wtorek, 29 grudnia 2020

rozdział 22

    Tym cywilom to się już całkowicie w dupach poprzewracało - pomyślał Hill, kiedy ta Peake wyjaśniła mu telefonicznie, o co jej chodzi. Odesłał ją do pułkownika, sam nie miał teraz czasu na pierdoły. Niestety jego przewidywania się sprawdziły i cyrk jednak przyjeżdża do miasta. Na razie dostał kategoryczny zakaz zbliżania się do dziewczyn, ale miał być obecny w trakcie samej wizyty prezydenta, razem z samym zastępcą dyrektora Firmy. Słyszał pogłoski o dwóch możliwych scenariuszach wydarzeń: były naciski, by ujawnić obecność dziewczyn opinii publicznej, pokazywać je w telewizji, udawać przyjaciół i w ten sposób wywrzeć na nie presję, by wreszcie zaczęły współpracować. Drugi, ku któremu sam skłaniał się od samego początku, oznaczał rozwiązanie siłowe. Firma wyśle jego lub kogoś mu podobnego, wystarczy kilka dni i wszystko będzie jasne.

    Z jakiegoś powodu chciałby załatwić tę sprawę osobiście. Trochę o tym myślał i stwierdził, że chodzi mu o Nikę. Ta dziewczyna w jakiś sposób go fascynowała. I jeszcze ta cała afera z jej niewrażliwością na chemię i dziwną postacią na filmie… Byłoby mu przykro, gdyby teraz go odsunęli. Na szczęście raczej nie było takiej możliwości, był już uważany za eksperta. Czas, który pozostał do przyjazdu prezydenta, wykorzystywał na studiowanie notatek Peake i Chena, oglądaniu nagrań z hali i szlifowanie języka dziewczyn. Jeśli w życie wejdzie wariant numer dwa, żaden cywilny tłumacz nie będzie mu już do niczego potrzebny.

***

    Osiem dni, tyle minęło pomiędzy ostatnią wizytą Kamilli a przyjazdem prezidenta. Oczywiście tłumaczka nie wywalczyła dla nich ani spacerów, ani żadnej innej poprawy, co dla Nikki było jasne od samego początku.

    Teraz odwiedzał je tylko Erik, czasem sam, czasem w towarzystwie milczącego kolonela Margaretiego. Znów mówił im o zasadach i protokole, po kilka razy, dla pewności. Nie dostały jednak żadnych oficjalnych ubrań, a to nie był dobry znak. Nikka od razu pomyślała, że wygląda to tak, jakby rządzący Ameriką chcieli zachować ich obecność w sekrecie. 

    Stroje, które tutaj dostały, oczywiście były lepsze od więziennych kombinezonów, w których przybyły: wygodne, dość ciepłe i regularnie zabierane do prania. Ale wciąż wyglądały podobnie do odzieży, jaką w Akurii zakładano do pracy, czy to w polu, czy to w porcie. Kamilla nosiła się zupełnie inaczej, a jej styl, choć trochę dziwny, wyglądał elegancko. Wieczorem, kiedy goście już sobie poszli, poruszyły ten temat.

    - Będziemy wyglądać jakbyśmy dopiero co wróciły ze żniw, no trudno - podsumowała Inga całą dyskusję. - Przecież nie zrobimy sobie sukien z prześcieradeł.

    - Przynajmniej nie śmierdzimy rybami - parsknęła Kalia, a Nikka gorliwie jej przytaknęła. Mimo, że od zawsze kręciła się po porcie i pomagała matce przy rybach, to nienawidziła ich zapachu. 

    - Gdyby zależało im, żebyśmy wyglądały przyzwoicie, to przynieśliby nam coś przyzwoitego - dodała. - Ja tam bym może coś umiała uszyć z prześcieradła, ale na pewno nie przez jedną noc, więc zapomnijmy o pięknych sukniach.

    - Biały i tak wyszedł z mody - westchnęła Kalia, po czym roześmiały się razem, głośno i szczerze. Na wszystkich bogów, tego właśnie potrzebowały: odrobiny rozluźnienia i zapomnienia przed niepewnym jutrem.

piątek, 25 grudnia 2020

rozdział 21

    Kamilla wyglądała lepiej, jakby miała za sobą kilka solidnych posiłków i dobrze przespanych nocy. Tłumaczyła właśnie dziewczynom, że Amerika nie ma króla, lecz prezidenta, który jest wybierany na cztery lata przez wszystkich obywateli. Wszystkie trzy zgodnie uznały ten pomysł za niedorzeczny. Co prawda podobne systemy funkcjonowały w niektórych koloniach na Wielkiej Kordylierze, ale dotyczyły niewielkich osad, nie zaś dużego państwa, jakim wydawała się być ta cała Amerika. Nawet tam jednak przywódca był zazwyczaj wybierany dożywotnio. Na Amarze traktowano je jako swego rodzaju eksperyment społeczny, którego żadne z królestw nie miało zamiaru wprowadzać w życie u siebie. Cóż, tutaj widocznie to jakoś działało.

    Nieważne co sądziły na ten temat, odwiedziny tutejszego przywódcy i tak były dla nich zaszczytem. Nikka uznała to za dobry znak - być może po czymś takim nie będą skłonni ich tak po prostu pozabijać. Była ciekawa, czy Inga też myśli podobnie, ale oczywiście teraz nie mogły o tym otwarcie porozmawiać. Słuchała więc Kamilli objaśniającej im tutejsze zasady etykiety. Były proste: na przywitanie podajemy presidentowi rękę, uśmiechamy się ładnie i nie sprawiamy kłopotów. Żadnego kłaniania się czy klękania. Kalia je wyśmiała.

    - Zero klasy, zero elegancji. To jakby się witać z kolegą w szkole, nie z przywódcą - marudziła.

    Nikka powstrzymała się przed obśmianiem jej arystokratycznego pochodzenia. Młoda wydawała się być nieco przewrażliwiona na tym punkcie, nie warto było psuć z nią relacji dla głupiego żartu. Zamiast tego zapewniła Kamillę, że wszystko zrozumiały i będą stosować się do tych zasad.

    Dziewczyny miały też problem z zapamiętaniem imienia prezidenta. Nazwisko miał proste, będąc złośliwym można było je uznać wręcz za prostackie: Busz. Ale imię? Żorż? Dżordż? Ta druga wersja brzmiała podobniej do tego, co mówiła Kamilla, ale i tak nie chciało się to im układać na językach. Ta amerikańska mowa często brzmiała tak, jakby się człowiek porządnie upił i próbował coś wybełkotać. 

    - Mister prezident Dżordż Busz - powtarzała sobie Inga pełny tytuł i nazwisko, żeby jak najlepiej je sobie przyswoić. 

    - Tobie to chyba wychodzi najlepiej, brzmisz tak jakoś melodyjnie - pochwaliła ją Nikka. Ta tylko się roześmiała.

    - Dziewięć lat śpiewania w szkolnym chórze w końcu na coś się przydało - stwierdziła.

    - Śpiewałaś? Super, mi nigdy to nie wychodziło najlepiej.

    Na dowód tego Nikka zaczęła nucić Nad strumykiem rosną brzozy, starą piosenkę, którą w Akurii znał chyba każdy. Inga szybko zamachała rękami każąc jej przestać.

    - Hmm, nazwanie tego wykonania dobrym byłoby przesadzonym komplementem ocierającym się o kłamstwo.

    - Czymś w stylu: “Świetnie wyglądasz kochanie, ta suknia wcale cię nie pogrubia” - Nikka kontynuowała żart, gdyż doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich wokalnych niedostatków.

Nad strumykiem rosną brzozy 
zielone
Na pagórku kwitną maki
czerwone
Moja droga dziś wypływam 
na morze
Tęsknij za mną, czekaj na mnie
we dworze

    W wykonaniu Ingi nawet ta prosta piosenka miała dużo uroku.

Tyle dni i tyle nocy 
bez ciebie
Sam jako ten księżyc lśniący 
na niebie
Będę patrzył nocą w gwiazdy
błyszczące
Lecz tyś dla mnie najpiękniejsza
jak słońce

    Do szybszego refrenu dołączyła Kalia, śpiewanie szło jej całkiem znośnie, choć nie aż tak dobrze, jak Indze.

Już niedługo zobaczymy się
Już niedługo, tylko o tym śnię
Będę patrzeć w modre oczy twe
Już na zawsze, tylko tego chcę

    - I tak wolę Wzlećmy na skrzydłach naszej miłości - stwierdziła później Kalia, ale Nikce się tam podobało.

    - Moi koledzy - odruchowo chciała powiedzieć “z oddziału”, ale ugryzła się w język w ostatniej chwili - z portu wymyślali mnóstwo piosenek ośmieszających Murkey, na te melodie, i na inne, ale nie będę się teraz kompromitować i próbować tego zaśpiewać.

    - U nas w Ellis było tak samo, pisaliśmy też hasła na murach, i takie tam - Inga uśmiechnęła się do wspomnień.

    Kamilla bardzo zainteresowała się akuryjskimi piosenkami i przez następną godzinę Inga śpiewała jej różne przeboje, od starych Gdy na morzu sztorm i W bój kamraci, sztandar czas wznieść pamiętających jeszcze czasy, kiedy Akuria miała kolonie na Południowym Archipelagu, po całkiem nowe Białe żagle, Ty, ja i nasz nowy dom, oraz bardzo szybkie i trudne do zaśpiewania Zostanę z tobą, mała. Tłumaczka gorączkowo zapisywała słowa piosenek i raz po raz kazała powtarzać sobie poszczególne zwrotki. Indze śpiewanie sprawiało widoczną przyjemność, a i Kalia z Nikką też się dobrze bawiły.

    Potem wróciły jeszcze do wizyty prezidenta.

    - To kiedy dokładnie mamy się spodziewać tego zaszczytu? - dopytywała Nikka.

    - A wiecie, że mi nie powiedzieli? Hill się tym zajmuje, a nie mam z nim kontaktu ostatnio… Za jakieś pięć, może siedem dni. Naprawdę nie mogę wam powiedzieć nic konkretnego, bo nie wiem.

    - Nic się nie dzieje, my się przecież stąd nigdzie nie ruszamy - Nikka włożyła w to zdanie tyle sarkazmu, ile tylko się dało. 

    - Nie wypuszczają was? Nawet na spacery? - Kamilla zniżyła głos, jakby chciała przejść do konspiracji.

    - Spacery? Jakie spacery, okna nam nawet zasłonili, żebyśmy nie widziały co jest na zewnątrz - prychnęła Kalia. - Koleżanka miała rację, siedzimy tu jak w więzieniu - dodała, wskazując na Nikkę.

    - Nie, nie, tak nie może być, ja nie będę brać udziału w czymś takim… - wymamrotała tłumaczka, po czym przeprosiła dziewczyny i wyszła. Była bardzo wzburzona.

    - No, może załatwi dla nas coś fajnego - podsumowała Kalia, ale Nikka była bardziej sceptyczna.

    - Będzie się starać, ale zobaczycie, nikt jej nie posłucha. I tak traktują nas tu całkiem znośnie.

    Opowiedziała im trochę o pobycie w kopalni, który teraz jawił jej się jak wpół zapomniany już koszmar. Pobudka bladym świtem, cienka zupa i kawałek chleba, i pod ziemię. Oczywiście praca więźniów była mało wydajna i Murkey wydobyliby więcej tellarium płacąc odpowiednio dotychczasowym górnikom, ale chodziło im o coś innego, o pokazanie, że to teraz oni, w swoim mniemaniu pokrzywdzeni i pogardzani przez bogatych Akuryjczyków, są górą, i wreszcie zmuszają ich do ciężkiej pracy, której jakoby mieli nie znać. Każdego, który tak twierdził, Nikka miała ochotę zapytać, czy kiedykolwiek nosił kosze pełne ryb po śliskich portowych uliczkach, razem z matką rozstawiał stragan, potem biegł na prom, by nie spóźnić się do szkoły, tam starał się nauczyć jak najwięcej, a popołudniami znowu wracał na stragan, zmieniał matkę, i dodatkowo wieczorem jeszcze zwijał cały interes, ale nie chciała się narażać na kopniaki i odebranie obiadu, który nawiasem mówiąc, nie był wcale jakiś nadzwyczajny. Starała się pracować wolno i oszczędzać energię, ale nadzorcy byli czujni i potrafili popędzić tak, że na jakiś czas odechciewało się symulowania. Ogólnie pracowali dwanaście, czternaście, a nawet piętnaście godzin dziennie i osoby nieprzyzwyczajone do wysiłku rzeczywiście miały tam bardzo ciężko. Tych, którzy zapadali na zdrowiu, zabierano i nigdy więcej już nie wracali. Nikka nie miała wątpliwości co się z nimi działo. W swoich barakach nie słyszeli strzałów, ale na pewno gdzieś w lasach otaczających tę i inne kopalnie po wojnie znajdzie się wiele masowych grobów. 

