sobota, 31 października 2020

rozdział 5

 Otworzyły się cztery pary oczu: zielone, brązowe, niebieskie i szare.

Otworzyły się i się nie otworzyły.

Istniały i nie istniały.

Tam nie istniały od zawsze, istniały, odkąd zostały nazwane przez śmiertelnych.

Tu nie istniały nigdy wcześniej.

Teraz zaistniały i nie zaistniały, wzywane przez śmiertelną.

Śmiertelna prosiła.

Nieśmiertelni pomogli.

    Bob Carrol miał do załatwienia zupełnie inną sprawę w zupełnie innej części bazy. Kiedy pomyślał o tym wieczorem, nie mógł sobie przypomnieć dlaczego wybrał drogę właśnie przez centrum łączności. Cóż, wszedł do niego, może dlatego, że kręciło się tam więcej ludzi niż zazwyczaj. Teraz zobaczył tam kilkanaście osób wsłuchanych w rozmowę pilota z jakąś kobietą. Próbowali ustalić, w jakim ona języku mówi. Kilka osób twierdziło, że po rosyjsku, kilka, że nie, że to jednak coś innego. Babcia Boba pochodziła z Chorwacji, miał tam rodzinę, jeździł do nich na wakacje co kilka lat. Nigdy nie opanował dobrze ich języka, ale to, co usłyszał, wydawało mu się dziwnie znajome.

    - Słuchajcie, to brzmi podobnie do chorwackiego - powiedział nagle głośno. Wszyscy odwrócili się w jego stronę.

    - Widzicie, rosyjski, chorwacki, wszystkie te wschodnioeuropejskie dialekty są do siebie podobne - ucieszył się ktoś, kto wziął jego słowa za potwierdzenie swojej tezy.

    - Mamy tu tyle uniwersytetów, na pewno znajdzie się tam jakiś ekspert, który powie nam, co to dokładnie jest - tego Bob też nie planował powiedzieć, słowa jakoś tak same z niego… wyszły.

    - Nie powinno cię tu być Carrol, ale masz rację - głos dowódcy bazy zagrzmiał tuż za nim. - A teraz zjeżdżaj mi stąd i zapomnij, że cokolwiek tu słyszałeś.


środa, 28 października 2020

rozdział 4

    Pierwszą myślą Nikki było: poderwać maszynę i zmieść ich działkami plazmowymi. Ten lud miał niezłą technologię, ich statki powietrzne były szybkie i zwrotne. Ale broń na metalowe pociski? Na Amarze wyszła z użycia już jakieś osiemdziesiąt lat temu. Tylko hobbyści bawili się jeszcze pistoletami na naboje, w powszechnym użyciu były lasery, plazma i osłony energetyczne. Ci tutaj na pewno nie mieli osłon. Jedna salwa z działek i te ich głośne silniki eksplodowałyby jak małe słońca.

    Ale wtedy już na pewno nie znajdą u nich pomocy. System twierdził, że osłony mają dziewięćdziesiąt sześć procent mocy. Statek wroga - Nikka zaczęła go tak automatycznie nazywać - zrobił ciasny nawrót i posłał w ich stronę kolejną serię. Osłony przyjęły to dobrze, ich moc spadła tylko o jeden procent, który i tak za chwilę powrócił. Taki ostrzał nie zrobił na nich większego wrażenia. Natomiast to, co wystrzelił w Płaszczkę drugi wrogi statek, odniosło już jakiś skutek - szarpnęło, a system ostrzegł o nagłym wzroście temperatury w lewym silniku. Osłona trzymała, dziewięćdziesiąt jeden procent to było wciąż bardzo dużo.

    - Co to było, jakaś torpeda wystrzeliwana z powietrza? - zaniepokoiła się Inga. 

    - Coś w tym stylu, ale Płaszczka da radę, dopłyniemy do brzegu - oznajmiła Nikka. Według systemu zostało jeszcze dziewięć mil. - Nie sądzę, żeby strzelali do nas jak już opuścimy statek z rękami w górze.

    - Nie chciałabym umrzeć z rękami w górze - rzuciła Inga. Nikka wyczuła zaczepkę w jej głosie.

