wtorek, 29 grudnia 2020

rozdział 22

    Tym cywilom to się już całkowicie w dupach poprzewracało - pomyślał Hill, kiedy ta Peake wyjaśniła mu telefonicznie, o co jej chodzi. Odesłał ją do pułkownika, sam nie miał teraz czasu na pierdoły. Niestety jego przewidywania się sprawdziły i cyrk jednak przyjeżdża do miasta. Na razie dostał kategoryczny zakaz zbliżania się do dziewczyn, ale miał być obecny w trakcie samej wizyty prezydenta, razem z samym zastępcą dyrektora Firmy. Słyszał pogłoski o dwóch możliwych scenariuszach wydarzeń: były naciski, by ujawnić obecność dziewczyn opinii publicznej, pokazywać je w telewizji, udawać przyjaciół i w ten sposób wywrzeć na nie presję, by wreszcie zaczęły współpracować. Drugi, ku któremu sam skłaniał się od samego początku, oznaczał rozwiązanie siłowe. Firma wyśle jego lub kogoś mu podobnego, wystarczy kilka dni i wszystko będzie jasne.

    Z jakiegoś powodu chciałby załatwić tę sprawę osobiście. Trochę o tym myślał i stwierdził, że chodzi mu o Nikę. Ta dziewczyna w jakiś sposób go fascynowała. I jeszcze ta cała afera z jej niewrażliwością na chemię i dziwną postacią na filmie… Byłoby mu przykro, gdyby teraz go odsunęli. Na szczęście raczej nie było takiej możliwości, był już uważany za eksperta. Czas, który pozostał do przyjazdu prezydenta, wykorzystywał na studiowanie notatek Peake i Chena, oglądaniu nagrań z hali i szlifowanie języka dziewczyn. Jeśli w życie wejdzie wariant numer dwa, żaden cywilny tłumacz nie będzie mu już do niczego potrzebny.

***

    Osiem dni, tyle minęło pomiędzy ostatnią wizytą Kamilli a przyjazdem prezidenta. Oczywiście tłumaczka nie wywalczyła dla nich ani spacerów, ani żadnej innej poprawy, co dla Nikki było jasne od samego początku.

    Teraz odwiedzał je tylko Erik, czasem sam, czasem w towarzystwie milczącego kolonela Margaretiego. Znów mówił im o zasadach i protokole, po kilka razy, dla pewności. Nie dostały jednak żadnych oficjalnych ubrań, a to nie był dobry znak. Nikka od razu pomyślała, że wygląda to tak, jakby rządzący Ameriką chcieli zachować ich obecność w sekrecie. 

    Stroje, które tutaj dostały, oczywiście były lepsze od więziennych kombinezonów, w których przybyły: wygodne, dość ciepłe i regularnie zabierane do prania. Ale wciąż wyglądały podobnie do odzieży, jaką w Akurii zakładano do pracy, czy to w polu, czy to w porcie. Kamilla nosiła się zupełnie inaczej, a jej styl, choć trochę dziwny, wyglądał elegancko. Wieczorem, kiedy goście już sobie poszli, poruszyły ten temat.

    - Będziemy wyglądać jakbyśmy dopiero co wróciły ze żniw, no trudno - podsumowała Inga całą dyskusję. - Przecież nie zrobimy sobie sukien z prześcieradeł.

    - Przynajmniej nie śmierdzimy rybami - parsknęła Kalia, a Nikka gorliwie jej przytaknęła. Mimo, że od zawsze kręciła się po porcie i pomagała matce przy rybach, to nienawidziła ich zapachu. 

    - Gdyby zależało im, żebyśmy wyglądały przyzwoicie, to przynieśliby nam coś przyzwoitego - dodała. - Ja tam bym może coś umiała uszyć z prześcieradła, ale na pewno nie przez jedną noc, więc zapomnijmy o pięknych sukniach.