    Jednak musiała przyznać, że nie widziała, by zabijali ludzi tylko dla własnej rozrywki. Owszem, pozbywali się chorych i bez żadnych oporów strzelali do uciekinierów, łatwo można było też dostać w twarz za opieszałość czy rzekome krzywe spojrzenie, ale ich propaganda głosiła, że są tu, by maksymalnie wykorzystać Akurię i jak najbardziej się tu wzbogacić. A z martwych Akuryjczyków będą raczej marni robotnicy. Wyjątkiem byli buntownicy i członkowie Armii Wyzwoleńczej, dla nich nie było litości. Przed egzekucją dawano im jednak namiastkę sprawiedliwości i proces, chociaż wyrok był już z góry ustalony. Dlatego torturowali Ingę, żeby przyznała się do przynależności do Armii, i dlatego ją i jej przyjaciółki najpierw zamknęli w karcerze, zamiast rozstrzelać na miejscu za podżeganie do buntu. 

    - Samo to, że spotkałyśmy się w tej kopalni, już zakrawa na jakiś cud - umilkła na chwilę i przymknęła oczy. Każdy moment był dobry, by podziękować bogom za to, że wciąż żyje. Poprosiła też Panią Inę o pomyślność i opiekę dla Any i Maleny. - Oczywiście nie wytrzymałyśmy, zaczęłyśmy namawiać ludzi do ucieczki. Ileż można kopać tellarium dla wrogów, co nie? Ale niestety, ktoś był nieostrożny, gadał za głośno, dał się podsłuchać, nie wiem jak, ale się wydało. Trafiłyśmy do takiego prawdziwego lochu, ciemnego, zimnego. No i mówiłam wam już na statku, udało nam się uciec.

    Inga pokiwała głową, bezbłędnie wyczuwając, że Nikka w tym miejscu przerwie rozmowę. Dalej działy się rzeczy, o których lepiej tu nie mówić głośno. Kalia nie miała takiej intuicji i zapytała:

    - No i? Jak uciekliście, powiedz coś więcej.

    - Karcer nie był tak dobrze strzeżony jak to miejsce - Nikka powiodła wzrokiem po żołnierzach wciąż obecnych w hali. Było ich teraz tylko czterech, dwóch na galeryjce i dwóch przy wejściu, ale to wciąż wystarczyło, by uniemożliwić im ucieczkę. Może, ale tylko może dałyby radę z tymi przy drzwiach, ale zostawali jeszcze strzelcy na górze. Z nimi nie miały żadnych szans, by wyjść z tego cało. Nikka owszem, chętnie odda życie za królestwo, jeśli będzie to konieczne, ale nie chciała umierać, jeśli wciąż istnieje szansa na powrót do domu. A już na pewno nie chciała, żeby Kalia i Inga ucierpiały w jakikolwiek sposób.

    Kalia rozejrzała się po sali, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że są pilnowane przez uzbrojonych mężczyzn. Takie jak ona są przyzwyczajone do obecności służby i od małego uczą się ich nie zauważać, więc niespecjalnie zdziwiło to Nikkę. 

    - A jakbyś jednak chciała stąd uciec, to jak? - młoda dalej drążyła. 

    - Teraz? No niestety, według mnie teraz się nie da. Zdejmą nas zanim dobiegniemy do drzwi czy okien. Jedyne, co możemy zrobić, to czekać na jakąś zmianę.

    - No ale jakbyś naprawdę musiała, tak jak już nie miałabyś innego wyjścia?

    - Dajże spokój, Nikka mówi, że się nie da, a ja ci mówię, że ma rację - ofukała ją  Inga. - Dwa razy uciekła, to co ty myślisz, że tu nagle by nie próbowała? Bo co, bo nagle jej się spodobało siedzenie w więzieniu?

    Na to Kalia nie znalazła odpowiedzi, a i rozmowa nie chciała się już kleić. Podano obiad, który zjadły w milczeniu przerywanym tylko grzecznościową konwersacją. Kamilla już nie wróciła tego dnia.

niedziela, 20 grudnia 2020

rozdział 20

    Pan Hill i Erik siedzieli u nich kilka godzin. Po opowiedzeniu swojej historii Nikka już więcej nie zaszczyciła ich rozmową. Myślała o tym, czy to możliwe, żeby Amerikanie mogli ich podglądać. W sumie dlaczego nie, technika w tym świecie w niektórych dziedzinach była zacofana, ale w innych mogła być bardziej rozwinięta niż na Amarze. Stwierdziła, że nie podzieli się swoimi przypuszczeniami z koleżankami, no, chyba że spytają. Może zapomną o tym, co mówiła na ten temat, albo uznają to za żart. Nie było sensu dokładać im dodatkowych zmartwień. Nawet jeśli tutejsze władze uznają, że trzymanie ich tutaj jest wystarczającym rozwiązaniem i nie będą próbować ich dalej intensywnie przesłuchiwać, to i tak niedługo zaczną się problemy. Będą siedziały tu skazane na siebie, w zamkniętym pomieszczeniu, w którym nie ma się gdzie ukryć. A przecież różniły się znacznie w poglądach, w niektórych sprawach radykalnie. Ona była w stanie się opanować i odpuścić, ale Kalia wydawała się być o wiele bardziej wybuchowa i może dążyć do konfrontacji. No i Inga, może być tak, że jednak zechce przejąć dowodzenie, jeśli Nikka nie zrobi nic w kierunku realizacji swojej obietnicy.

    Najgorzej, że słynna komandor Nikka Selino nie miała pojęcia, w jaki sposób miałaby zabrać dziewczyny do domu. W tej chwili nie wiedziała nawet, jak miałyby opuścić ten budynek. Nie miała informacji ani wsparcia, czy choćby broni. Nie znała języka. Ciężko było jej to przyznać, ale tak, były teraz zdane na łaskę Amerikanów. Ani przez chwilę nie czuła jednak zwątpienia. Coś sprawiało, że powrót na Amar wydawał jej się tylko kwestią czasu. 

    Proszę was bogowie, opiekujcie się nami. Pani Ino proszę, czuwaj nad nami - modliła się bezgłośnie, bo to było najlepsze, co mogła zrobić w tej sytuacji.

    Kilka kolejnych dni wyglądało mniej więcej tak samo: rano dostawały śniadanie, potem przychodził Erik i rozmawiał z nimi przez większą część dnia. Nikka rzadko brała w tym udział, chociaż leżenie na łóżku zaczynało już ją nudzić. Krótko po południu Erik wychodził na jakiś czas, a one dostawały obiad. Potem znów rozmawiali. Wieczorem przychodził medyk sprawdzić ich stan, po nim żołnierze dostarczali im kolację i świeże ubrania. Później gadały ze sobą, chociaż Nikka miała wrażenie, że Inga i Kalia dogadują się lepiej, kiedy ona wychodziła do łazienki albo zajmowała się swoimi sprawami. 

    Kamilla Pik nie przychodziła i Nikka zaczęła się o nią martwić. Czyżby wojskowi albo pan Hill stwierdzili, że nie nadaje się do tej pracy? W końcu pojawiła się jednak przynosząc ze sobą bardzo interesującą wiadomość: amerikański przywódca przyjedzie tu, by się z nimi zobaczyć.

czwartek, 17 grudnia 2020

rozdział 19

    No tak, oczywiście, nie kupiła tego wytłumaczenia. Bystra jest, to musiał przyznać. A może tak spytać ją wprost? Nie oczekiwał konkretów, ale był ciekaw tego, co powie. Szybko nakazał Chenowi przetłumaczyć:

    - Kim jesteś? I czym się zajmowałaś w swoim świecie?

    Odchodziła już i była odwrócona plecami, ale to pytanie zadziałało, została z nimi przy stole. Zabrakło dla niej krzesła, więc patrzyła na nich z góry, ale Hillowi wcale to nie przeszkadzało.

    - Nazywam się Nika Selino, to już chyba wiecie - zaczęła. - Uczyłam się jeszcze, kiedy wybuchła wojna, rozmawiałyśmy sobie zresztą dziś o szkole, pan Eric jest świadkiem. A potem cóż, było trudno - tu urwała na chwilę, jakby wspominała ciężkie czasy. Albo zastanawiała się, ile może powiedzieć. - Mama ma stoisko z jedzeniem w porcie, wędzone ryby, szaszłyki, zupa, takie tam szybkie dania dla głodnych robotników. Pomagałam jej jak tylko mogłam. Murkey zniszczyli centrum miasta, ale chcieli, żeby port ciągle działał, więc przez jakiś czas mogłyśmy żyć w miarę spokojnie. A potem zaczęli łapać ludzi i wywozić ich do kopalni, na północ. Nie miałam szczęścia, zgarnęli mnie prosto z ulicy. Przez parę miesięcy musiałam pracować dla nich, ale udało mi się uciec. Później… później wędrowałam lasami na południe, trzymałam się gór i mniej uczęszczanych regionów, aż doszłam do Ellis. To duże miasto i myślałam, że uda mi się tam ukryć, ale znowu mnie zgarnęli i znowu chcieli wysłać do kopalni. Ale uciekłam, tym razem z Kalią i Ingą. Zdobyłyśmy statek, wzbiłyśmy się w powietrze, i nie wiem jak, ale jesteśmy tutaj.

    Piękna historia, gra aktorska godna Oscara - podsumował w myślach Hill. Biedna, prosta dziewczynka pokrzywdzona przez okrutną wojnę jakimś cudem zawsze wychodzi cało z tarapatów, nic tylko płakać nad jej strasznym losem. Gdyby dodać do tego jeszcze jakąś nieszczęśliwą miłość, byłby to murowany hit. Oczywiście, to wszystko trzymało się kupy, ba, Hill zakładał nawet, że to wszystko prawda. Ale z tego, co przemilczała, na pewno dałoby się nakręcić kolejny film, który byłby raczej wojennym filmem akcji niż łzawym melodramatem.

    W końcu wszystko z niej wyciągnie, niech tylko góra da zielone światło. Po pierwsze musi dać im swobodny dostęp do statku, a po drugie po prostu był ciekawy. Nika wydawała się być kimś więcej niż zwykłą dziewczyną. Obstawiał, że miała wiele wspólnego z Armią Wyzwoleńczą, o której wspomniała w szpitalu. Była odważna, uparta i honorowa, zupełnie jak typowy bojownik o wolność z dowolnego kraju w tym świecie. Byłoby lepiej, gdyby chciała współpracować. Ech, czyżby zrobiło mu się jej szkoda? Może trochę… Ale to niczego nie zmienia, i tak zrobi to, co będzie konieczne. 

wtorek, 15 grudnia 2020

rozdział 18

    Nikka już po chwili tego żałowała.. Oczywiście Inga i Kalia chciały wiedzieć więcej. Trudno, opowie tę historię również Hillowi. 

    - To było tuż przed tym, jak dotarłam do Ellis. Wędrowałam głównie nocami, żeby nie rzucać się w oczy. Spałam w dzień u pomocnych ludzi albo w jakiś gęstych krzakach z dala od głównych dróg… Ale do sedna. Przechodziłam obok jednej z tych dużych farm.

    - Wiem, gdzie to jest - wtrąciła Kalia.

    - No to właśnie gdzieś w tamtej okolicy w nocy natknęłam się na patrol Murkey. Wiesz, że tam są raczej same pastwiska, nie było się gdzie schować. A noc była jasna, dwa dni do pełni. Kucnęłam za kępą chwastów, ale i tak było mnie widać - wróciła wspomnieniami do tamtej chwili. Równina zalana księżycowym światłem, patrol i  ten żołnierz, który szedł prosto na nią… - Jeden mnie zauważył, jestem tego pewna. Widziałam jego twarz, widziałam, jak zdejmuje karabin i mierzy do mnie. 

    Pierwszy raz o tym mówiła. Myślała, że będzie to trudne, ale teraz słowa jakoś same z niej wypływały.

    - Myślałam, że za chwilę zginę, spojrzałam więc na księżyc, żeby przynajmniej mój ostatni widok był ładny. I wtedy poczułam obecność, jakby ktoś stał obok i powiedział “Nie przejmuj się, zaraz to załatwimy”. Nie słyszałam słów, ale miałam właśnie takie poczucie, bardzo silne. A tamten… Cały czas na mnie patrzył, ale już mnie nie widział. Spojrzał na broń, jakby się zdziwił, dlaczego trzyma ją w rękach. I odszedł, razem z innymi. 