    - A ja wolałabym, żeby mnie rozstrzelali tymi ich zabytkowymi kulami, niż jak miałabym umrzeć tutaj z pragnienia. Zresztą wcześniej sama strzeliłabym sobie w łeb. Słuchaj Inga, ufałaś mi w więzieniu, ufałaś mi w trakcie ucieczki, zaufaj mi teraz, proszę. Nie wiem, gdzie jesteśmy, ale na pewno nie w domu. Chcę was utrzymać przy życiu, żebyśmy mogły tam wrócić i dalej walczyć. Proszę, pomóż mi w tym. Wiem, że jesteś silna i dumna i ciężko ci zaakceptować mój plan, ale pomyśl o tym jak o roli w teatrze. Zagraj ofiarę, zagraj kogoś, kogo nie będą się bać. Komu pomogą.

    - Dobrze - ciężko westchnęła. - Wyciągnęłaś mnie z więzienia, więc zrobię to dla ciebie. O ile dożyję, bo te skurwysyny nieźle mnie sponiewierały.

    Nikka uśmiechnęła się do niej.

    - Dasz radę. Kiedyś wyglądałam gorzej, a widzisz, chodzę i żyję. Tylko żebra już nigdy nie będą takie same… 

    - Złapali cię? - zainteresowała się Kalia.

    - A niby gdzie tak nagle zniknęłam osiem miesięcy temu? Złapali, ale na szczęście nie wiedzieli kim jestem. Inaczej… Wiecie, co by się stało, też mieliście szubienicę na rynku w Ellis.

    W kabinie Płaszczki zapadła cisza, nie licząc natarczywego głosu z radia i kolejnej eksplozji, tym razem na bakburcie. Nikka kontynuowała.

    - Byłam w kopalni, na robotach. Pewnie trafiłybyśmy w podobne miejsce, przynajmniej ja i ty - kiwnęła głową w stronę Kalii. - Murkey jakoś nie lubią ludzi z Armii, więc ty raczej nie opuściłabyś więzienia - te słowa skierowała do Ingi. - Zupełnie nie rozumiem dlaczego, przecież najlepsi Akurianie są w Armii.

    - Ja też chciałam do Armii, ale rodzice nie pozwolili mi wychodzić z domu! - krzyknęła Kalia. Inga i Nikka nie miały wyjścia, musiały zacząć się śmiać. Inga rozkaszlała się dość mocno, na szczęście nie pluła krwią. Złapała się jednak za bok, a w jej oczach zalśniły łzy. Płakała ze śmiechu czy z bólu? Nikka wolała nie pytać.

    - Dobra słuchajcie. Inga, usiądź wygodnie, odpocznij. I przygotuj się psychicznie, kiedy opuścimy statek, zaczyna się przedstawienie. Ja spróbuję jeszcze z nimi porozmawiać, chociaż to jak gadanie do konia… Chociaż nie, koń coś tam zrozumie.

    - A ja? Co mam robić? - Kalia też chciała poczuć się ważna.

    - Pomódl się. To nie powinno nam zaszkodzić - odpowiedziała jej Nikka. I mówiła to śmiertelnie poważnie.


środa, 21 października 2020

rozdział 3

    System Płaszczki wybrał opcję tak zwanego lądowania podwodnego: statek zanurzył się i przepłynął półtora tysiąca stóp pod powierzchnią morza, by wytracić prędkość i wynurzyć się dostojnie spomiędzy fal. Boczne krawędzie skrzydeł wygięły się ku górze tworząc burty. Statek mógł teraz pływać z prędkością do trzydziestu węzłów w sprzyjających warunkach. Sprawdzał się też jako łódź podwodna, aczkolwiek czas i głębokość zanurzenia były ograniczone. Osłona nieco ucierpiała, wyświetlacz informował, że jest sprawna w osiemdziesięciu dwóch procentach. Po chwili liczba ta zmieniła się na osiemdziesiąt trzy. Za kilkanaście minut powinna wzrosnąć do stu.

    Było jasne, że jeśli ci ludzie nie chcieli, żeby znalazły się na lądzie, to za wszelką cenę muszą to zrobić. Zwłaszcza, że nie miały wody ani żadnych innych zapasów, a jedna z nich potrzebuje pomocy.

    - Popłyniemy na ląd, znajdziemy plażę i przybijemy do niej - Nikka wyjaśniła swój plan dziewczynom. - Będziemy udawać bezbronne ofiary. Znajdziemy kogoś i poprosimy o pomoc. Jeśli trzeba, będziemy błagać na kolanach, ale musimy przeżyć, to nasz obowiązek.

