwowała się tak bardzo, że na chwilę porzuciła wszelkie pozory kultury i kazała Helenie się odpierdolić. Zainterweniował wtedy, bo bał się, że dojdzie do rękoczynów, ale Selino szybko się uspokoiła i przeprosiła za wybuch. Potem nawet znów rozmawiała z Heleną, ale o bieżących sprawach, niczym ważnym. Było jasne, że te dwie już się nie zaprzyjaźnią. Jego zdaniem dziewczyna żałowała zmiany treści przemówienia, wyczuł to w upartym milczeniu, jakim obdarzyła go w samochodzie, ale nie miał na to dowodów.

    - Ja pierdolę, Hill, ona tam mówiła o tobie - usłyszał głos Daniela Banksa. Musiał przyjść akurat teraz?

    Stary kumpel z Europy przysiadł się do niego i też zamówił piwo. Ciągle rezydował w Pradze i nie widzieli się już od dłuższego czasu. Zwykle Ethan traktował takie spotkania ze znajomymi wręcz jako przedłużenie pracy konieczne do utrzymania kontaktów i wymiany informacji, ale Daniela naprawdę lubił. Wolałby jednak nie rozmawiać z nim o amarskich dziewczynach, ale teraz nie miał już wyboru, będzie musiał opowiedzieć mu chociaż ogólnie o całej sprawie.

    Poczekali, aż barman się oddali, w telewizorze Nikka nadal odpowiadała na pytania dziennikarzy. Wzruszyła się wspominając zupę i dom… Nabrałby się, gdyby jej nie znał.

    - No stary, jeśli to naprawdę byłeś ty, to wolę nie myśleć jakie były te jej najgorsze chwile - stwierdził Daniel kiedy mogli już swobodnie porozmawiać.

    - Wiesz jak jest… - odparł wieloznacznie. - Niech ci się nie wydaje, że to taka zwykła dziewczynka. Jest twardsza niż się wydaje. I tak w ogóle to miło cię widzieć.

    - I naprawdę pochodzi spoza planety? Wygląda całkiem normalnie - Daniel zignorował powitanie.

- Też na początku nie mogłem w to uwierzyć.

    - Robili testy DNA? Na pewno robili - Banks sam sobie odpowiedział. Hill mu przytaknął.

    - Dalekie pokrewieństwo z mieszkańcami Wschodniej Europy. Zresztą słyszysz jak mówi.

    - Taa, całkiem dobrze ją rozumiem. Ładna sztuka, czemu mi się nie dostała taka sprawa, tylko muszę się ciągle uganiać po Słowacji za jakąś włoską mafią? - narzekał Daniel, a Ethan ukrył uśmiech w kuflu z piwem. Ile to razy żałował już, że to właśnie on był wtedy pod ręką, a potem stwierdzał, że jednak cieszy się, że mógł dowiedzieć się o wszystkim w pierwszej kolejności…

    - Chyba jednak nie chciałbyś się zamienić - powiedział w końcu.

    - Czy ja wiem? Ty sobie z nią poradziłeś, myślę, że ja też bym dał radę.

    Poradził sobie? Nie, wszystkie sukcesy zawdzięczał tylko temu, że Nikka chciała współpracować. Kiedy stawiała opór od razu pojawiały się problemy.

    - Ech Daniel… - westchnął. - Mówiła o zepsutym statku, co nie? Sama go zepsuła, żebyśmy go nie przejęli - zdecydował się wyjawić kumplowi ten szczegół.

    - W takim razie ciekawi mnie, ile z tego pięknego wywiadu było prawdziwe.

    - Prawie wszystko. Ale zdecydowaliśmy, że sporo przemilczy. A ty przyleciałeś do kraju żeby spotkać się z żoną? - zmienił temat dając tym samym znak, że nie chce już rozmawiać o sprawie.