    - Niesamowite - podsumowała to Inga. Erik kończył przekładać całą historię na tę amerikańską bełkotliwą mowę.

    - Rzeczywiście, niesamowite - przyznała. - Od tamtej pory ciągle dziękuję Pani Inie i traktuję wszystkich naszych bogów bardziej poważnie.

    Zakończyła opowieść i nie zamierzała się więcej odzywać. Hill wyglądał na mocno zamyślonego, jakby intensywnie coś rozważał. Zapyta o to, co wydarzyło się na przesłuchaniu? Ale nie, nie zrobił tego, chociaż moment był dobry. Tego Nikka nie potrafiła sobie wyjaśnić. Zresztą, cały Hill zachowywał się inaczej. Już wcześniej zauważyła, że patrzy na nią dziwnie, a kiedy spytała go, kim jest, miała wrażenie, że to zrozumiał. W ogóle wydawało jej się, że Hill tylko udaje, że potrzebuje tłumacza, nie miała jednak pomysłu, jak to sprawdzić. Zapytać? Na pewno odpowie, że nie, i że w ogóle skąd coś takiego przyszło jej do głowy, przecież ten język jest martwy i znają go tylko nieliczni uczeni. Nie będzie więc ujawniać tego, że go podejrzewa. Zamiast tego postanowiła sprawdzić coś innego. 

    Wstała i oznajmiła, że idzie się przejść, rozprostować nogi. Nie spieszyła się, podeszła prawie do wyznaczonej linii, postała sobie trochę, pogapiła się przez okno. Ruszyła wzdłuż linii, co jakiś czas przystawała, rozglądała się. Jej przypuszczenia okazały się słuszne - za każdym razem, gdy na niego patrzyła, pan Hill siedział w taki sposób, żeby widzieć ją choćby kątem oka. Na pewno był wojskowym lub szpiegiem. Komandor Nikka Selino nigdy nie przeszła chociażby podstawowego szkolenia, a wysoki stopień zawdzięczała temu, że wstąpiła do Armii Wyzwoleńczej w pierwszych dniach jej istnienia i właściwie pomagała ją budować, ale przez ponad rok wojny zdążyła się wiele nauczyć. Taka ostrożność, taka obserwacja terenu była właściwa ludziom, którzy wszędzie wypatrywali wroga.

    Kusiło ją, żeby jeszcze spróbować zajść go od tyłu i sprawdzić jak na to zareaguje, ale stwierdziła, że to będzie przesada. Pooglądała więc sobie jeszcze strażników, a potem wróciła na łóżko. Erik ciągle rozmawiał z Ingą, a pan Hill uprzejmie udawał zainteresowanie. Jej koleżanka właśnie bardzo głośno wyrażała zdziwienie faktem, iż na Erf oddaje się cześć wielu bogom, a czciciele jednego bóstwa uznają istnienie innych za kłamstwo. To był ciekawy temat, ale nie, nie przyłączy się do dyskusji. Niech sobie gadają. Położyła się, pozwoliła myślom odpłynąć, ale coś na suficie przykuło jej uwagę. Pomiędzy metalowymi belkami pod stropem zauważyła kilka urządzeń ze szklanymi soczewkami do złudzenia przypominających to, które stało na stole w trakcie ostatniego przesłuchania. Nadal nie wiedziała do czego dokładnie miało to służyć, ale podobieństwo do lunety sprawiało, że mógł być to jakiś sensor do obserwacji. O to mogła spytać Erika. Wstała więc i znów podeszła do stołu.

    - Czy mógłbyś mi powiedzieć co to za urządzenia? - zadała to pytanie uprzejmym tonem, jednocześnie wskazując ręką na sufit. Wszyscy podążyli wzrokiem za tym gestem. 

    - Eee, to? To są te, no… - tłumacz zaczął kręcić, nie wiedział, co powiedzieć. Nikka nie wierzyła w to, że pierwszy raz widzi coś takiego, obstawiała raczej, że biedny cywil nie ma pojęcia, ile może im wyjawić.

    Hill coś powiedział obojętnym tonem. Erik przytaknął mu gorliwie i od razu przetłumaczył:

   - To czujniki przeciwpożarowe, wiecie, jakby coś zaczęło się palić, to włączy się alarm. Przepraszam, nazwa wyleciała mi z głowy - dodał po krótkiej przerwie. Nikka nie uwierzyła w ani jedno jego słowo, ale podziękowała mu wylewnie.

    - Ach, przeciwpożarowe… Jesteśmy naprawdę wdzięczne, że dbacie o nasze bezpieczeństwo, naprawdę. Przez chwilę myślałam, że to coś, przez co możecie na nas patrzeć, ale to przecież byłoby niedorzeczne - ukłoniła się lekko i jak gdyby nigdy nic odwróciła się, by odejść na swoje posłanie.

wtorek, 8 grudnia 2020

rozdział 17

    Hill znów jechał do bazy w Hanscom. Ten idiota Chen nie chciał już rozmawiać z zatrzymanymi, mówił, że nie będzie brać udziału w torturach. Nie miał pojęcia, o czym mówi. Gdyby pozwolono mu zabrać się za prawdziwe tortury, pomoc cywilnego tłumacza nie byłaby potrzebna. Ale poszła plotka, że prezydent chce zobaczyć te dziewczyny, na razie więc Firma nie mogła się nimi odpowiednio zająć. 

    Zatrzymał się na stacji benzynowej, kupił kawę. Spał krótko i niezbyt dobrze, ciągle dręczyły go myśli o tej dziwnej postaci złapanej na taśmie. Analizy też to zauważyły, nawet wcześniej, niż on. Dwie klatki: za dużo, by mówić o błędzie, za mało, by można byłoby ustalić coś więcej. Na razie nikt nie wiedział, co to mogło być. 

    Może te dwie, Inga i Kalia, będą bardziej rozmowne. Pójdzie tam i spróbuje z nimi spokojnie pogadać. Ale najpierw dorwie Chena i przemówi mu do rozsądku. Znalazł chłopaka przed halą sportową dla personelu bazy, którą jakiś wojskowy kretyn, może nawet sam Margharetti, kazał przerobić na więzienie. On sam trzymałby je oddzielnie, wtedy byłyby bardziej chętne do współpracy. No, ale ktoś miał tu miękkie serce, i jak tak dalej pójdzie, to sobie jeszcze długo poczeka na te dziwne silniki. Nie dziwił się tłumaczowi, że panikuje, to cywil, a w dodatku młody, ale od wojskowych oczekiwał jednak więcej rozumu.

    - Eric Chen? - zwrócił się do niego uprzejmie. - Słyszałem, że masz tu jakieś kłopoty.

    Chłopak popatrzył na niego dziwnie. 

    - To ty jesteś tym tajemniczym panem Hillem? - zapytał.

    - Ethan Hill - przedstawił mu się. - Wcześniej nie mieliśmy okazji porozmawiać... Jestem konsultantem Departamentu Stanu. Mam przygotować wizytę prezydenta - dodał, jakby to wszystko wyjaśniało. - Co prawda nie wiemy jeszcze dokładnie, skąd pochodzą te dziewczyny, ale nawiązanie stosunków dyplomatycznych zawsze jest dobrym pomysłem. I cieszę się, że mi w tym pomagasz, twoja znajomość ich języka jest nieoceniona.

    Dziś założył na siebie zwyczajny garnitur, mógł więc spokojnie udawać urzędnika i wykorzystać plotkę o prezydencie. Chociaż to może nie być plotka i cały cyrk w końcu tutaj zawita. Ta myśl bynajmniej go nie ucieszyła. Wolał pracować w spokoju. Obserwował Erica uważnie, ale nienachalnie. Musiał go uspokoić.

    - Och, a ja… Nika mówiła… Chyba wziąłem cię za kogoś innego.

    - Tak? - podniósł brwi ze zdziwienia jednocześnie zachęcając go do dalszych zwierzeń.

    - Mówiła, że coś jej wstrzyknąłeś, chciałeś wymusić zeznania. Pokazywała ślady po igle.

    - Wczoraj wieczorem miała pobieraną krew do badań - stwierdził lekceważąco. - Byłem przy tym. Faktycznie pułkownik Margharetti ją trochę wypytywał, może się przestraszyła? Słuchaj, czytałem akta, a ty z nimi rozmawiałeś. Jeśli to wszystko jest prawdą, to w ich kraju toczy się wojna, którą ich strona przegrywa. Może myślą, że udawanie ofiar im w czymś pomoże? Już sam nie wiem… - udał wahanie.

    - Może… W końcu zapewniliśmy im lekarzy i dach nad głową. No i chyba to wyglądałoby inaczej,  jeśli naprawdę chciałby ją przesłuchać jakiś agent.

    Żebyś wiedział - pomyślał Hill, ale głośno powiedział co innego:

    - Co? Pracuję dla rządu, ale… Nie myślałeś chyba, że ja... 

    Obaj się roześmiali. Więc Chen chciał wierzyć, że to tylko nieporozumienie. Dobrze.

    - Słuchaj, a możesz mi powiedzieć, co właściwie mówiła Nika? Chciałbym się dowiedzieć tych wszystkich niesamowitych rzeczy o sobie.

    Weszli do środka i usiedli na ławce w holu. Chłopak sprawnie streścił mu przebieg rozmowy posiłkując się rzeczowymi notatkami. Czyli jednak uczyli ich czegoś pożytecznego na tych uniwersytetach.

    Uwagę Hilla przykuła wzmianka o bogach.

    - Tak powiedziała? Że bogowie się nią opiekowali?

    - Owszem, użyła liczby mnogiej, najwidoczniej mają politeistyczny system wierzeń.

    To było absurdalne, ale przecież nie znalazł żadnego logicznego wyjaśnienia. Nie zaszkodziło spróbować. W końcu czym innym można było wytłumaczyć wyniki badań krwi, jak nie cudem?

    Wypił z Chenem kolejną kawę, potem poprosił go, by mu towarzyszył. Powiedział, że chce dowiedzieć się jak najwięcej o religii dziewczyn, by uniknąć nieporozumień kulturowych.

    - Zrobiłoby się bardzo niezręcznie, gdyby prezydent jakoś je uraził w trakcie wizyty - tłumaczył mu. Zgodził się bez większych problemów.

    Weszli razem na halę. Ta najmłodsza, Kalia, stała z boku i gapiła się na niebo. Inka…, nie, Inga, wykonywała powoli jakieś ćwiczenia gimnastyczne przy łóżku. A jego ulubienica, Nika, wyszła właśnie z kontenera, który chyba pełnił tu funkcję łazienki. Niosła umyte plastikowe talerze i sztućce, jeszcze kapała z nich woda. Na jego widok zesztywniała na chwilę, ale szybko odzyskała panowanie nad sobą. Dobrze, mniej uważny obserwator niczego by nie zauważył. Coraz mniej wierzył, że była tylko zwykłą dziewczyną. Owszem, w trakcie wojny ludzie dojrzewają szybciej i uczą się wielu rzeczy, ale tu kryło się coś więcej. Tak mówiła mu intuicja, a ona rzadko go zawodziła.

    Nika kazała koleżankom być cicho. Podeszły bliżej i były zainteresowane, ale posłuchały. Sama usiadła przy stole, naprzeciwko niego.

    - Kto ty, pane Hill? - zapytała patrząc mu prosto w oczy.

   Kto ja? Chciałabyś wiedzieć - pomyślał. Oczywiście udał, że nie zrozumiał i zwrócił się do tłumacza:

   - Powiedz im, że chcę porozmawiać o ich wierze. Niech opowiedzą nam o bogach, świętach i zwyczajach.

    Chen przetłumaczył. Nika nie spuszczała z niego oka. Jej mina mówiła coś w stylu: Naprawdę? Naprawdę chcesz rozmawiać akurat o tym? Widocznie trafił, bo westchnęła głośno i zwróciła się do Ingi: 

    - Zechcesz o tym opowiedzieć? Ja jakoś… Nie czuję się na siłach.

    Tamta zgodziła się i dziewczyny zamieniły się miejscami. Przed nim siedziała teraz blondynka, ta starsza. Miała może z dwadzieścia pięć lat, więcej by jej nie dał, chociaż wyglądała dość poważnie. Na początku tylko odpowiadała na pytania, ale udało mu się wciągnąć ją w dyskusję, chociaż może była to bardziej zasługa Chena, który zafiksował się na definicji słowa “wiara” i nalegał, by wyjaśnić rzecz do końca.