    - Nie, słuchaj Nela, nie poddacie się ze względu na mnie - przerwała jej Inga. - To przeze mnie tu jesteście, to mnie zachciało ci się spektakularnie uratować. Ja jestem w Armii i rozkazuję wam przestać się mną przejmować i uciec gdzieś, może na wschód. Tam może znajdziecie jakieś przyjaźniejsze miejsce…

    - Nie nazywam się Nela Forpik - stanowczo przerwała jej Nikka. - Jestem Nikka Selino. Komandor Nikka Selino. Możecie mnie też kojarzyć jako Królową Piratów. 

    Jasne oczy Ingi wpatrywały się w nią z niedowierzaniem, natomiast młoda pisnęła z przejęciem:

    - Nie wierzę! Prawdziwa Królowa Piratów z Port Albis? Wszystkie chciałyśmy być jak ty!

    Nikka uśmiechnęła się do wspomnień. Faktycznie, na początku wojny wyrobiła sobie dość znaną markę. Do tego miejskie legendy przypisywały jej jeszcze czyny co najmniej kilku innych osób. A ona przecież tylko robiła swoje, kradła zaopatrzenie żołnierzom Murkey i przekazywała je nowo powstającej Armii Wyzwoleńczej. Trzeba było mieć jakiś pseudonim, więc coś wybrała, dobrze brzmiał. A że jej ludzie dorobili do tego całą historię i zaczęli malować na ścianach obrabianych magazynów czaszkę w koronie, to już nie jej zasługa. W pewnym momencie udało jej się mieć ten wóz bojowy i zrobić coś więcej, wtedy też było o niej głośno. Starała się jak mogła, to był jej obowiązek, jak wszystkich Akuryjczyków. Miała szczęście i udawało jej się działać skutecznie. Do czasu…

    - Nie polecam bycia mną, dobra passa skończyła mi się zdecydowanie zbyt szybko. A więc Ingo Warez, jaki to rozkaz chcesz mi wydać?

    - Żaden, pani komandor - odpowiedziała szybko Inga. - To ja oczekuję na rozkazy.

    Radio znów zatrzeszczało niezrozumiałymi głosami. Nikka wyciszyła głośnik. Miały tu teraz ważne rzeczy do obgadania.

    -  Powiedziałam już co chcę zrobić. A tak z ciekawości, jaki masz stopień?

    - Starszy mat, pani komandor.

    - Nie żeby to było ważne, żebym chciała cię oceniać po stopniu czy pochodzeniu - od razu zastrzegła Nikka. - Gardzę arystokracją, i tą starą, i tą nową. Chciwe sukinsyny, zależało im tylko na władzy i pieniądzach, i skończyło się, jak się skończyło… - wysyczała gniewnie.

    - Ale przecież walczysz za króla i królestwo, to Murkey chciałoby równości dla wszystkich - młoda wcięła się jej w słowo. 

    - Ktoś już kiedyś nazwał mnie rewolucjonistką-patriotką. Murkey wiele rzeczy robi dobrze, na nasze nieszczęście. Słuchaj, nie wiem, na ile znasz się na polityce, ale myślę, że jednak trochę słabiej ode mnie. Gdyby król faktycznie rządził Akurią, do tej wojny by nie doszło. Ale jeszcze wiele może się zmienić… - dodała cicho. - Dobra, nie jesteśmy w domu, ta dyskusja do niczego nie prowadzi. Przysięgam, że walczyłam za króla i królestwo, i że będę to nadal robić jak tylko wrócimy do domu, żeby nie było żadnych wątpliwości.

    - Myślisz, że kiedyś wrócimy? - spytała Inga.

    - Było wejście, to i jakieś wyjście musi się znaleźć. Będziemy go szukać. Na razie jednak mamy przetrwać. Przykro mi Inga, ale chwilowo zawieszam twoje członkostwo w Armii. Jesteś biedną ofiarą wojny, skrzywdzoną przez brutalnych najeźdźców, przez tych oprawców, którzy przyszli zabrać nam wszystko. Na pewno ci tutaj - Nikka zatoczyła ręką krąg wskazując na kanciaste statki latające ponad nimi jak padlinożerne ptaki nad umierającą ofiarą - będą nas wypytywać. Dla nich obie jesteście cywilami. Opowiadamy im te wszystkie propagandowe bzdury o Murkey, jacy to oni są źli, niedobrzy i okrutni. Mają nam współczuć.