    Posiedzieli w barze jeszcze dwie godziny, bo Banks naprawdę musiał wracać do domu, do żony. Należał do tych absolutnie wyjątkowych pracowników Firmy, którzy potrafili pogodzić pracę w terenie z udanym życiem rodzinnym. Większość była albo po rozwodzie, albo, tak jak Hill, w ogóle nie zawarła małżeństwa.

    Ethan życzył mu wszystkiego dobrego i ruszył wzdłuż ulicy szukać wolnej taksówki. Jak na złość żadnej nie widział. Te cholery zawsze znikały, kiedy były naprawdę potrzebne…

    - Alexander? Alexander Hale? - usłyszał nagle jak ktoś woła go słabym głosem. Kto tu mógł znać jego prawdziwe nazwisko? Nie zdradził go nawet Danielowi, a przecież znali się już z piętnaście lat. Nie zwolnił kroku, udawał, że wciąż rozgląda się za taksówką jednocześnie obserwując teren w szybach mijanych witryn i samochodów. Zauważył tego tajemniczego ktosia niemal od razu, prawie biegł próbując go dogonić i wciąż wykrzykiwał jego imię. Tylko dlaczego był to jakiś obdarty latynoski dzieciak?

    Mógł go zignorować i zniknąć na następnym skrzyżowaniu, ale powodowany ciekawością zatrzymał się i zaczekał. Dzieciak wyhamował tuż przed nim, nie był zdyszany. Miał na sobie nieco znoszoną żółto-zieloną koszulkę piłkarską i wyglądał tak, jakby potrzebował kilku solidnych posiłków.

    - Ty jesteś Alexander Hale - nie spytał, stwierdził. Mówił dobrze po angielsku, więc raczej wychował się w USA. Zresztą jego wygląd sugerował, że jedno z rodziców mogło być białe. - Powiedział, żeby cię znaleźć, i że ty się mną zaopiekujesz.

    - Powoli młody, nie rozumiem o co ci chodzi. Wytłumaczysz mi wszystko po kolei? - zachęcił go do zwierzeń.

    - Bo on mówił, że teraz ty się mną zajmiesz. I że już wszystko będzie dobrze - oczy dzieciaka błyszczały jakby miał gorączkę, ale wyglądał raczej zdrowo. Hill widział już takie zaaferowane, wręcz podniecone spojrzenie - u Nikki, która odwiedziła go w szpitalu i wyjaśniała zasady amarskiej religii. Czyżby byli w to wmieszani jacyś bogowie?… Jeśli tak, to świetnie.

    Mały zaczął zwracać uwagę przechodniów. W sportowych ciuchach i z trochę brudną twarzą nie wyglądał na miejscowego. Hill ustawił się tak, by mieć go po lewej stronie, i zaczął powoli iść. Dzieciak nie odstępował go ani na krok.

    - I to on powiedział ci jak się nazywam? - zapytał. Dzieciak energicznie przytaknął. - A jak ty masz na imię?

    - Diego, Diego Flores.

    - Dobrze Diego, możesz mi coś więcej o nim powiedzieć? Jak się nazywa, jak wygląda?

    - Taki rudy, młodszy od ciebie… Mówił, że z tobą rozmawiał. No i miał oczy takie zielone, jakby świecące. Ale nie wiem jak ma na imię.

    - Pan Reed - odpowiedział odruchowo Hill i dopiero po sekundzie czy dwóch zorientował się, że użył amarskiego słówka. Tak jakoś zawsze o nim myślał, nie lord czy mister, ale pan. - Rozmawiałem z nim raz, wydaje mi się, że wyglądał wtedy trochę inaczej.

    Przeszukał w pamięci wszystkie informacje o amarskich bogach, i tak, pana Reeda przedstawiano w ikonografii jako rudowłosego lub wręcz czerwonowłosego mężczyznę, czasem młodzieńca.