    Okazało się bowiem, że - o ile to prawda, bo Hillowi wciąż było ciężko przyznać, że istnieje jakiś równoległy świat z niebem w innym kolorze - w ich świecie nie wierzy się w bogów. Ich istnienie jest przyjmowane za pewnik; są też ludzie którzy naprawdę doświadczyli ich obecności, mocy, a nawet z nimi rozmawiali. Według Ingi można było wierzyć drugiemu człowiekowi, jeśli ten coś obiecał, bo nie wiadomo, czy dotrzyma tej obietnicy. Bogowie byli tak oczywiści, że używanie w ich kontekście słowa “wiara” byłoby wielką obrazą. 

    W Akurii była więc czwórka bogów: Reed, Zoyanna, Navarro i Ina. Inga twierdziła, że nikt nie wie skąd się wzięli, czego chcą, ani nawet za bardzo nie wiadomo, jak wyglądają. Najczęściej ukazują się pod postacią niewyraźnych plam, czasem jednak przybierają ludzkie postaci, więc utarły się pewne kanony ich wizerunków, którym wyznawcy oddają cześć. Nie mieli kapłanów jako takich, jedynie ludzi odpowiedzialnych za opiekę nad budynkami świątyń. To zdziwiło Hilla, przecież w każdej religii istnieje kasta przywódców duchowych, którzy często starają się zdobyć również jak najbardziej świecką władzę. Inga twierdziła, że wszystkie większe ceremonie są odprawiane pod przewodnictwem reprezentantów króla, więc w ich świecie władza świecka i duchowa są ze sobą nierozerwalnie związane.

    O ile to jest prawda, znów zaznaczył w myślach. Z drugiej strony, wszystkie trzy wierzyły w tę historię z “ich” światem równie mocno. Jakie jest prawdopodobieństwo, że cierpią na te same urojenia? Dobrze, na użytek tej rozmowy założy, że to prawda, i zobaczy, dokąd go to zaprowadzi.

    Inga opowiadała teraz o swojej rodzinie, bardzo religijnej babce, która modliła się codziennie, rodzicach, którzy upodobali sobie boga Navarro, i to głównie jemu oddawali cześć. Oboje pracowali na promie pasażerskim i miało to jakoby zapewnić im bezpieczeństwo,  gdyż był on uważany za patrona morza.

    - A ja modlę się rzadko. Bogowie mają lepsze rzeczy do roboty, niż przejmować się mną. Jest tylu ludzi na świecie, dlaczego mieliby wysłuchać właśnie mojej modlitwy?

    - Ja też tak kiedyś myślałam - odzywa się Nika, wreszcie. Ciągle miał nadzieję, że włączy się do rozmowy. - Dopóki Pani Ina nie uratowała mi życia.

niedziela, 6 grudnia 2020

rozdział 16

    Śniadania jednak nie było. Po kilku godzinach przyniesiono obiad, który podano na talerzach z lichego tworzywa. Sztućce też były wykonane z tego samego materiału. Bali się, że prawdziwym widelcem mogłyby zaatakować i pokonać siedmiu strażników z bronią palną? Nikka zjadła z wielkim apetytem. Dokończyła też porcję Kalii, którą trochę brzydziła ta potrawa: długie kluski z sosem z jakiegoś smacznego czerwonego warzywa i pulpetami.

    - To wygląda jak robaki - stwierdziła.

    - Nigdy nie wiadomo, kiedy następny raz nas nakarmią - podsumowała Nikka. Erik, który nigdzie nie odszedł i obserwował jak jedzą, spojrzał na nią zaskoczony.

    - Głodzili cię tu?

    - Na razie nie. Ale to nie pierwsze więzienie, w którym byłam, i wiem, że mogą zacząć.

    - Przecież to nie jest więzienie…

    - A niby co, luksusowy wypoczynek na Południowym Archipelagu? - zadrwiła. - Sam mówiłeś, że nie możemy wyjść za czerwoną linię, ci szarmanccy panowie w pięknych czarnych mundurach już tego dopilnują. 

    - Chyba, że to tylko taka zabawa, a karabiny noszą tylko do ozdoby - Inga ochoczo podjęła tę grę. 

    Mężczyzna zmieszał się nieco. Był młody, może w wieku Ingi, może kilka lat starszy. No i na pewno był cywilem, jak Kamilla Pik.

    - Może zatem powiesz nam, co to, twoim zdaniem, jest?  - Nikka zatoczyła dłonią krąg pokazując całą salę.

    - Powiedzieli mi, że to dla waszego bezpieczeństwa - odrzekł niepewnie.

  - Kolonel Margareti czy pan Hill? Ten szczupły, z zarostem, włosy nieco mu rzedną... - doprecyzowała, widząc, że to drugie nazwisko z nikim mu się nie kojarzy.

    - Tak, rozmawiałem z nim, kazał mi robić notatki i… - urwał, jakby uświadomił sobie, że powiedział za dużo.

    - To był ten, który wczoraj był z tobą z szpitalu? - spytała Inga. Nikka potwierdziła jej to skinieniem głowy i dodała:

    - Mam wrażenie, że on tu wszystkim rządzi. Panie Eriku, w porównaniu do niego jest pan jest naprawdę miłym człowiekiem.

    - Och, dziękuję pani Niko. I właściwie nie przedstawiłem się jeszcze, jestem Erik Czen. Nie chcemy, żebyście się źle czuły, nie chcemy was krzywdzić.

    Naiwny człowiek z tego Erika. Nikka podciągnęła rękaw i pokazała mu ślady po wkłuciach w zgięciu łokcia. Wokół jednego pojawił się ciemny siniak.

    - W takim razie proszę wyjaśnij mi, po co to było? Dlaczego pan Hill próbował zmusić mnie do mówienia wstrzykując leki, które miały mi rozwiązać język? Taką definicję nierobienia krzywdy macie w tym świecie?

    Na twarzy mężczyzny odmalowały się wyraźnie szok, niedowierzanie i wstyd. Otworzył usta, ale nic nie powiedział. Inga popatrzyła na nią uważnie.

    - Co powiedziałaś? - spytała cicho.

    - Na szczęście nic, bogowie mieli mnie w swojej opiece. Ale poczułam, że to zaczynało działać… I przez chwilę było źle.

    - Ja.. ja nie wiedziałem, że używa się czegoś takiego… I dlaczego mieliby to robić? - Erik zadał to pytanie głównie sobie. I chyba nie znalazł odpowiedzi. - W każdym razie przepraszam, coś takiego nigdy nie powinno było cię spotkać. I przepraszam, ale muszę teraz wyjść na chwilę… - urwał nagle i zaczął nerwowo składać swoje zapiski. Wciąż był zmieszany. 

    Dziewczyny odprowadziły go wzrokiem. Po jego odejściu zrobiło się dziwnie pusto, chociaż żołnierze wciąż trwali na swoich posterunkach.

    - Trochę mi go szkoda. Jest zdecydowanie za miękki do tej roboty - podsumowała w końcu Nikka. 

    - W szpitalu zawsze był dla nas miły - stwierdziła Kalia.

    - Do mnie przychodziła pani Kamilla, też bardzo miła kobieta. Ale widzicie, tu rządzi wojsko. 

    - I pan Hill - wtrąciła Inga.

    - I pan Hill, kimkolwiek on jest - Nikka absolutnie się z tym zgadzała. - I niestety wydaje mi się, że jeszcze ze mną nie skończył.

czwartek, 3 grudnia 2020

rozdział 15

    Owo pudło okazało się być łazienką, z której Nikka bezzwłocznie skorzystała. Ów Erik okazał się być tłumaczem, który rozmawiał już wcześniej z dziewczynami w szpitalu. Okazało się również, że zna Kamillę, z którą współpracuje od kilku lat przy badaniu języków słowiańskich, jak tutaj nazywano ich mowę. Idea, że ludzie mieszkający w różnych miejscach mogą porozumiewać się ze sobą różnymi słowami i nie rozumieć się nawzajem, nadal nie za bardzo mieściła się Nikce w głowie. Podeszła do dziewczyn i wreszcie mogły się przywitać. Kalia rzuciła jej się na szyję i sprawiło jej to przyjemność, chociaż zwykle nie przepadała za przytulaniem. Teraz jednak miło było poczuć koło siebie kogoś przyjaźnie nastawionego.

    - Jak tam, wyleczona? - zagadała do Ingi.

    - Chyba można tak powiedzieć, w końcu wypuścili mnie ze szpitala. I mogę się już bardziej ruszać. A ty? - popatrzyła na nią z troską. - Nie najlepiej wyglądasz.

    -  Och, moje ręce dochodzą do siebie - poruszyła dłońmi, co już prawie nie zabolało.

    - Nie o to mi chodzi. Wyglądasz, jakbyś w ogóle nie spała.

    - Ach, tak, to była ciężka noc - przyznała Nikka. - Pan Hill, który ma tu chyba najwięcej do powiedzenia, postanowił ze mną poważnie porozmawiać.

    - Przesłuchiwali cię? - z niepokojem spytała Kalia.

    - Przesłuchiwali? Można to tak nazwać. Ale nie poszło im za dobrze - uśmiechnęła się i zmieniła temat - Słuchajcie, ja się położę na chwilę. Faktycznie jestem zmęczona.

    - Pewnie, odpocznij sobie, a my zajmiemy się naszym gościem - podchwyciła Inga. - Jesteśmy okropnymi gospodyniami, gadamy tu sobie, a Erik stoi. Zapraszam, usiądźmy.

    Dziewczyny i Erik poszli do stołu, Nikka wyciągnęła się na łóżku i tylko im się przysłuchiwała. Po spotkaniu z panem Hillem nie miała ochoty na żadne rozmowy, nawet przeprowadzane w miłej atmosferze. Nikt też na to nie nalegał, i dobrze. Postanowiła, że wstanie dopiero wtedy, kiedy podadzą śniadanie. O ile jakieś podadzą.  

    Właściwie przez większość czasu mówiła Kalia. Wyglądało na to, że dokańczają jakąś zaległą dyskusję na temat szkolnictwa. Opowiadała właśnie o stypendiach dla zdolnych dzieci z biednych rodzin, które fundowała jej babka. 

    - Niektórych nie stać na wysłanie dziecka do dobrej szkoły, a w darmowej jego talent by się tylko zmarnował. Babcia co roku funduje stypendia dla pięciorga najzdolniejszych uczniów. To znaczy fundowała, bo teraz jest wojna… - głos jej zadrżał. - Ale przedtem, przez piętnaście, nie, szesnaście lat nasza rodzina wysyłała uczniów do szkół. Babcia wpadła na ten pomysł zaraz po tym, jak została wybrana do Rady Miejskiej.

    Ta informacja wyrwała Nikkę z zamyślenia.

    -  Twoja babcia jest w Radzie? - zapytała. Kurcze, Kalia musiała pochodzić z bogatej rodziny. Niby w Akurii arystokracja teoretycznie straciła przywileje już prawie sto pięćdziesiąt lat temu, ale w praktyce  nadal skupiali w swoich rękach dużą część władzy i nie chcieli się nią dzielić. Radny jakiegokolwiek dużego miasta pochodzący z ludu wciąż był rzadkością taką samą jak biały wieloryb.

    - A, to ty jeszcze nie wiesz - Inga odwróciła się w jej stronę. - Nasza przyjaciółka to Kalia Lin-Mollari.

    - Dokładnie tak - potwierdziła Kalia.

    Lin-Mollari. Nikka spędziła w Ellis wystarczająco dużo czasu, żeby wiedzieć, że ród Lin i ród Ellis, od którego miasto wzięło swą nazwę, to największe siły polityczne w regionie. Ba, nawet nie musiała tam przyjeżdżać, wystarczyło uważać na historii, żeby wiedzieć, że te rodziny są związane z zachodnią Akurią od co najmniej sześciuset lat. Wyglądało więc na to, że ma pod swoją opieką nie lada osobistość.

    -  Wybacz pani, ale jestem zbyt zmęczona, by wstać i oddać ci pokłon - powiedziała z lekką drwiną w głosie. 

    - Już? Pożartowałaś sobie? - dziewczyna chyba poczuła się urażona, Nikka więc roześmiała się przyjaźnie.

    - Już, już. Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać. Ale na poważnie, mogę ci powiedzieć jak takie stypendia wyglądają od drugiej strony - usiadła na łóżku i jednak włączyła się do rozmowy. Temat był jej zbyt bliski, by go odpuścić.

    - Jak to od drugiej strony? - Kalia nie załapała, o co jej chodzi.

    - Ja korzystam.., ech, korzystałam ze stypendium. Kto inny go fundował, ale nieważne. Bez niego nigdy nie stać byłoby mnie na szkołę Albis-Cotto.