    Inga skrzywiła się przy słowie “bzdury”. Nikka nie uznała za stosowne wytłumaczyć co miała na myśli. 

    - Teraz popłyniemy do brzegu. I, jako że odgrywamy bezbronne ofiary, musimy schować broń. 

    W trakcie ucieczki zdobyły jeden stary pistolet laserowy i dwa karabiny plazmowe. Karabiny były oczywiście akuryjskie, zarekwirowane przez armię Murkey tak samo jak Płaszczka, którą płynęły. Inga oddała swój karabin niechętnie. Widać było, że powstrzymuje się przed powiedzeniem czegoś nieprzyjemnego. Nikka poleciła systemowi otworzyć wszystkie schowki na pokładzie, po czym odwróciła się do młodej siedzącej w drugim rzędzie foteli:

    - A ty… Słuchaj, właściwie to jak masz na imię?

    - Kalia - odpowiedziała dziewczynka. Wyglądała na jakieś piętnaście lat, nie więcej. Była drobna i niezbyt wysoka. 

    - Dobrze, Kalia. Sprawdzisz te schowki, może jest tam coś przydatnego.

    Okazało się, że oprócz czterech jaskrawożółtych kapoków i jeszcze dwóch karabinów na Płaszczce nie było niczego więcej. Nikka dobrze kombinowała, powinien tu być zestaw racji na wypadek katastrofy, ale ktoś go zabrał. Została tylko manierka na wodę. Pusta.

    Kalia dołożyła ich broń do reszty i zatrzasnęła drzwiczki. Komandor Nikka poleciła systemowi zamknąć wszystkie schowki tak, żeby nie dało ich się łatwo otworzyć. Włączyła głośnik. Ten mężczyzna co chwilę coś do nich mówił. Weszła mu w słowo i nadała swój komunikat, chociaż nie sądziła, że to coś da:

    - Tu statek Płaszczka 14, Wojska Królestwa Akurii. Płyniemy do brzegu. Potrzebujemy pomocy, mamy ranną. Nie mamy zapasów. Powtarzam, potrzebujemy pomocy i nie mamy złych zamiarów.

    Odpaliła silniki, zrobiła szeroki zwrot na sterburtę i skierowała statek na zachód, ku lądowi. Nie minęło nawet pięć minut, a o osłonę zagrzechotała pierwsza seria pocisków, a obca maszyna przeleciała tuż nad ich Płaszczką.


 

czwartek, 15 października 2020

rozdział 2

    Każde amarskie dziecko wie, że niebo jest szare. Odkąd tylko nauczy się trzymać kredkę w rączce, maluje brązowy albo czerwony domek, zieloną trawkę, szare niebo i obłoczki. Albo łodzie na morzu płynące dostojnie pod szarym niebem. Nieważne czy pochodzi z Akurii, Murkey, Południowego Archipelagu czy tej słabo jeszcze zaludnionej Wielkiej Kordyliery. Gdziekolwiek by się nie było, wystarczy podnieść głowę, żeby stwierdzić, że kolor nieba to łagodna popielata szarość barwiona różnymi odcieniami czerwieni i bursztynu przy wschodach i zachodach słońca. Gdziekolwiek by się nie było na Amarze. Wyglądało na to, że to już nie jest Amar.

    - Czemu niebo jest niebieskie… - wyjąkała Inga. - Przecież nie bili mnie po głowie…

    - My też to widzimy, wszystko z tobą w porządku - uspokoiła ją Nikka. Tak naprawdę Inga była daleka od bycia w porządku. Potrzebowała doktora, i to szybko. - Wygląda na to, że… Jakby… Jakby to nie był świat, który znamy…  - w końcu wyrzuciła to z siebie.

    - Co by to nie było, lepsze to, niż więzienie - stwierdziła z tyłu młoda pasażerka o wciąż nieujawnionym imieniu. Nikka w duchu przyznała jej rację. Właśnie dlatego podjęła się tej ucieczki, która, niespodziewanie dla niej samej, udała się. Żołnierze Murkey zlekceważyli ją, uznali za zwykłą akuryjską dziewuchę, którą można złapać i zesłać do pracy w kopalni. Oczekując na transport zaprzyjaźniła się z Ingą, która okazała się należeć do Armii Wyzwoleńczej. Oczywiście zabrali ją na ostre przesłuchania, ale dziewczyna była twarda i nic nie powiedziała. Wtedy zabrali się też za Nikkę sądząc, że cierpienie koleżanki  skłoni Ingę do podzielenia się posiadanymi informacjami. Stąd te rany na dłoniach. Jeszcze nie bolały, jeszcze za dużo adrenaliny krążyło w jej żyłach. Niedługo zaczną i wtedy będzie się nimi martwić.