    To byłeś ty, prawda? - pomyślał, ale nie dostał żadnej wyraźnej odpowiedzi. A może odpowiedzią była ta pewność, którą właśnie odczuwał? Nie miał doświadczenia z dziećmi, ale co miał zrobić, przecież nie zlekceważy woli boga. Nawet bez tego nie zostawiłby Diega na ulicy, wezwałby opiekę społeczną albo chociaż zwykły patrol policji.

    - Gdzie są twoi rodzice? - zapytał.

    - Nie wiem kim jest mój tata… A mama… on powiedział, że już nigdy jej nie zobaczę, że już nigdy mnie nie skrzywdzi - w głosie Diega słychać było niespodziewanie mściwe tony. A więc to tak, chłopak sporo przeszedł, chociaż wyglądał na góra siedem, może osiem lat.

    - Chodź, pojedziemy do mojego mieszkania. Nie bój się, nie zrobię ci nic złego.

    - Wiem. Masz się mną opiekować - oświadczył chłopczyk ufnie patrząc Ethanowi w oczy. Razem wsiedli do taksówki, która tym razem zjawiła się niemal natychmiast.

piątek, 7 maja 2021

rozdział 57

    Ktoś z ludzi prezidenta musiał pokierować dyskusją, bo każdy z redaktorów chciał mieć pewność, że Nikka odpowie właśnie jemu. Trwało to długo, o wiele dłużej niż samo przemówienie, ale pytania były przewidywalne. Ćwiczyła je z Hillem aż do porzygu, więc wszystko szło gładko. Zaskoczyło ją tylko jedno, o to, co najbardziej lubi jeść.

    - Moje ulubione danie… To będzie zupa rybna, taka, jaką gotowała moja mama… - musiała przerwać, bo na wspomnienie matki oczy zaszły jej łzami. Czy u Rizy Selino wszystko w porządku? Och na bogów, miała nadzieję, że tak. Proszę was, dajcie jej zdrowie i spokojne życie, pomodliła się w myślach. Wykorzystała tę chwilę słabości, otarła łzę teatralnym gestem, żeby każdy na sali na pewno to zauważył.

    - Przepraszam, czasem po prostu tęsknię za domem - dała głosowi trochę zadrżeć przy ostatnich słowach. Niech zobaczą w niej kogoś, komu można współczuć. - Tutaj jeszcze nie jadłam tak pysznej zupy.

    Spuściła wzrok, pierwszy raz podczas tej przemowy, uśmiechnęła się inaczej, jakby z zakłopotaniem. Następne pytanie nie padło, mężczyzna prowadzący rozmowę powiedział coś głośno. Kamilla nachyliła się do Nikki i szepnęła jej do ucha, że to już koniec na dziś.

    - Dziękuję panu prezidentowi, że pozwolił mi tu przemawiać, dziękuję też państwu, że zechcieliście mnie wysłuchać. Życzę wam wszystkim dobrego dnia - zakończyła i odwróciła się od mównicy zaraz po tym, jak Kamilla skończyła przekładać na inglisz. Razem zeszły ze sceny. Nikka z przyjemnością odnotowała, że tłumaczka objęła ją lekko jedną ręką, jakby miała zamiar ją chronić. Miły gest.

    Rozmawiała jeszcze potem z prezidentem Buszem przy obiedzie, na którym niestety nie podano zupy rybnej, ale jedzenie i tak było wyborne. Poznała jego żonę, miło uśmiechniętą kobietę. Nikka odniosła wrażenie, że wszyscy się tu miło uśmiechają, tak bardzo że musi być to jakoś udawane. Sama udawała, żeby daleko nie szukać… Ich życzliwość i pozorna otwartość sprawiły tylko tyle, że komandor Selino znów postanowiła zachować czujność, a dobry humor opuszczał ją coraz bardziej.

    Dżordż Busz nie zajmował się nią długo, pogratulował udanego wystąpienia, zapowiedział, że następnym razem spotka się też z Kalią i Ingą, a także zadał pytanie, którego się obawiała:

    - Kim jest Itan Hill?