    - Czekaj, czy ty mówisz o tej szkole? Imienia królowej Iwany Albis-Cotto? - wtrąciła się Inga. - Mój kuzyn chciał do niej iść parę lat temu, ale się nie dostał, zabrakło mu punktów na wstępnym…

    - Tak, egzamin wstępny to był koszmar - potwierdziła Nikka. - Mi się udało. I nie jest tak, że nie doceniam tego, że ktoś bogaty płaci, żebym mogła się tam uczyć.

    - To co ci nie pasuje w takim razie? - przerwała jej Kalia, chyba wciąż troszkę obrażona. Erik nie wtrącał się do ich rozmowy, słuchał uważnie i robił notatki.

    Nikka przymknęła na chwilkę oczy. Od czego zacząć? Od tego, że większość nauczycieli i część uczniów w najlepszym razie traktowało ją jak powietrze? Czy może od tego, że nie mogła sobie pozwolić na żaden większy błąd, by nie zawstydzić swoich sponsorów? Że przez pięć lat nauki musiała wstawać przed świtem, by zdążyć na pierwszy prom i dotrzeć do szkoły na czas? Sporo tego było. Zamiast tego powiedziała tylko:

    - Słuchaj Kalia, ty też pewnie chodzisz do dobrej szkoły, prawda? I powiedz nam, co by się stało, gdyby pewnego dnia nie chciało ci się tam iść? Albo jakbyś urwała się z lekcji ze znajomymi i poszła z nimi pić wino w krzakach nad rzeką? 

    - Ja nie robiłam takich rzeczy.

    - Ale jakbyś nabrała na to ochoty, co by się stało? Pomyśl, na pewno jacyś twoi koledzy mieli takie doświadczenia.

    - Kiedyś mój brat miał podobny pomysł, zamiast na lekcje poszedł z dziewczyną w, jak to ujęłaś, krzaki nad rzeką. Nie wiem, czy pili wino, ale do szkoły tego dnia już nie dotarli. 

    - No i co się stało? - drążyła Nikka?

    - Ojciec trochę na niego krzyczał, że nauka jest ważna i takie tam. A w szkole… chyba musiał napisać dodatkową pracę i zaliczyć cały materiał z tego dnia. A co?

    - Czyli można powiedzieć, że nic mu się nie stało, bo dodatkowa praca to żadna kara. W Albis-Cotto tacy uczniowie musieli zostawać po lekcjach tyle czasu, ile ich wcześniej nie było. Ale nie ja. Zaraz na początku nauki dyrektorka wezwała nas, stypendystów, do gabinetu i oznajmiła, że nie możemy opuszczać lekcji, chyba że jesteśmy tak chorzy, że nie damy rady wstać z łóżka. Że każda nieusprawiedliwiona nieobecność będzie skutkować wyrzuceniem ze szkoły. Że mamy być wdzięczni państwu Elihard, że raczyli wydać pieniądze na takich jak my - przypomniała sobie ten dzień bardzo wyraźnie. Oficjalny strój dyrektorki i jej głos, na pozór miły, ale ociekający pogardą. A potem przypomniała sobie inny dzień, pięć lat później. Ten sam gabinet, tym razem siedziała tam z Aną i Maleną. Zabawne, że tym razem każda z nich przeskrobała co innego. Czekały na dyrektorkę i właśnie wtedy zaczęły spadać pierwsze bomby. - Cóż, chcę po prostu powiedzieć, że ideały owszem, są szczytne. Ale ich realizacja pozostawia jeszcze wiele do życzenia.

    - Nadal nie rozumiem, przecież miałaś szansę uczyć się w najlepszej szkole w królestwie - stwierdziła Kalia. 

    - Tak, ale zdała testy, zasłużyła na to - weszła jej w słowo Inga.  - A dyrektorka zachowywała się, jakby wyświadczała jej wielką łaskę.

    - Przynajmniej ty mnie rozumiesz - mruknęła Nikka i z powrotem się położyła.

    - Tego nie powiedziałam - zaśmiała się Inga. - Ale rozumiem już, skąd u ciebie to rewolucyjne zacięcie.

    Erik zainteresował się tematem rewolucji i Inga zaczęła mu pokrótce wyjaśniać zawiłości systemu politycznego Akurii, a także poglądy Dawida Wolsha.

    - Wychodzi więc, że nasza przyjaciółka chciałaby powszechnej równości. tak jak to jest u Murkey. Prawo i tradycje Akurii najwidoczniej niezbyt jej się podobają.

    Wcześniej Nikka prawie przysypiała słuchając wykładu Ingi pełnego nie tyle błędów, co niedopowiedzeń, ale to, co przed chwilą powiedziała, było niczym innym jak kłamstwem.

    - Inga, moja droga, ja cię lubię - przerwała jej stanowczo. - Ale jak jeszcze raz zasugerujesz, że popieram Wolsha, to wstanę do ciebie i walnę cię prosto w mordę, rozumiesz?

    - No dobra, to może byś tak raczyła powiedzieć co masz na myśli, bo już się gubię. Raz krytykujesz wszystko, a później wydajesz się być największą patriotką w całej Akurii. Nic już z tego nie rozumiem - jej ton był rzeczowy, faktycznie chciała podyskutować. 

    Szkoda, że ten cały Erik tu jest - pomyślała Nikka, po czym westchnęła, podniosła się i podeszła do stołu. 

    - Jak to było? Patriotka-rewolucjonistka? Moim zdaniem to się trochę wyklucza - prychnęła Kalia. 

    Do Nikki znów wróciły wspomnienia burzliwych dyskusji toczonych w górach późnymi wieczorami. Wylewania żali, snucia pełnych nadziei planów na przyszłość i zwykłych kłótni o przeszłość. I tego dziwnego momentu, w którym w nerwach nazwała króla idiotą, a on się tylko roześmiał, budząc ptaki śpiące na drzewie nad ich głowami. Moja mała patriotka-rewolucjonistka, mawiał na nią później, kiedy chciał ją rozzłościć. Chciała to opowiedzieć dziewczynom, ale nie teraz, nie kiedy Amerikanie słuchali.

    Usiadła na krześle obok Ingi i zwróciła się bezpośrednio do niej, nieszczególnie zwracając uwagę na Erika. Niech robi te swoje notatki, pewnie później będzie je analizował razem z Hillem.

    - Przede wszystkim to, co robią Murkey, jest zaprzeczeniem równości, nie zauważyłaś? Zarezerwowali równość tylko dla siebie, resztę uznają za gorszych. To żadna rewolucja, tylko zamiana miejsc. Jedną uprzywilejowaną grupę zastępuje druga. Wiesz, czego ja bym chciała? - Inga pokiwała głową zachęcając ją, by mówiła dalej. - Chciałabym, żeby nasze cholerne prawo było przestrzegane dokładnie tak, jak zostało napisane, bez oglądania się na tradycję i pochodzenie - westchnęła głęboko. Wiedziała, że to było trudne, jeśli nie niemożliwe do osiągnięcia. Ale wiedziała też, że zmiany w Akurii powoli idą w dobrym kierunku. To znaczy szły, dopóki nie wybuchła wojna, poprawiła się w myślach. 

    Inga milczała przez chwilę, po czym przerwała Erikowi, który już chciał o coś zapytać.

    - A gdyby Murkey przynieśli do Akurii taką równość, jakiej pragniesz? Koniec z królem, koniec z arystokracją, takie same prawa dla wszystkich, dla nas, dla was i będziemy tego pilnować. Poparłabyś ich?

    - Nie chcę kłamać - Nikka spojrzała jej prosto w oczy - nie wiem, co bym zrobiła. Ale jeśli ich deklaracje byłyby szczere, to… Wtedy? Dwa lata temu? Niewykluczone, że bym ich poparła. 

    - A teraz, jeśli przeniosłybyśmy się do domu i okazałoby się, że Murkey tak teraz rządzą?

    Na to pytanie było jej o wiele łatwiej odpowiedzieć.

    - Teraz, moja droga, jestem już zupełnie innym człowiekiem - uśmiechnęła się do siebie. - I nie, w życiu nie stanęłabym  po stronie tych skurwysynów.

    Inga klepnęła ją w ramię, mocno, po przyjacielsku.

    - No, i właśnie coś takiego chciałam usłyszeć.

poniedziałek, 30 listopada 2020

rozdział 14

    Zostawili ją na noc w tym pokoju. W porządku, mogła przespać się i tutaj. Stół nie był najwygodniejszy, było jej trochę zimno, ale zdołała zdrzemnąć się kilka godzin. Była głodna i spragniona, przydałoby się jej też wyjście do łazienki, ale wytrzymała do rana. Nawet nie próbowała otwierać drzwi i wyglądać na zewnątrz, strażnicy ciągle tam byli. Potem przyszło po nią dwóch żołnierzy w czarnych mundurach. Znów założyli jej worek na głowę, tym razem ręce skuli z tyłu. Poprowadzili ją na zewnątrz i wsadzili do pojazdu, prawdopodobnie tego samego, którym ją tu przywieźli. Nikce naprawdę już bardzo chciało się siku, ale zachowała spokój. Oni nie odzywali się do niej, więc również siedziała cicho.

    - Hej, Inga, ty też tu jesteś? - usłyszała głos Kalii. 

    - Mhm - odmruknęła jej Inga krótko, widocznie świadoma tego, że powinna być cicho. A więc przewożono je razem, może wreszcie będą też trzymane razem i dadzą radę porozmawiać. Nikka postanowiła zaryzykować i też się odezwała:

    - Dziewczyny, ja też tu jestem, ale nie odzywajcie się już… - chciała jeszcze dodać “proszę”, ale jeden ze strażników uciszył ją uderzeniem czymś twardym w brzuch. Nie udało jej się powstrzymać jęku i kaszlu. Przez dłuższą chwilę zgięta wpół ciężko łapała powietrze przez worek. Usłyszała protesty Kalii, ale ktoś krzyknął na nią gromkim, żołnierskim głosem i dziewczyna zamilkła przestraszona. Do końca podróży nikt już się nie odezwał.

    A podróż trwała mniej więcej tyle, co poprzednio, więc może wrócili w to samo miejsce, chociaż Nikka nie miała jak tego stwierdzić, nie odsłoniono jej oczu. Została poprowadzona do budynku. Słyszała wokół siebie tupot wielu par stóp, miała więc nadzieję, że Inga i Kalia idą tuż obok. W końcu ktoś zerwał jej worek z głowy, przez chwilę i tak nie widziała, porażona przez nagłą jasność. Znajdowała się w sporej sali z drewnianą podłogą poprzecinaną kolorowymi liniami i wielkimi oknami na jednej z dłuższych ścian. Okna zasłonięto ciemnoniebieskim materiałem od połowy w dół. Przez górną połowę widziała tylko kilka czubków drzew, słońce, które akurat świeciło jej teraz w oczy, i to dziwnie błękitne niebo. Sala była prawie pusta, nie licząc kilku mebli stojących na środku, a były to trzy proste łóżka, stojące przy nich trzy pomalowane na biało metalowe szafki i duży stół z czterema krzesłami z jaskrawoczerwonego tworzywa. Pod krótszą ścianą po prawej stało wielkie metalowe pudło z drzwiami, jakby osobny pokój, do którego można wejść. Miała nadzieję, że to jakaś łazienka.

    A więc jednak będziemy mieszkać razem - pomyślała Nikka, kiedy strażnik rozkuwał jej ręce. Pchnął ją potem w stronę środka pomieszczenia, mocno, ale udało jej się złapać równowagę i nie upaść. Natychmiast odwróciła się i wreszcie zobaczyła swoje towarzyszki. Inga wyglądała już całkiem dobrze, była też spokojna, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Spojrzenie miała czujne, badała nim salę w taki sam sposób, jak przed chwilą robiła to Nikka.  Kalia też się rozglądała, ale jej uwagę przykuł mężczyzna, który właśnie wszedł do środka, wysoki, masywny i ciemnowłosy. Jego twarz była trochę dziwna, Nikka nigdy nie widziała oczu tego kształtu, wąskich i jakby trochę schowanych w oczodołach. Cóż, w tym świecie niebo jest niebieskie, ludzie bywają ciemnobrązowi, więc i oczy mogą być różne. Kalia poszła w jego stronę.

    - Erik, wreszcie ktoś, z kim można porozmawiać - ucieszyła się. 

    - Stój, stój, proszę, nie idź już! - wspomniany Erik zatrzymał ją gestykulując przy tym gwałtownie. Zdziwiona dziewczyna spojrzała na niego pytającym wzrokiem. Nikka i Inga zaciekawione podeszły bliżej.

    - Nie możecie wychodzić za czerwoną linię - wskazał im jedną z kresek namalowanych na podłodze, która tworzyła ramę wokół całej sali. - Żołnierze… będą tego pilnować - zakończył niezręcznie.