    Prawdę mówiąc liczyła na to, że ją zastrzelą. Inga mogła wydać parę osób, które i tak powinny się ukryć zaraz po jej aresztowaniu. Takie były procedury. Nawet gdyby Murkey ich dopadli, wciąż była to jedna komórka w jednym mieście. Ale gdyby przesłuchujący wzięli się za nią… W końcu wszystko by powiedziała, nie miała co do tego złudzeń. Może jej informacje na temat Armii Wyzwoleńczej w stolicy nie były już aktualne, w końcu minęło już osiem miesięcy odkąd była tam po raz ostatni, ale miała jeszcze ten jeden sekret, który powinien pozostać sekretem. Od tego mogły zależeć dalsze losy wojny.

    Dlatego też kiedy jeden z przesłuchujących Ingę mężczyzn wyszedł, natychmiast rzuciła się na drugiego. Tak, był od niej większy, ale ona od samego początku wojny nosiła w sobie gniew i furię. Prawie nie pamiętała jak to się stało, ręce trzęsły się jej z nadmiaru emocji, serce waliło tak mocno, że chyba było słychać je w całym skrzydle budynku, ale udało się jej zadusić go rzemieniem, tym samym, który przed chwilą zostawił krwawiące ślady na jej dłoniach. Zabrała mu broń, pomogła Indze wstać i razem szukały wyjścia. Nikka miała wrażenie, że każdy krok jest ostatni, że zaraz ktoś strzeli jej w plecy, i to będzie upragniony koniec. Jednak to ona zabiła dwóch żołnierzy prowadzących tą małą, a potem…

    - Widzę ląd na sterburcie - owa mała wyrwała Nikkę z rozmyślań. Faktycznie, po prawej stronie zielenił się wąski pasek lądu. Nikka skierowała tam statek, zmniejszyła też pułap lotu do tysiąca stóp. Z bliska ląd okazał się być wąskim, hakowato zakrzywionym półwyspem. Widziały plaże, lasy i skupiska białych, szarych i jasnobłękitnych domów. A więc ten świat był zamieszkany. Przez ludzi takich jak one? Nikka zeszła na sześćset stóp, by móc lepiej się przyjrzeć. Ich Płaszczka została już dostrzeżona. Ludzie - bo zdawali się być ludźmi - pokazywali ją sobie palcami, zatrzymywali się na ulicach, niektórzy machali. Może niebo ma tu niewłaściwy kolor, a na ulicach jest mnóstwo aut, tak jakby każdy miał własne, ale ludzie zachowywali się, cóż, jak ludzie, którzy zobaczyli coś niezwykłego. 

    Półwysep ostro skręcił na zachód. Przed nimi, na południu, było widać kolejny ląd, ale to mogła być tylko wyspa. Nikka postanowiła trzymać się linii brzegowej i skręciła razem z nią. Przelatywały teraz nad prawie niezamieszkałymi terenami, zwiększyła więc prędkość. Przed nimi otworzyła się nieduża zatoka, a na jej drugim brzegu było miasto. Nie było większe od Port Albis, stolicy Akurii, w której Nikka się wychowała, ale nigdzie na Amarze nie widziano takiej zabudowy. Budowano tu głównie z szarego kamienia - a może było to jakieś inne tworzywo? Szare były też drogi, przynajmniej w miejscach wolnych od aut. Bo ich tu nie brakowało. Żadna z dziewczyn nigdy nie widziała tylu aut w jednym miejscu. Nikka zatoczyła nad miastem dwa szerokie kręgi. Gdzieś na dole zawyła syrena, dokładnie takim samym wwiercajacym się w uszy nieprzyjemnym dźwiękiem, jaki rozlegał się w ich świecie w przypadkach trudnych do opanowania pożarów. Tu nic się nie paliło. Może nie znają tu statków powietrznych? Nie widziały żadnego. Na pewno mieli tu auta i zwykle morskie statki, kilka stało nawet tu w porcie pod nimi. Może dlatego tutejsi mieszkańcy tak się na nie gapią? Chociaż odkąd zawyła syrena, gapie zachowywali się jakoś inaczej, bardziej nerwowo. I nikt już nie machał. 