    Teraz nie była już pewna, czy wspominanie o nim było mądre. Uznała to za dobry żart, wypowiedzenie jego nazwiska przed całym światem, podczas gdy Itan tak bardzo nie chciał afiszować się ze swoją pracą… Z drugiej strony prezident najwidoczniej nie był świadomy jego istnienia albo po prostu o nim zapomniał.

    - Można powiedzieć, że pan Hill dba o nasze bezpieczeństwo - odpowiedziała i, generalnie rzecz biorąc, nie było to kłamstwo. - Zna też nasz język, więc to kolejna osoba z którą możemy porozmawiać.

    Po chwili w oczach Busza zaświeciło się zrozumienie. Już pamiętał, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Wrócił do normalnej rozmowy z innymi gośćmi przy stole. Obiad trwał dalej. Nikka skupiła się na utrzymaniu pozorów bycia grzeczną dziewczynką, ale w środku zżerał ją niepokój. Nie powinna tego mówić, teraz widziała to wyraźnie. Wspaniale, teraz będzie mieć nową rzecz do zadręczania się w bezsenne noce, jakby ich jeszcze było mało...

    Spotkanie z prezidentem wreszcie dobiegło końca. Żegnała się automatycznie, z uśmiechem na stałe przyklejonym do twarzy. Dobrze, że obok ciągle była Kamilla, jej obecność podnosiła Nikkę na duchu. Obie zostały wyprowadzone na zewnątrz, gdzie czekało już czarne auto.

    - No to do zobaczenia jutro - powiedziała Kamilla zatrzymując się.

    - Jak to, nie jedziesz ze mną?

    - Nie, dziś nie - zmieszała się. - Mam jeszcze inne obowiązki. Zobacz, tam za płotem redaktorzy czekają na twój wyjazd - zmieniła temat.

    Kamilla nie chciała się tłumaczyć, trudno. Podziękowała jej jeszcze raz i wsiadła do auta przez tylne drzwi, które otworzył przed nią milczący mężczyzna. Obejrzała się jeszcze za swoją tłumaczką, więc nie zauważyła, że w środku już ktoś siedzi i patrzy na nią z tajemniczym uśmieszkiem. Hill. Oczywiście, tylko jego jeszcze brakowało.

    Starała się go ignorować zapinając pas. Hill siedział rozparty wygodnie na siedzeniu, blisko, zdecydowanie zbyt blisko jak na jej gust. Dlaczego nie mógł sterować? Wtedy zająłby się czymś innym i nie poświęcał Nikce całej uwagi. Sterowane przez kogoś innego auto ruszyło i wkrótce opuściło teren Białego Domu. Tuż za ogrodzeniem zostało otoczone przez tłum redaktorów i musiało się przez niego przebijać jak mała łódka przez fale przyboju.

    - Przyzwyczajaj się, pani Selino - mruknął Hill - dziś jest pierwszy dzień twojej sławy.

    Na zewnątrz błysnęło, nie tak mocno jak w czasie burzy - zresztą skąd burza, pogoda była dobra - ale jasno i oślepiająco, jakby ktoś włączył na chwilę mocne światło. Zaskoczona Nikka zamrugała raz i drugi, bo błyski powtarzały się. Dobrze, że szyba pojazdu była przyciemniona.

    - Spokojnie to tylko… robią fotos, znasz to słowo?

    - Nie panie Hill, nie wiem o co chodzi.

    - Pokazywałem ci… Pokazywałem już pani jedno foto, to z rozbitą Mewą. Robi się je specjalnymi urządzeniami, o właśnie takimi, jakie mają ci ludzie - wskazał ręką za okno. Rzeczywiście niektórzy redaktorzy mieli w dłoniach czarne przedmioty z soczewką przypominającą grubą i wyjątkowo krótką lunetę. Kolejny sprzęt związany z rejestracją obrazu, zapisała sobie to w pamięci.

    - Myślałam, że to świetnie namalowany obrazek - przyznała. Tymczasem była to jakaś interesująca tutejsza technologia.