    Rzeczywiście, eskortujący je żołnierze w czarnych mundurach zdążyli się już rozstawić wzdłuż dłuższego boku sali, tego, w którym nie było okien. Ponad nimi znajdował się balkon, na który można było dostać się tylko z zewnątrz. Tam też pojawiło się dwóch strażników. Jeszcze dwóch stało przy jedynych drzwiach. Łącznie Nikka naliczyła ich siedmiu, każdy uzbrojony w karabin i broń krótką, które może w Akurii zostałyby uznane za przestarzałe, ale na pewno były skuteczne. Na razie nie widziała większych szans na ewentualną ucieczkę. 

    Trzeba będzie się przyczaić i przeczekać - pomyślała. 


wtorek, 24 listopada 2020

rozdział 13

    Pan Hill, a konkretnie człowiek znany teraz jako Ethan Hill, przeglądał nagranie z przesłuchania już czwarty raz. Owszem, miał świadomość, że w tej chwili robi to również cały sztab analityków, ale on tam był, widział więcej. Przeglądał też wszystkie protokoły z wcześniejszych przesłuchań, chociaż on nazwałby je raczej rozmowami. Pułkownik Margharetti był zdecydowanie zbyt miękki. Ta dziewczyna, Nika, nie kłamała, co nie znaczyło, że mówiła prawdę: po prostu święcie wierzyła w swoje słowa. Przesłuchiwało się ją jak muzułmańskiego terrorystę. 

    Najpierw brali te dziewczyny za nielegalne imigrantki z Rosji albo innego kraju tamtego regionu, które jakimś sposobem ukradły wojskowy prototyp i przyleciały nim do Stanów. Potem to już nie było takie oczywiste i teoria o ich pozaziemskim pochodzeniu powoli zyskiwała na znaczeniu. Ale z drugiej strony biologicznie są po prostu ludźmi, a ich język ta doktor Peake określiła jako prasłowiański. Rozumiał wszystko, co mówiła Nika, i byłby w stanie z nią normalnie rozmawiać, ale na razie nie się z tym nie ujawniał. W końcu ostatnie piętnaście lat spędził na Ukrainie, w Czechach i trochę w Rosji, a talent do języków miał od dziecka. Dlatego go tu ściągnęli. Na razie jednak nie pozwolili mu działać tak, jak chciał. Był pewien, że w końcu skłoniłby tą dziewuchę do mówienia, ale Margharettiemu na pewno nie spodobałyby się jego metody. Dlatego zaczął spokojnie, używając “serum prawdy”. 

    Widział nagrania tego ich statku w locie, w końcu był niemałą sensację nad Cape Cod. I o ile była to maszyna powolna i ciężka w manewrowaniu, to jej możliwości obronne i silniki, najprawdopodobniej napędzane jakimś reaktorem, zasługiwały na uwagę. Na pewno miał też broń, przez radio Nika określała go jako statek wojsk tego tam ich królestwa. Chętnie zobaczyłby uzbrojenie w akcji. Wojskowi bali się jednak ruszyć to ustrojstwo, podobno miało eksplodować przy każdej próbie ingerencji, i miała być to jakaś nuklearna eksplozja. Ethan nie wierzył, że nie da się tego jakoś obejść, ale wiedział, że dziewczyna nie żartowała, że była w stanie wysadzić w powietrze ten statek, żeby tylko technologia nie wpadła w ich ręce. Jego zadaniem było przekonanie Niki, że pełna współpraca to najlepsza opcja.

    Ale dlaczego tiopental na nią nie zadziałał? Początkowo szło dobrze, rozluźniła się i rozgadała. Ale potem stało się coś dziwnego. Najpierw twierdziła, że ktoś za nią stoi, po czym nagle otrzeźwiała. I, do cholery, dlaczego w jej krwi nic nie wykryto, skoro dosłownie chwilę wcześniej wstrzyknął jej drugą dawkę? Przewinął do tego momentu i obejrzał go jeszcze raz. A potem jeszcze raz. Ech, nic to nie da, musi przespać się i usiąść do tego ze świeżą głową. Wcisnął pauzę i wtedy to zobaczył. Na zatrzymanej klatce tuż za Niką stała niewyraźna humanoidalna postać, jakby utkana z ciemnozielonego światła. Ledwo odcinała się od tła. Wydawała się płaska, namalowana, a jedynym detalem jej twarzy były jaskrawe brązowe oczy. 

    Najpierw pomyślał, że to wyobraźnia podsuwa mu ten obraz, że zmęczony mózg nie radzi sobie z odróżnianiem imaginacji od rzeczywistości. Przetarł oczy, ale postać wciąż tam była. Cofnął nagranie, klatka po klatce. Niczego nie było. Teraz do przodu, i jest. Znów tam stoi. W sumie widział ją tylko na dwóch klatkach. Po jej zniknięciu przesłuchiwana natychmiast usiadła prosto, a działanie tiopentalu jakby ustało. 

    Ethan Hill podniósł słuchawkę telefonu i wybrał numer kierownika analityków, żeby upewnić się, że nie oszalał i nie tylko on to widzi.


niedziela, 22 listopada 2020

rozdział 12

    Nikka wyprostowała się na krześle i jeszcze raz popatrzyła na wszystkich zgromadzonych w tym ciasnym pomieszczeniu, tym razem już w pełni przytomnym wzrokiem. Kamilla miała podkrążone oczy, jakby ostatnio nie sypiała zbyt dobrze. Pan Hill skrzyżował ręce na piersi i czujnie ją obserwował. Kolonel Margareti nawet nie usiadł, stał z boku i sprawiał wrażenie, że niezbyt mu się to wszystko podoba. Chyba nie zauważyli niczego dziwnego, nie poczuli tej obecności. A ona? Teraz chciało jej się płakać ze szczęścia. To już drugi raz, kiedy bogowie ją uratowali. Tym razem była to najprawdopodobniej Pani Zoyanna, to ciepło i kojąca moc jest utożsamiana właśnie z nią. Podziękuje jej, podziękuje im wszystkim, niech tylko dadzą jej chwilę spokoju. Ale najważniejsze, że wszystko będzie dobrze, teraz wszystko już będzie dobrze.

   Kamilla znów zaczęła mówić o statku, Nikka zignorowała ją i patrząc Hillowi prosto w oczy oświadczyła:

    - Twój specyfik już na mnie nie działa.

    Mężczyzna zmierzył jej puls, po czym wstrzyknął kolejną, trochę większą dawkę. Rozmawiał przy tym z Antonym. Nie brzmiało to jak kłótnia, ale raczej się ze sobą nie zgadzali. Kamilla nie tłumaczyła.

    - Słuchaj, wiem, że dostałaś takie rozkazy i nie mam ci tego za złe - powiedziała jej Nikka - ale od teraz będę cię ignorować. Jak chce coś ode mnie wyciągnąć - kiwnęła głową w stronę Hilla - niech postara się bardziej.

    Mijały minuty a ona i Hill wpatrywali się w siebie, oboje uśmiechali się trochę drwiąco, trochę lekceważąco. Mijały minuty, a Hill coraz częściej spoglądał na zegarek. Czyżby zaczynał się niepokoić? Kamilla coś mu tłumaczyła, warknął na nią zniecierpliwiony. Teraz do rozmowy włączył się Margareti, wyglądało na to, że stanął po stronie kobiety. Przez chwilę rozmawiali, po czym Hill obejrzał dokładnie swoją fiolkę z żółtym płynem, popatrzył na Nikkę, powiedział coś jeszcze i wyszedł.

    - Kolonel pyta, czy dobrze się czujesz - przetłumaczyła Kamilla.

    - Tak, nic mi nie jest. 

    - Nie boli cię głowa, nie chce ci się… no wiesz… - pokazała coś mającego zapewne oznaczać wymioty.

    - Dawno nie czułam się tak dobrze. Mówiłam już, to coś już na mnie nie działa.

    - Oni twierdzą, że to niemożliwe.

    - Niemożliwe… Wy naprawdę nie rozumiecie, co się tu wydarzyło? - Nikka uśmiechnęła się do nich tak, jak czasem uśmiecha się do naprawdę małych dzieci.

   Nie rozumieli. Pytali, co ma na myśli, ale machnęła ręką i przestała im odpowiadać. Kamilla tłumaczyła jej, że nikt nie chce jej skrzywdzić, że przecież dostały pomoc i gościnę, więc wypadałoby się odwdzięczyć, że to tylko kilka informacji… Nie dała wciągnąć się w rozmowę. Hill w końcu wrócił. Przyprowadził ze sobą medyka, który przyniósł własną fiolkę. Pustą.

    Kamilla powiedziała, że chcą jeszcze trochę jej krwi do badań, wystawiła więc ramię kolejny raz. Medyk zawahał się widząc dwa ślady po wkłuciach, zerknął nerwowo na wciąż leżącą na stole metalową kasetkę, ale nic nie mówił. Pobrał próbkę szybko i sprawnie, po czym wyszedł razem z panem Hillem. Po dłuższej chwili kolonel Margareti również wyszedł zabierając tłumaczkę ze sobą. Nikka została sama.

Śmiertelna dziękuje.

Biorą jej słowa, karmią się nimi, rosną.

Inni śmiertelni milczeli, nie wzywali ich, nie prosili, nie dziękowali.

Trzeba będzie to zmienić, myślą zielone oczy.

Tak, trzeba będzie.

Inne oczy się z nim zgadzają.


środa, 18 listopada 2020

rozdział 11

    Obyło się bez worka i asysty strażników. Oni co prawda nie zniknęli, ale trzymali się w pewnej odległości. Nikka zauważyła też, że dwóch pilnuje wejścia do pokoju dziewczyn. Szpital w tym miejscu wydawał się być dziwnie opustoszały. Mogła się mylić, ale wydawało się jej, że powinno być tu więcej chorych i personelu. Może wszystkich przeniesiono, żeby utrzymać pobyt Ingi i Kalii w tajemnicy? 

    Nie poszli daleko, jedynie do małego pokoju tuż za zakrętem korytarza. Do środka weszła tylko czwórka: Nikka, tłumaczka, kolonel i pan Hill. Straż ustawiła się przed wejściem, Nikka zdążyła to zauważyć zanim zamknięto drzwi. W pokoju były tylko krzesła, stół i jakieś elektroniczne urządzenie na trzech cienkich nogach połączone czarnym kablem ze ścianą. Czyli znów przesłuchanie. Dziewczyna westchnęła i nieproszona usiadła na pierwszym wolnym krześle. Ten cały Hill nie wydawał jej się najprzyjemniejszym typem, ale czego by jej nie robił, powiedziała sobie, że wytrzyma przynajmniej tę noc. Jeśli będzie naprawdę źle, podda się rano i poda im kod. Jeden. 

    A może będzie dobrze i niepotrzebnie ma czarne myśli. Patrząc prosto w szarobłękitne oczy pana Hilla oświadczyła:

    - Nie podam wam kodu do mojego statku. Jeśli chcecie, możemy porozmawiać o czymś innym.

    Kamilla przełożyła jej słowa, ale brodacz nie zareagował. Poprawił ten dziwny sprzęt podobny do lunety, skierował go szklanym okiem w stronę Nikki. Czy to był jakiś system z sensorem? Może, ale tak naprawdę mogła tylko zgadywać. Z tylnej kieszeni spodni wyjął płaskie metalowe pudełko i położył tuż przed nią. To miało ją przestraszyć? Co zabawne, jego spodnie miały wiele kieszeni, z przodu, z tyłu, a także naszytych na nogawkach. Nikka nigdy nie widziała, by ktoś nosił coś tak dziwnego.

    Przez chwilę rozmawiał z Antonym, który jakby nie był zadowolony z tego wszystkiego, co tu się działo. Spojrzał na Nikkę prawie że współczującym wzrokiem.

    Hill kazał jej zdjąć kurtkę, po czym otworzył pudełko. W środku była strzykawka z igłą i jakiś żółty płyn w szklanej ampułce. Nabrał trochę do strzykawki, fachowo, jakby robił to nie pierwszy raz. Gestem kazał jej odsłonić żyły w zgięciu łokcia. Nie protestowała, chociaż teraz zaczynała się naprawdę bać. Zniosłaby bicie czy wrzucenie do lochu, ale w tej strzykawce mogło być wszystko.

    Niech bogowie dadzą mi siłę - pomyślała, kiedy igła wbiła się w jej ciało.

Śmiertelna prosi.

Brązowe oczy widzą prośbę.

Zaglądają w duszę śmiertelnej.

Śmiertelna jest oddana, śmiertelna jest czysta.