    Próba nawiązania łączności. Otworzyć kanał?

    Miły, aczkolwiek sztucznie brzmiący głos systemu pokładowego przerwał Nikce rozmyślania. 

    - Skanuj teren - rzuciła do systemu żałując, że nie wpadła na to wcześniej. Przecież system statku był podobny do tego z wozu bojowego, i na pewno miał te same funkcje wojskowe.

    Na głównym wyświetlaczu pojawiła się okrągła mapa okolicy z czarną kropką na środku symbolizującą Płaszczkę. System zaznaczył też poszarpaną linię brzegową i naniósł na wodę kilka zielonych kropek - statki w porcie. I trzy pomarańczowe, szybko poruszające się kropki na południowym zachodzie oznaczone złowrogim NIEZNANY. Zbliżały się.

    Ponowna próba nawiązania łączności. Otworzyć kanał?

    - Otwórz kanał - zgodziła się Nikka ciężko wzdychając. Z głośnika dobiegły trochę zniekształcone słowa wypowiadane z naciskiem przez mężczyznę. Powtórzył coś kilkukrotnie, za każdym razem kończąc pytaniem. Tyle zrozumiały, bo język, w którym przemawiał, był dla nich kompletnie obcy.

    Nikka kazała systemowi ustalić częstotliwość i nadać odpowiedź.

    - Tu statek powietrzny Wojsk Królestwa Akurii, Płaszczka 14. Nie mamy złych zamiarów. Potrzebujemy pomocy medycznej. Powtarzam, nie mamy złych zamiarów.

    W odpowiedzi dostały kolejną niezrozumiałą wypowiedź, trochę dłuższą od poprzedniej. Brzmiały w niej jakieś ostrzegawcze tony. 

    - Tak to sobie możemy gadać… - westchnęła Nikka i skorygowała kurs tak, by statek ustawił się dziobem do nieznanych kropek. Po chwili je zobaczyła. To były trzy statki powietrzne, małe i nieprzyjemnie kanciaste. Sprawiały wrażenie, jakby ich krawędzie były stworzone do cięcia. I zbliżały się bardzo szybko.

    - Włącz osłony - wydała systemowi kolejne polecenie. Nie wiadomo, czego można się spodziewać po mieszkańcach tego świata.

    Nie spodziewały się, że tutejsze statki powietrzne będą tak głośne. Przeleciały obok z hukiem powodującym ból w uszach. Inga jęknęła i wymamrotała pod nosem:

    - Niech ktoś to wyłączy… 

    Obce statki zawróciły zdumiewająco sprawnie i zrównały się z Płaszczką. Lecieli teraz razem na południowy zachód. Jeden ze sterników położył swoją maszynę do góry nogami tuż nad statkiem dziewczyn. Dzieliło ich nie więcej niż piętnaście stóp. Nikka podniosła głowę i spojrzała na mężczyznę. Głośnik statku znów wypluł z siebie niezrozumiałą wiadomość. Sternik wiszący ponad dziewczynami wzmocnił przekaz wymachując jedną ręką. W odpowiedzi Nikka rozłożyła ręce w geście mającym oznaczać, że niczego nie zrozumiała. Powtórzyła też swoją przemowę:

    - Tu statek powietrzny Wojsk Królestwa Akurii, Płaszczka 14. Nie chcemy zrobić wam krzywdy. Potrzebujemy pomocy medycznej.

    Obcy mały statek przyspieszył, po czym wyrównał pułap i leciał tuż przed ich dziobem. Dokładnie widziały jego rufę i rozgrzany do czerwoności wylot silnika. System wyświetlił powiadomienie o podwyższonej temperaturze. Jak widać ten lud nie opracował jeszcze technologii zimnej fuzji. Nikka próbowała przelecieć nad nim, ale Płaszczka była za wolna. Bez trudu ją wyprzedzał nawet przy najwyższej mocy silników i prędkości dwustu dwudziestu czterech węzłów. Dodatkowo inny sternik zablokował ją od sterburty, ba, zmuszał Nikkę do zmiany kursu i lotu w stronę otwartego morza. Zupełnie tak, jakby chcieli trzymać dziewczyny z dala od lądu.