    - Foto, pikczer... coś w tym jest, czasem je tak nazywamy.

    Auto wreszcie wyjechało na większą ulicę i zaczęło toczyć się nieco szybciej. Nikka nie chciała wdawać się w rozmowę z Itanem. Czyżby nie słyszał jej przemówienia? Może nie chciał go teraz komentować? Albo odkładał swoje sarkastyczne uwagi na później, co byłoby chyba najgorsze.

    Nie będę o nic pytać ani tym bardziej przepraszać - postanowiła, po czym wbiła wzrok w szybę i próbowała skupić się na ruchu ulicznym.

    - Wydaje mi się pani bardziej zdenerwowana niż rano, a przecież jest już po wszystkim - Hill w końcu przerwał milczenie. Nie zamierzała odpowiadać, spojrzała na niego gniewnie, chcąc wyrazić tym coś w stylu: “Co to za bzdury!”. Wiedziała, że się nie nabierze.

    Mężczyzna przekręcił się nieco w jej stronę. Uśmiechał się drwiąco. Bez wątpienia chciał ją sprowokować do odpowiedzi, więc uparcie milczała. Zdawała sobie sprawę, że gdyby pozwoliła sobie teraz na wymianę zdań, zakończyłaby się ona w najlepszym wypadku kłótnią, w najgorszym - atakiem paniki.

    - Musiałaś mi dowalić, prawda Nikka? - próbował jeszcze. Przymknęła oczy i odetchnęła kilka razy głęboko, żeby się uspokoić. Popełniła błąd, ale to już przeszłość, nie zmieni jej. Walka trwa, a ona przecież walczy do końca. Zresztą co miała mu powiedzieć? Że zrobiła to tylko dlatego, że nie poszedł z nią i nie pochwalił jej nowej fryzury?...

    Hill dał sobie spokój i teraz już oboje milczeli aż do końca podróży. Pod bramą stwierdził, że teraz redaktorzy znają już ich miejsce zamieszkania, więc tym bardziej ważne jest, aby nie podchodziły do ogrodzenia ani nie próbowały nawiązywać z nimi kontaktu na własną rękę. Wrócił przy tym do normalnego tonu, więc odpowiedziała krótkim żołnierskim:

    - Przyjęłam.

   W środku Kalia i Inga niemalże się na nią rzuciły, spragnione relacji z pierwszej ręki. Najpierw Nikka zdjęła z nóg te niewygodne buty, dopiero potem padła na fotel i stwierdziła:

    - Nie jestem zadowolona, mogło mi pójść lepiej.

    - No co ty, pani Helena włączyła nam radio, słuchałyśmy cię i było świetnie - Inga się z nią nie zgadzała.

    - Nie mówię, że było źle, tylko że mogło być lepiej - spojrzała znacząco na Helenę i Itana pogrążonych w rozmowie. Inga też się na nich obejrzała.

    - Nie teraz, co? - wykazała się zrozumieniem.

   - Dokładnie, wolałabym tego przy nich nie roztrząsać. Po tym całym przemówieniu prezident zaprosił mnie na obiad. Ma bardzo dobrego kucharza - opowiedziała koleżankom o jedzeniu, dziwnym owalnym gabinecie Busza, redaktorach i prośbie Hilla, by nie zbliżać się do płotu.

  - Panienka Lin-Mollari… Dziwnie mi to brzmiało chyba się odzwyczaiłam - stwierdziła Kalia nawiązując do tego, jak nazywała ją Nikka w swojej mowie.

   - Ale przecież nią jesteś. No chyba że zaraziłaś się ode mnie rewolucyjnymi poglądami i tytuł przestał ci się podobać - zaśmiała się Nikka.

    - A ty jesteś pani komandor Selino, ale nie mogę tak na ciebie mówić.

    - Tutaj możesz, ale na zewnątrz…

    - Tak tak, pamiętam, jesteś moją sterniczką i nie masz nic wspólnego z wojskiem.