Śmiertelna boi się.

Rzadko prosi o coś dla siebie, ale teraz się boi.

Nie chce zawieść.

Teraz śmiertelna dostanie łaskę.

    Przez jakiś czas nic się nie działo, ale tak chyba miało być, bo obaj mężczyźni nie okazywali zaniepokojenia. Zagadała do Kamilli, która wydała jej się zmęczona, ale ta nie udzieliła jej odpowiedzi. 

    - Kamilla, przecież widzę, że nie czujesz się dobrze. Słuchaj, ty wyglądasz gorzej ode mnie, a to przecież mnie tu trzymają, ty sobie możesz wyjść. Chociaż nie jest tu tak źle, słuchaj, w kopalni tellarium to dopiero było słabo… Ale uciekłam stamtąd, uciekliśmy razem, i jak będzie trzeba, to stąd też ucieknę… - Nikka zaczęła się śmiać. Ogarnął ją dziwny nastrój, jakby wypiła za dużo wina i musiała już teraz, natychmiast wszystko komuś opowiedzieć. Usłyszała, że brodaty pan śmieszne spodnie Hill mówi coś do Kamilli. Czemu on do niej mówi? Przecież to jej przyjaciółka!

    - Nika, mówiłaś mi kiedyś, że polecimy twoim statkiem. Razem. Ty i ja - Kamilla wreszcie się odezwała.

    - Pewnie, polecimy. Ale nie pozwolą mi wyjść. Trzymają mnie tu i nie wypuszczą - Nikka nagle posmutniała. A co jeśli zostanie tu już na zawsze? 

    Hill znów coś powiedział.

    - Nika, ja się zaopiekuję twoim statkiem, przysięgam. Będzie u mnie bezpieczny. A jak wyjdziesz, to polecimy nad morze.

    - Słuchaj, Kamilla, ja cię lubię… Ale nie mogę ci dać statku, nie mogę go dać nikomu. Rozumiesz? Nie mogę i tyle… 

    Hill znów mówił, Nikka się zdenerwowała. Ona tu rozmawia, niech on zamknie tę brodatą gębę! Spojrzała na niego groźnie. Jej wzrok padł też na leżącą na stole strzykawkę i udało jej się połączyć wątki: to coś, co jej wstrzyknął sprawiło, że teraz czuła się jak pijana. A Kamilla chciała rozmawiać tylko o statku. A więc tak chcieli wyciągnąć kod!

    - Posłuchaj - powiedziała do Hilla. - To ci się nie uda. Ani tobie, ani tobie - oskarżycielsko wskazywała palcem kolonela i tłumaczkę. - Nie będę z wami… - urwała nagle i przez chwilę wpatrywała się w przestrzeń z głupio otwartymi ustami. - A teraz ktoś za mną stoi, co? Nie odwrócę się, niech sobie stoi, a ja się nie odwrócę!

    Faktycznie czuła jakąś obecność. Miała wrażenie, jakby ktoś bardzo intensywnie wpatrywał się w sam środek jej głowy. Nie było to nieprzyjemne, raczej kojące i uspokajające. A potem poczuła na ramieniu ciepły dotyk i otumaniające działanie żółtego płynu nagle zniknęło, jakby nigdy nie krążył w jej żyłach.

niedziela, 15 listopada 2020

rozdział 10

    Trzymali ją w tym pokoju przez dwa kolejne dni. Dostała nowe ubranie, materac i gruby koc, pozwolono jej się umyć, dostarczano posiłki, prowadzano do toalety - wszystko pod nadzorem co najmniej dwóch uzbrojonych ludzi. Wykorzystała ten czas na odpoczynek. Dużo spała, jadła - tutejsze jedzenie było tłuste, ale po ośmiu miesiącach więzienia i tułaczki po górach właśnie tego jej było trzeba. Czasem obserwowała żołnierzy i starała się wprawić ich w zakłopotanie bezpośrednim gapieniem się, ale to byli zawodowcy, ignorowali ją po mistrzowsku. Zauważyła, że niektórzy tutejsi ludzie mieli bardzo ciemną, brązową skórę. Nigdy nie spotkała nikogo takiego na Amarze, a jej miasto było wielkim, ruchliwym portem, po którym kręcili się ludzie ze wszystkich stron świata. Mieszkańcy Południowego Archipelagu zawsze byli mocno opaleni, ich styl życia opierał się głównie na przebywaniu na świeżym powietrzu, ale nikt nie miał aż tak ciemnej skóry. 

    Humor poprawił jej się na tyle, że czasem mówiła do siebie, albo śpiewała jakąś piosenkę. Często się modliła. Nie do końca zdawała sobie z tego sprawę, ale po każdej modlitwie nabierała coraz większej pewności, że wszystko będzie dobrze. Po prostu czuła, że w końcu uda jej się wrócić do domu i zobaczyć piękne szare amarskie niebo.

    Kolonel Margareti kilka razy dziennie próbował wypytywać ją o kody do Płaszczki i technologie użyte do budowy statku. Za każdym razem odmawiała, a on na razie poprzestawał tylko na pytaniach. Czasem denerwował się i zaczynał krzyczeć, ale nie posunął się jeszcze do gróźb i bicia. Jak na razie to był najmilszy przesłuchujący, z jakim miała do czynienia i wciąż ciężko było jej uznać go za wroga. Najgorsze było to, że zabronił Kamilli z rozmawiać z nią na tematy inne niż statek. Nikka mogła tylko zadawać pytania, na które tłumaczka za każdym razem odpowiadała tak samo: najpierw podaj kody.  

    Każdego wieczoru odwiedzał ją medyk, ten sam, który bandażował jej dłonie zaraz po lądowaniu. Zmieniał opatrunki, badał ją różnymi przyrządami, pobrał kilka fiolek krwi do analizy. Nawet grzebał jej w gardle jakimś patykiem, nie miała pojęcia po co. Był przyjaźnie nastawiony, ale przez barierę językową mogli tylko uśmiechać się do siebie.

    Trochę martwiła się o Ingę i Kalię, ale tłumaczyła sobie, że skoro jej nie skrzywdzili, to tym bardziej nie mają powodu, by robić im coś złego. Chętnie poprosiłaby o spotkanie z dziewczynami, ale na razie nie było ku temu okazji.

    Okazja sama się znalazła. Trzeciego dnia izolacji, późnym wieczorem, razem z medykiem przyszli do niej Kamilla Pik i Antony Margareti w towarzystwie nieznanego jej brodatego i łysiejącego mężczyzny w średnim wieku. Ktoś ważny zadecydował, że może odwiedzić przyjaciółki pod warunkiem, że będzie słuchać Margaretiego i nie sprawiać problemów, cokolwiek miałoby to znaczyć. Zgodziła się.

    Na głowę założyli jej czarny worek. Rąk nie skuli, chociaż chyba przez chwilę się nad tym zastanawiali. Prowadziło ją dwóch strażników. Razem wsiedli do jakiegoś auta, jechali dłuższą chwilę: tutejsze pół godziny, może więcej. Wysiadka, krótkie przejście po odkrytym terenie - czuła wieczorny chłód - jakiś budynek, schody, echo kroków w korytarzu. Drzwi, krótka wymiana zdań pomiędzy mężczyznami. Wreszcie zdjęli jej worek. Białe światło lamp boleśnie poraziło jej oczy.

    Ale w pokoju, w którym się znalazła, były też Inga i Kalia. Młodsza dziewczyna siedziała na jednym łóżku.

    - Nikka , ty żyjesz! - wykrzyknęła.

   - Nie chcieli nam powiedzieć, co się z tobą dzieje - odezwała się Inga leżąca na drugim łóżku. Wyglądała lepiej, chociaż wciąż dużo brakowało jej do szczytowej formy. Obok ciągle stały jakieś urządzenia wyglądające na aparaturę medyczną. Najwidoczniej był to szpital.

    - Tak, żyję. Chociaż nie wiem, ile to jeszcze potrwa - Nikka uśmiechnęła się smutno. Z tyłu Kamilla tłumaczyła każde ich słowo kolonelowi i temu brodatemu mężczyźnie.

    - Co się dzieje? - spytała poważnie Inga.

    - Otóż bardzo interesuje ich nasz statek. Tak bardzo, że już raz przy nim grzebali i musiałam wyłączyć autodestrukcję. I mój przyjaciel Antony ciągle o niego wypytuje.

    - Do nas też przychodzi taki jeden wojskowy z tłumaczem, rozmawiamy o różnych rzeczach. O statek też pytali, ale ja się nie znam na statkach - stwierdziła Kalia. 

    - Ja też się nie znam, pierwszy raz takim leciałam. Ale ty… Nic im nie mów. Nawet jakby… no, wiesz co - w głosie Ingi dało się teraz wyczuć twardsze nuty. Nikka przysiadła na jej łóżku.

    - Wiem, co muszę robić - obie spojrzały na Kalię, a potem Nikka zmieniła temat. Wiedziały, że lepiej o tym nie mówić przy Amerikanach. -  No, a jak ty się czujesz? Powiedzieli ci jak bardzo oberwałaś?

    -  Mam pęknięte żebra i mnóstwo siniaków. Będę żyć - westchnęła. - Myślałam, że jest ze mną gorzej, ale to chyba od przeciążeń w trakcie lotu.

    - Które to było przesłuchanie, drugie, trzecie? Chcieli cię jeszcze zachować w miarę dobrym zdrowiu do następnej tury - spekulowała Nikka.

    - Skurwysyny - Kalia podsumowała okrucieństwo żołnierzy Murkey.

    - Ej, młoda, skąd ty znasz takie słowa? - zaczepiła ją Inga.

    - Od ciebie. Sama ich tak nazwałaś, nie pamiętasz? 

    Rozmowa zaczęła im się kleić, ale przerwało ją pytanie zadane przez Kamillę:

    - Pan Hill chciałby wiedzieć, dlaczego byłaś przesłuchiwana.

    Wszystkie trzy spojrzały na rzeczonego pana Hilla, którym zapewne był ów brodacz.

    - Żołnierze wroga okupujący nasze królestwo chcieli ustalić, czy Inga należy do Armii Wyzwoleńczej - odpowiedziała szybko Nikka. Inga nie zaprotestowała. Może nie chciała udawać cywila, ale to Nikka była wyższa stopniem i ona ustalała strategię w takich sytuacjach.

    - A należy?

    - A czy to ważne? Ta wojna została w naszym świecie, tutaj nie mamy wrogów. Tutaj jesteśmy tylko rozbitkami szukającymi pomocy. Za którą bardzo dziękuję, w imieniu swoim i moich towarzyszek.

    Nikka wstała i ukłoniła się dwornie. Nie kolonelowi, nie tajemniczemu panu Hillowi, a Kamilli. Kobieta zakłopotała się tym, próbowała wyjaśniać, że tutaj nie trzeba się nikomu kłaniać. Pan Hill, który najwidoczniej objął teraz dowództwo, powiedział coś do niej stanowczo. 

    - To koniec widzenia, teraz pójdziesz z nami - przełożyła tylko część jego słów. Na pewno powiedział do niej znacznie więcej.

    - Pozwolili mi tu przyjść, bo obiecałam, że będę grzeczna - szybko wyjaśniła dziewczynom. - Ale jeszcze się spotkamy.

    - A jeśli nie? - spytała zaniepokojona Kalia.

    - To i tak damy sobie radę - odpowiedziała Inga, i było to dokładnie to, co chciała powiedzieć Nikka. 


środa, 11 listopada 2020

rozdział 9

    Oczywiście, nie wytrzymali nawet godziny i zaczęli coś kombinować z Płaszczką. Nikka spuściła głowę by ukryć uśmiech. 

    - Mówiłam, nie dotykać, nie otwierać. Teraz wybuchnie. Duży wybuch, duże zniszczenia. 

    Kamilla przełożyła to wojskowym.

    - Mogę wyłączyć, ale wy już nie dotykać statku nigdy, przysięga - dodała Nikka. Po chwili kolonel Antony wygłosił do niej coś, co po przełożeniu brzmiało mniej więcej tak:

    - Idziemy i wyłączysz wycie. Wyłączysz alarm, my zbadamy statek. Inaczej nie ma jedzenia, nie ma leków, nie zobaczysz przyjaciółek.

    W odpowiedzi Nikka rozsiadła się lepiej na krześle i skrzyżowała ręce na piersi w uniwersalnym lekceważącym geście.

    - Nie - powiedziała tylko. Tego nie trzeba było tłumaczyć. Kolonel zdenerwował się, zaczął prawie że krzyczeć. Nerwowość udzieliła się też żołnierzom z karabinami. Tłumaczka wyglądała na przestraszoną. 