    - Dobra, teraz złapcie się czegoś, znów będziemy spadać - Nikka uprzedziła pasażerki. Jej pomysł był ryzykowny, ale nie miała innego wyjścia. Przez dłuższą chwilę leciała całą naprzód, po czym wyłączyła silniki i skierowała dziób statku w dół. Nie było to spadanie jak poprzednio, kiedy leciały w dół jak kamień, ale wystarczyło.

    - System, oblicz trajektorię wodowania i przejmij stery - krzyknęła puszczając ster. Spojrzała przelotnie na swoje dłonie, które momentalnie zaczęły piec. Krew już przestała lecieć, więc zignorowała ból. System nie był inteligentny, nad takim uczeni dopiero pracowali, ale była pewna, że z szybkimi zmianami kursu poradzi sobie lepiej od niej. Posłusznie wyświetlił na kopule żądaną ścieżkę lądowania i włączył silniki na ćwierć mocy. Impet uderzenia w wodę powinien zostać pochłonięty przez osłony. Teraz Nikka skupiła się na Indze.

    - Trzymaj się, już niedługo - próbowała jej dodać otuchy. Dziewczyna była od niej parę lat starsza, ale teraz, rozczochrana i półprzytomna wyglądała bardzo młodo. 

    - Cieszę się, że mogę umrzeć tutaj z wami… - wyszeptała.

    - Ej, nikt tu nie będzie umierał, nie na mojej… - warcie, chciała dokończyć, ale w tym momencie statek przebił lustro wody. 


wtorek, 13 października 2020

rozdział 1

    Szarpnęło, błysnęło i statek nagle zaczął spadać. Silniki wciąż działały, system pokładowy nie sygnalizował żadnej usterki, a mimo to zamiast wznosić się i oddalać od pościgu - Nikka była pewna, że wyślą za nimi pościg - spadały teraz jak kamień, jakby grawitacja nagle wzrosła, i to co najmniej czterokrotnie. Dodatkowo w tej wielkiej chmurze nie było prawie żadnej widoczności. Zacisnęła wciąż krwawiące dłonie na sterze i przyciągnęła go maksymalnie do siebie. Statek powinien się wznieść, ale nie było żadnych rezultatów. 

    Nie żeby Nikka była ekspertką od latania. Nie była ekspertką od właściwie żadnego pojazdu. Wcześniej zdarzyło jej się tylko raz prowadzić ciężarówkę, kilka razy niedużą łódź należącą do jej wujka, no i trochę jeździła wozem bojowym, kiedy jeszcze go mieli. Na szczęście system tak ułatwiał sterowanie, że mogło to robić nawet dziecko. Teraz jednak wydawał się być bezużyteczny. Szarpnęła ster jeszcze raz, ruszała nim w różne strony, ale statek nadal spadał.
    - Ile zostało do morza? - usłyszała pytanie, zadane nieśmiałym głosikiem. To była pasażerka, ta młodsza. Dopiero przed chwilą uporała się ze sznurkiem, który krępował jej ręce. W tym całym zamieszaniu nie zdążyły nawet się sobie przedstawić. Druga, starsza pasażerka nazywała się Inga Warez. Leżała półprzytomna na siedzeniu drugiego sternika i zdawała się nie zauważać tego, że spadają i zaraz rozbiją się o powierzchnię morza. Nikka nie dziwiła jej się ani trochę. Po tym wszystkim, co przeszła, dziwne było, że Inga zdołała o własnych siłach dobiec do statku i wejść na pokład.
    Wysokościomierz wskazywał nieco ponad cztery i pół tysiąca stóp. Dużo. Tyle miały, gdy wlatywały w chmury. Nikka spojrzała jeszcze raz, ale wynik nie zmienił się. Miała już poprosić system o potwierdzenie odczytu, ale statkiem znów szarpnęło i zalało je światło słońca rażące w oczy. Zaczęły też ostro się wznosić, bo Nikka wciąż trzymała ster ściągnięty do siebie. Bez słowa wyrównała lot i poleciła systemowi zredukować prędkość do minimum, które utrzyma statek w powietrzu. Oparła się wygodnie o fotel, zadarła głowę. Możliwe, że otworzyła usta i chwilę tak trwała w zdziwieniu. Bo i też było się czemu dziwić. Całe niebo widoczne przez przezroczystą kopułę statku było intensywnie błękitne.

rozdział 80

     Ostatnia godzina minęła nie wiadomo kiedy. Potem Nikka nie za bardzo pamiętała ten czas, czuła się podekscytowana i zdenerwowana jednoc...