    - Jeszcze będziecie się tytułować do woli, w domu - przerwała im Inga z taką pewnością w głosie, że Nikce od razu poprawił się humor.

wtorek, 4 maja 2021

rozdział 56

    Oczywiście, że będzie dobrze, już ja o to zadbam - pomyślała Nikka. Przytakiwała Kamilii bo wyglądało na to, że to ona denerwuje się bardziej i potrzebuje pocieszenia. Potem pożegnały fryzjerkę, która szykowała się do wyjścia. W końcu do pokoju wszedł jeden z mężczyzn, który wcześniej był z Kamillą na zewnątrz, i oznajmił, że nadszedł odpowiedni czas.

    Wyszła na korytarz, rozejrzała się dyskretnie. No tak, Itana dalej nie ma. Poczuła złość. Kto jak kto, ale on powinien ją teraz zobaczyć. Przyszło jej do głowy coś bardzo głupiego, nie mogła powstrzymać uśmiechu.

    Nieważne, teraz praca, opanuj się - musiała upomnieć się kolejny raz. Cóż, głupkowaty nastrój nie chciał jej opuścić.

    Korytarz nie był długi i już po chwili ktoś otworzył przed nią drzwi do gabinetu prezidenta. Poznała pana Busza od razu, nie zmienił się od jesieni. Nadal miał przyjazną, szczerą twarz, ale już dobrze wiedziała, że to tylko pozory.

    Za to sam gabinet wydał się Nikce jedną z najbardziej osobliwych rzeczy, które widziała na Erf. W środku normalnej, prostokątnej rezydencji ktoś obdarzony dziwaczną wyobraźnią postanowił bowiem wybudować okrągły pokój. Może nie okrągły, bardziej owalny czy tam eliptyczny, ale wciąż było to bardzo nietypowe. Gabinet został urządzony ze smakiem, w przyjemnych odcieniach błękitu i żółci. Prezident wyszedł zza pokaźnych rozmiarów biurka i skierował się w stronę dwóch kanap stojących naprzeciw siebie na środku. Przywitał się najpierw z Nikką, potem z Kamillą, dokładnie tak, jak wtedy na hali, skinieniem głowy i uściskiem dłoni.

    - Pan prezident cię pozdrawia i pyta, czy wszystko dobrze - usłyszała tłumaczenie Kamilli, która trzymała się blisko. 

    - Tak, oczywiście, wszystko jest w jak najlepszym porządku - odpowiedziała. Chciałaby dodać, że oprócz tych wszystkich rzeczy, króre są dalekie od bycia w porządku, ale to nie był czas na żarty. 

    Poprosił, by usiadły, sam zajął miejsce na jednej kanapie. Nikka przycupnęła na brzegu siedzenia dokładnie na przeciwko niego. Zapadła się odrobinę, było miękko. Przez chwilę nie wiedziała, co zrobić z nogami, w końcu złączyła je i przechyliła kolana trochę w bok. Trzymała się prosto, chociaż prezident rozsiadł się wygodnie jakby nie zamierzał przestrzegać żadnej etykiety. Kilkoro ludzi z jego otoczenia również weszło do pokoju, ale trzymali się na uboczu, by dać im iluzję prywatnej rozmowy. 

    Prezident przez chwilę milczał przypatrując się jej uważnie. 

    - Cieszę się, że jesteś cała i zdrowa, Nikka - zaczął w końcu. A ona o mało nie wybuchła gniewem.

    Och, jakbyś nie kazał mnie wcześniej skrzywdzić, cholerny hipokryto - żachnęła się w myślach. Prawa dłoń już drgnęła, chcąc już zacisnąć się w pięść, paznokcie chciały wbić się w ciało tuż przy nasadzie kciuka, ale opanowała te odruchy.

    - Dziękuję, naprawdę nic mi nie jest - uśmiechnęła się grzecznie. 

    - Dobrze, bardzo dobrze. Jesteście zadowolone z nowego domu?