    - Biały i tak wyszedł z mody - westchnęła Kalia, po czym roześmiały się razem, głośno i szczerze. Na wszystkich bogów, tego właśnie potrzebowały: odrobiny rozluźnienia i zapomnienia przed niepewnym jutrem.

piątek, 25 grudnia 2020

rozdział 21

    Kamilla wyglądała lepiej, jakby miała za sobą kilka solidnych posiłków i dobrze przespanych nocy. Tłumaczyła właśnie dziewczynom, że Amerika nie ma króla, lecz prezidenta, który jest wybierany na cztery lata przez wszystkich obywateli. Wszystkie trzy zgodnie uznały ten pomysł za niedorzeczny. Co prawda podobne systemy funkcjonowały w niektórych koloniach na Wielkiej Kordylierze, ale dotyczyły niewielkich osad, nie zaś dużego państwa, jakim wydawała się być ta cała Amerika. Nawet tam jednak przywódca był zazwyczaj wybierany dożywotnio. Na Amarze traktowano je jako swego rodzaju eksperyment społeczny, którego żadne z królestw nie miało zamiaru wprowadzać w życie u siebie. Cóż, tutaj widocznie to jakoś działało.

    Nieważne co sądziły na ten temat, odwiedziny tutejszego przywódcy i tak były dla nich zaszczytem. Nikka uznała to za dobry znak - być może po czymś takim nie będą skłonni ich tak po prostu pozabijać. Była ciekawa, czy Inga też myśli podobnie, ale oczywiście teraz nie mogły o tym otwarcie porozmawiać. Słuchała więc Kamilli objaśniającej im tutejsze zasady etykiety. Były proste: na przywitanie podajemy presidentowi rękę, uśmiechamy się ładnie i nie sprawiamy kłopotów. Żadnego kłaniania się czy klękania. Kalia je wyśmiała.

    - Zero klasy, zero elegancji. To jakby się witać z kolegą w szkole, nie z przywódcą - marudziła.

    Nikka powstrzymała się przed obśmianiem jej arystokratycznego pochodzenia. Młoda wydawała się być nieco przewrażliwiona na tym punkcie, nie warto było psuć z nią relacji dla głupiego żartu. Zamiast tego zapewniła Kamillę, że wszystko zrozumiały i będą stosować się do tych zasad.

    Dziewczyny miały też problem z zapamiętaniem imienia prezidenta. Nazwisko miał proste, będąc złośliwym można było je uznać wręcz za prostackie: Busz. Ale imię? Żorż? Dżordż? Ta druga wersja brzmiała podobniej do tego, co mówiła Kamilla, ale i tak nie chciało się to im układać na językach. Ta amerikańska mowa często brzmiała tak, jakby się człowiek porządnie upił i próbował coś wybełkotać. 

    - Mister prezident Dżordż Busz - powtarzała sobie Inga pełny tytuł i nazwisko, żeby jak najlepiej je sobie przyswoić. 

    - Tobie to chyba wychodzi najlepiej, brzmisz tak jakoś melodyjnie - pochwaliła ją Nikka. Ta tylko się roześmiała.

    - Dziewięć lat śpiewania w szkolnym chórze w końcu na coś się przydało - stwierdziła.

    - Śpiewałaś? Super, mi nigdy to nie wychodziło najlepiej.

    Na dowód tego Nikka zaczęła nucić Nad strumykiem rosną brzozy, starą piosenkę, którą w Akurii znał chyba każdy. Inga szybko zamachała rękami każąc jej przestać.

    - Hmm, nazwanie tego wykonania dobrym byłoby przesadzonym komplementem ocierającym się o kłamstwo.

    - Czymś w stylu: “Świetnie wyglądasz kochanie, ta suknia wcale cię nie pogrubia” - Nikka kontynuowała żart, gdyż doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich wokalnych niedostatków.

Nad strumykiem rosną brzozy 
zielone
Na pagórku kwitną maki
czerwone
Moja droga dziś wypływam 
na morze
Tęsknij za mną, czekaj na mnie
we dworze

    W wykonaniu Ingi nawet ta prosta piosenka miała dużo uroku.

Tyle dni i tyle nocy 
bez ciebie
Sam jako ten księżyc lśniący 
na niebie
Będę patrzył nocą w gwiazdy
błyszczące
Lecz tyś dla mnie najpiękniejsza
jak słońce

    Do szybszego refrenu dołączyła Kalia, śpiewanie szło jej całkiem znośnie, choć nie aż tak dobrze, jak Indze.