    - Ja wyłączę, sama. Wy nie dotykać więcej statku, przysięga. Następnym razem wybuch szybko - powtórzyła Nikka. Oprócz tego, że statek był jej kartą przetargową i niezłą drogą ucieczki, chodziło jej jeszcze o jedno. Najwidoczniej nie znano tu niektórych technologii powszechnych już na Amarze. Przekazanie silników z zimną fuzją tym ludziom, tym Amerikanom, zostałoby potraktowane jak zdrada. A w Akurii zdradę karano tylko w jeden, niezwykle ostateczny sposób. 

    Nie sądziła jednak, że pozwolą jej pójść do statku. Myślą, że blefuje. Trudno. Już i tak długo uciekała przed śmiercią. Teraz przynajmniej koniec będzie szybki. Reaktory zimnej fuzji były bezpieczne w użytkowaniu, a tellarium używane jako paliwo prawie nie wytwarzało szkodliwego promieniowania. Ale przy odpowiednich ustawieniach potrafiły też wybuchać jak te nieudane eksperymenty z gorącą fuzją, i taką właśnie autodestrukcję ustawiła w systemie. Jeśli dobrze pamięta ze szkoły, wybuch reaktora tej mocy powinien zniszczyć wszystko w promieniu trzech czwartych mili, czyli te budynki obok lądowiska i jeszcze kawałek miasta obok. Resztę wykończą pożary i promieniowanie.

    - Ile jeszcze czasu? Zanim wybuch? - z zamyślenia wyrwała ją tłumaczka. Nie tłumaczyła niczyich słów, podeszła do niej z własnej inicjatywy.

    - Nie wiem, niedużo. Nie wiem kiedy alarm się włączył. Ustawiłam godzinę. Wasze godziny chyba dłuższe od naszych - Nikka wskazała na zegar wiszący na ścianie biura. Wyglądał identycznie jak zegary w jej świecie, cyfry oznaczające godziny też były podobne, ale wskazówki poruszały się jakby wolniej. Niewiele, ale miała wrażenie, że tutejsze sekundy są trochę rozciągnięte w czasie.

    - My tu bezpieczni?

    - Och, nie - Nikka uśmiechnęła się do niej, i było w tym uśmiechu coś szalonego. - Wszyscy zginiemy. Tu i w mieście. My szybko, tamci będą cierpieć, chorować. To wybuch jądrowy, znasz? Atom, rozszczepienie, promieniowanie.

    Twarz Kamilli zmieniła się nagle. Wcześniej była niespokojna, teraz wyglądała na kompletnie przerażoną. Podbiegła do kolonela i zaczęła mu coś gorączkowo tłumaczyć. Nikka obserwowała ich obojętnie. Naprawdę nie wiedziała kiedy statek wybuchnie. Jeśli zaczęli przy nim grzebać tuż po ich odejściu, to może eksplodować w każdej chwili. 

    Rozmowa przyniosła jakiś skutek, bo kolonel Antony umilkł i zaczął na nią intensywnie patrzeć. Prawie tego nie zauważyła, zajęta własnymi myślami. Z odrętwienia wyrwał ją dopiero głos Kamilli:

    - Chodź, idziemy wyłączyć statek.

    - My? Ja i ty?

    - Ja, ty i oni - wskazała na wojskowych.

    - Nie, ja i ty. Oni daleko od statku. Nie pozwolę patrzeć. Słuchaj, wiem, że nie chcesz umierać - złapała tłumaczkę za ramię - ale mnie jest wszystko jedno. Albo robimy to po mojemu, albo wybuch.

    - Mam dzieci, proszę… - w oczach Kamilli zalśniły łzy. 

    - A ja mam obowiązki. Chcesz żyć, przekonaj go - Nikka się nie ugięła. Owszem, miło byłoby jeszcze pożyć, w końcu miała dopiero dwadzieścia lat. Kiedyś miała plany na przyszłość: skończyć szkołę, znaleźć najlepszą pracę, jaką będą chcieli dać komuś z tak marnym pochodzeniem, kupić dom dla matki w lepszej dzielnicy… Wyjść za mąż, jeśli znalazłaby odpowiedniego mężczyznę. I co z nich wyszło? Przez wybuch wojny nawet nie skończyła szkoły. I teraz jeszcze ten świat, niby podobny, ale jednak obcy. Obiecała dziewczynom, że znajdzie drogę do domu, ale ta perspektywa w tej chwili wydawała się bardzo odległa. Teraz pozostało jej tylko pomodlić się o zdrowie i pomyślność dla matki, o ile ta jeszcze żyła.

    - Jest zgoda, możesz iść sama - słowa Kamilli ledwo do niej dotarły. - Odprowadzą nas, ale do statku idziesz sama.

    - Dobrze, w takim razie idę. Chodź ze mną, proszę. Wszystko jedno, czy będziesz tu, czy tam.

    Tłumaczka zawahała się, ale w końcu potaknęła. Wyszły z biura w asyście czarno umundurowanych żołnierzy. Antony Margareti i ten drugi oficer również im towarzyszyli, ale trzymali się z tyłu. Już na korytarzu Nikka usłyszała basowy pomruk. Statek korzystał z syreny przeciwmgłowej i co kilka sekund wyrzucał z siebie ostrzeżenie. Przerwa pomiędzy nimi wynosiła jakieś trzy sekundy. Czyli nie jest źle, ma jeszcze około pół godziny. Trochę jej ulżyło. Wyglądało na to, że zdąży bez problemu.

   Mimo to przyspieszyła kroku. Na zewnątrz dźwięk syreny przenikał wnętrzności i pozostawiał dziwne uczucie w żołądku. Żołnierze oczywiście najchętniej weszliby z nią na pokład i przejęli kontrolę nad Płaszczką. Zatrzymała się w miejscu, w którym medyk wcześniej opatrywał jej dłonie, i poprosiła, by się zatrzymali.

    - Teraz ja. Wyłączę wybuch. Ale wy nie dotykajcie statku. Następnym razem wybuchnie szybciej, mogę nie zdążyć. Pani Kamillo, zechcesz mi towarzyszyć?

    Kolonel Margareti powiedział coś do swoich ludzi. Rozstawili się w luźnym szyku, broń trzymali w pogotowiu.

    - Jeśli spróbujesz uciec, będą do ciebie strzelać - wyjaśniła Kamilla. Nikka nie odpowiedziała, spojrzała tylko na tłumaczkę pytająco.

    - A, co mi tam - stwierdziła tamta. - Jeszcze nie widziałam czegoś takiego z bliska.

    Podeszły więc obie do statku. Nazwa Płaszczka nie wzięła się znikąd, przypominał tę rzeczną rybę kształtem. Był z grubsza owalny, i cóż, płaski. Od góry wystawał tylko pokryty przezroczystym tworzywem kokpit, a z tyłu dwa ruchome silniki umieszczone pod sterczącymi w górę statecznikami rufowymi. W tej chwili stał na wysuniętych kołach z uniesionym dziobem i było widać zarówno jego pomalowany na szaro spód, jak i wierzch w różnych odcieniach granatu i zieleni imitujących kolor morza. 

    - Skąd znasz nasz język? - spytała szybko Nikka, kiedy tylko oddaliły się trochę od żołnierzy.

    - A skąd wy go znacie? Jest stary i już nikt u nas nim nie mówi, ale w wielu krajach mówi się językami, które pochodzą od niego. Tak jakby twój był ojcem, a one dziećmi. Ja badam je wszystkie.

    - Rozumiem - stwierdziła Nikka, ale w głowie miała zamęt. Czyli kiedyś ludzie gdzieś tutaj mówili tym samym językiem, ale teraz już nie mówią, mają podobne… - Kiedy to było? 

    - Jakieś tysiąc lat temu, tysiąc dwieście.

    Pisana historia Akurii i Tellarii, najstarszych państw Amaru, liczy sobie nieco ponad osiemset lat. To mogłoby się zgadzać. Nie, teraz Nikka nie mogła o tym myśleć, ma jedną autodestrukcję do powstrzymania.

    Doszły do burty statku, do miejsca, w którym kończyło się skrzydło. Tamtędy zwykle wchodziło się na pokład i tam znajdował się pierwszy panel kontrolny. Mogłaby wszystko wyłączyć stąd, ale wolała wprowadzić główny kod w kokpicie, z dala od oczu żołnierzy, którzy na pewno obserwowali ją za pomocą lunety czy czegoś podobnego. Ona by tak zrobiła. Otworzyła panel i wklepała tu tylko pierwszy kod zasłaniając ekran swoim ciałem i drugą ręką. System przyjął go, otworzył też właz na tej burcie. Tłumaczka z ciekawością dotykała kadłuba.

    - To nie jest metal? - zapytała zdziwiona w przerwie pomiędzy dźwiękiem syreny.

    - Tworzywo - rzuciła jej Nikka w odpowiedzi i zaczęła wspinać się po skrzydle w stronę kokpitu. - Jak chcesz, to chodź za mną.

    Kamilla chciała, ruszyła więc śladem Nikki, ale włażenie na górę nie szło jej tak dobrze. Dotarła tam w momencie, w którym syrena wreszcie przestała wyć. Weszła na pokład i usiadła za fotelem głównego sternika, dokładnie tam, gdzie wcześniej siedziała Kalia.

    - Dwuetapowa weryfikacja, potwierdź.

    Potwierdzam.

    - Czas do autodestrukcji: trzydzieści sekund, potwierdź.

    Potwierdzam.

    - Syrena ciągła, potwierdź.

    Potwierdzam.

    - Dobry system - Nikka uśmiechała się radośnie. Pozostawiła go w stanie czuwania, w razie gdyby Amerikanie nie potrafili uczyć się na błędach. - Ustawiłam czas na pół minuty, słyszałaś. Następnym razem po prostu wybuchnie, więc wytłumacz kolonelowi, żeby nie ruszał mojego statku, wytłumacz mu tak, żeby wreszcie zrozumiał.

    - On myśli, że coś przed nim ukrywasz - powiedziała Kamilla. Zamilkła szybko, zupełnie jakby zdała sobie sprawę, że wyjawiła za dużo. Nikka odwróciła się w jej stronę z całym fotelem.

    - Ma rację. Nie mówię wszystkiego, bo mu nie ufam. Widzisz, prosiłam nie ruszajcie statku, ale ruszyli. On nie myśli, że ja jestem poważna. Myli się. Ale, to jest sprawa między mną a nim. Jak ci się podoba na pokładzie?

    - Och, jest super, to znaczy tak, bardzo mi się podoba. Jest podobnie jak u nas, ale inaczej…

   - To samo myślę o waszym świecie. Podobny, tak, ale inny. I niebo. Jest niebieskie, tak bardzo niewłaściwe… - westchnęła spoglądając w górę. 

    - Ale widzisz, w waszym języku nazwa niebieski pochodzi od słowa niebo. Niebieskie niebo, pasuje do siebie, rozumiesz?

    - Tak, tak… U nas to tylko taka nazwa koloru, a niebo to niebo. Nikt tego ze sobą nie łączył - a może powinien, dopowiedziała sobie Nikka. Coraz mocniej wydawało jej się, że mają z tym światem zaskakująco dużo wspólnego. - Słuchaj, jak nam pozwolą, to zabiorę cię na lot. Tylko ciebie. Polecimy nad morze, porozmawiamy jak teraz. 

    Kamilla uśmiechnęła się do niej.

   - Lubię cię - powiedziała, łapiąc ją delikatnie za ramię. - Chcę z tobą rozmawiać. Ale proszę, nie wysadzaj statku. Naprawdę nie chcę umrzeć.

    - To nie zależy tylko ode mnie - Nikka odwróciła się. - I wracajmy już, zanim zaczną się niepokoić.

    Kiedy tylko opuściła statek, dwóch żołnierzy złapało ją z obu stron za ramiona i średnio delikatnie odprowadziło do biura. Nie zdziwiła się jakoś szczególnie. Wyobrażała sobie, jak bardzo wściekły musi być ich dowódca. Kamilla została na zewnątrz, zapewne za chwilę kolonel Antony zażąda od niej szczegółowego sprawozdania. Eskortujący ją mężczyźni zostali, by jej pilnować, broń mieli w pogotowiu. Nikka starała się nie zwracać na nich uwagi. Pierwszy raz, odkąd znalazła się na Erf, miała czas tylko dla siebie. Usiadła wygodnie przy biurku, schowała twarz w dłoniach i pogrążyła się w modlitwie.


rozdział 80

     Ostatnia godzina minęła nie wiadomo kiedy. Potem Nikka nie za bardzo pamiętała ten czas, czuła się podekscytowana i zdenerwowana jednoc...