    - Oczywiście, jest ładny i wygodny - postanowiła mówić krótko i tylko odpowiadać na zadawane pytania. To w gruncie rzeczy nie było trudne, przypominało rozmowy z nauczycielami i dyrektorką szkoły.

    - Nikka - nachylił się do niej. - Powiedziano mi, że rozumiesz, że to poważna sytuacja i że całkowicie świadomie zgodziłaś się na współpracę, tak?

    - Tak, mister prezident. Wiem, co mam zrobić. 

    Nie wyglądał na całkowicie uspokojonego, wciąż patrzył na nią, jakby szukał oznak kłamstwa. Czy był sens wspominać mu o honorze, skoro nawet Hill tego do końca nie rozumiał, a przecież znał ją już dobrze? Nie, to nie podziała.

    - Za chwilę wyjdę i ogłoszę wszystkim na Erf, że istnieje inny świat, a ty wyjdziesz po mnie i to potwierdzisz. Zdajesz sobie sprawę, że nie możesz tego zepsuć?

    Ech to tłumaczenie… Kamilla była kochana, ale Nikka wyczuwała, że teraz za słowami Busza kryło się więcej treści, więcej przekazu, który gdzieś jej umykał.

    - Mister prezident - zaczęła powoli, lecz stanowczo. - Od samego początku chcę tylko wrócić do domu, nic więcej. Chcę wrócić i odstawić swoje przyjaciółki do ich rodzin. Widziałam drugi statek, który przeleciał na waszą stronę i myślę, że przejście do nas to tylko kwestia czasu. Wiem, że współpraca to nasza jedyna szansa, i zrobię wszystko, żeby się dobrze układała. A pan chyba już wie do czego jestem zdolna, gdy się na coś uprę - zakończyła trochę mocniej, odczekała, aż Kamilla przetłumaczy.   

    Wysłuchał wszystkiego, pokiwał głową. Nie potwierdził żadnego z jej domysłów, ale tym się akurat nie przejęła. Znów zaczęła czuć, że wróci do domu, prędzej czy później, i było to bardzo pokrzepiające. Dżordż Busz przez chwilę milczał, po czym zadał kolejne pytanie.

    - Powiedziano mi też, że znasz króla. I że król może mieć wobec ciebie dług wdzięczności. Czy będziesz mogła to jakoś wykorzystać, żeby pomóc w nawiązaniu współpracy między mną a nim? 

    Czy na tym świecie nikt nie wie, kim właściwie jest król i na czym polega monarchia? - mogłaby spytać, ale to nie byłoby zbyt grzeczne. Co ten prezident sobie myślał? Że pójdzie do Mertina i powie mu “Ej, tu jest taka Amerika w innym świecie, weź no się z nimi dogadaj”? 

    - Nie mogę się wypowiadać w imieniu króla, ale obiecuję że w kwestii współpracy pomiędzy naszymi krajami zrobię wszystko, co będę mogła - wolała nie dopowiadać, że prawdopodobnie nie będzie to zbyt wiele.

    Znów kiwał głową słuchając tłumaczenia. Nie zezłościł się ani nie rozgniewał, to był zdecydowanie dobry znak. Nikka trochę się rozluźniła. Potem pytał jeszcze, czy jest przygotowana do wystąpienia i czy się denerwuje.

    - Kto by się trochę nie bał występować przed całą planetą? Oczywiście, że się denerwuję, ale ćwiczyłam to tyle razy, że mogłabym chyba przemawiać obudzona w środku nocy - zażartowała. Prezident uśmiechnął się, szczerze lub nie, nieważne, odpowiedziała podobnym uśmiechem. Jak dotąd wszystko szło dobrze.

    - W takim razie będziemy zaczynać - wstał, więc Nikka też się podniosła. Wyszli z tego dziwacznego pokoju. Podążyli korytarzem, prezident wszedł do jakiejś sali, jej polecono zaczekać w innym miejscu.

    - Nie mów za szybko i czekaj, aż skończę tłumaczenie - przypomniała Kamilla.

    - Tak, dokładnie tak, jak ćwiczyłyśmy - posłała jej uspokajające spojrzenie.  

    Oczekiwanie się przedłużało. Nikka zachowała spokój, przecież wszystko będzie dobrze. Kiedy wreszcie nadeszła ich kolej, była gotowa.

    Przejście pomiędzy gapiącymi się na nią mniej lub bardziej ludźmi, korytarz, ktoś otwiera przed nią drzwi. Wchodzi, Kamila idzie tuż obok. Sala jest mała, o wiele mniejsza, niż się spodziewała. Wystrój ciemny, granatowy, na ścianie biało-czerwono-niebieskie amerikańskie flagi, pomiędzy nimi obraz z tą rezydencją, Białym Domem. Prezident czeka przy mównicy, zapraszająco wyciąga rękę w jej stronę. Podchodzi, staje twarzą do zgromadzonych, na razie jeszcze nic nie mówi. Białe światła rażą, ale trzyma się prosto, stara się nie mrużyć oczu. Widzi redaktorów, są tam, niewyraźne postaci skryte w półmroku - a może tak się jej tylko wydaje, bo światła są naprawdę jasne? Busz jeszcze nie skończył, czeka więc. Prezident odpowiada na pytanie z sali, potem na kolejne, wreszcie ustępuje jej miejsca. Widzi, że na mównicy leży dokładna kopia jej przemówienia, rozpoznaje swoje pismo. Nie będzie czytać z kartki, podnosi wzrok, bierze głęboki oddech i zaczyna:

    - Nazywam się Nikka Selino i pochodzę z Królestwa Akurii ze świata, który nazywamy Amar.

    Potem szło już gładko. Po kolei odhaczała tematy, mówiła o sobie i dziewczynach, o przejściu tutaj, chorobie i pobycie w szpitalu. Z grubsza opowiedziała o życiu w Akurii przenosząc swoje doświadczenia z Port Albis do Ellis. Oczywiście nie zapomniała robić przerw dla Kamilli i jej tłumaczenia. Wyraziła nadzieję, że Akurię i Amerikę połączy udana współpraca. Nikt nie przerywał, redaktorzy słuchali bardzo uważnie. Nie miała problemu z wyobrażeniem sobie, że jest najważniejsza na sali, bo w tej chwili tak właśnie było. Skłamałaby, gdyby powiedziała, że to się jej nie podobało. 

    Nikka zbliżała się już do końca, teraz nadszedł czas na podziękowania, które sama dopisała. Postanowiła je nieco zmodyfikować. Żeby pokazać, że nie będzie bezkrytycznie wypełniać wszystkich poleceń Amerikanów, ale przede wszystkim dlatego, że miała wielką ochotę to zrobić.

    - Chciałabym jeszcze podziękować całemu personelowi szpitala, który się nami zajmował, dzięki wam ja i pani Inga doszłyśmy do zdrowia - niby mimochodem położyła dłoń na mostku, jakby naszło ją wspomnienie bólu płuc. - Dziękuję też bardzo serdecznie naszym tłumaczom, bez których osiągnięcie porozumienia nie byłoby tak łatwe, obecnej tutaj pani Kamilli Pik i panu Erikowi Czenowi, a także panu Itanowi Hillowi, który był przy mnie w najcięższych chwilach - starała się nie zmienić wyrazu twarzy, chociaż miała ochotę uśmiechnąć się szeroko i szczerze. Poczekała na nieco zdezorientowaną Kamillę, po czym oznajmiła, że teraz odpowie na kilka pytań i oparła ręce o pulpit przed sobą, jakby chciała wziąć go w posiadanie. Sala eksplodowała wrzawą.

rozdział 80

     Ostatnia godzina minęła nie wiadomo kiedy. Potem Nikka nie za bardzo pamiętała ten czas, czuła się podekscytowana i zdenerwowana jednoc...