Już niedługo zobaczymy się
Już niedługo, tylko o tym śnię
Będę patrzeć w modre oczy twe
Już na zawsze, tylko tego chcę

    - I tak wolę Wzlećmy na skrzydłach naszej miłości - stwierdziła później Kalia, ale Nikce się tam podobało.

    - Moi koledzy - odruchowo chciała powiedzieć “z oddziału”, ale ugryzła się w język w ostatniej chwili - z portu wymyślali mnóstwo piosenek ośmieszających Murkey, na te melodie, i na inne, ale nie będę się teraz kompromitować i próbować tego zaśpiewać.

    - U nas w Ellis było tak samo, pisaliśmy też hasła na murach, i takie tam - Inga uśmiechnęła się do wspomnień.

    Kamilla bardzo zainteresowała się akuryjskimi piosenkami i przez następną godzinę Inga śpiewała jej różne przeboje, od starych Gdy na morzu sztorm i W bój kamraci, sztandar czas wznieść pamiętających jeszcze czasy, kiedy Akuria miała kolonie na Południowym Archipelagu, po całkiem nowe Białe żagle, Ty, ja i nasz nowy dom, oraz bardzo szybkie i trudne do zaśpiewania Zostanę z tobą, mała. Tłumaczka gorączkowo zapisywała słowa piosenek i raz po raz kazała powtarzać sobie poszczególne zwrotki. Indze śpiewanie sprawiało widoczną przyjemność, a i Kalia z Nikką też się dobrze bawiły.

    Potem wróciły jeszcze do wizyty prezidenta.

    - To kiedy dokładnie mamy się spodziewać tego zaszczytu? - dopytywała Nikka.

    - A wiecie, że mi nie powiedzieli? Hill się tym zajmuje, a nie mam z nim kontaktu ostatnio… Za jakieś pięć, może siedem dni. Naprawdę nie mogę wam powiedzieć nic konkretnego, bo nie wiem.

    - Nic się nie dzieje, my się przecież stąd nigdzie nie ruszamy - Nikka włożyła w to zdanie tyle sarkazmu, ile tylko się dało. 

    - Nie wypuszczają was? Nawet na spacery? - Kamilla zniżyła głos, jakby chciała przejść do konspiracji.

    - Spacery? Jakie spacery, okna nam nawet zasłonili, żebyśmy nie widziały co jest na zewnątrz - prychnęła Kalia. - Koleżanka miała rację, siedzimy tu jak w więzieniu - dodała, wskazując na Nikkę.

    - Nie, nie, tak nie może być, ja nie będę brać udziału w czymś takim… - wymamrotała tłumaczka, po czym przeprosiła dziewczyny i wyszła. Była bardzo wzburzona.

    - No, może załatwi dla nas coś fajnego - podsumowała Kalia, ale Nikka była bardziej sceptyczna.

    - Będzie się starać, ale zobaczycie, nikt jej nie posłucha. I tak traktują nas tu całkiem znośnie.

    Opowiedziała im trochę o pobycie w kopalni, który teraz jawił jej się jak wpół zapomniany już koszmar. Pobudka bladym świtem, cienka zupa i kawałek chleba, i pod ziemię. Oczywiście praca więźniów była mało wydajna i Murkey wydobyliby więcej tellarium płacąc odpowiednio dotychczasowym górnikom, ale chodziło im o coś innego, o pokazanie, że to teraz oni, w swoim mniemaniu pokrzywdzeni i pogardzani przez bogatych Akuryjczyków, są górą, i wreszcie zmuszają ich do ciężkiej pracy, której jakoby mieli nie znać. Każdego, który tak twierdził, Nikka miała ochotę zapytać, czy kiedykolwiek nosił kosze pełne ryb po śliskich portowych uliczkach, razem z matką rozstawiał stragan, potem biegł na prom, by nie spóźnić się do szkoły, tam starał się nauczyć jak najwięcej, a popołudniami znowu wracał na stragan, zmieniał matkę, i dodatkowo wieczorem jeszcze zwijał cały interes, ale nie chciała się narażać na kopniaki i odebranie obiadu, który nawiasem mówiąc, nie był wcale jakiś nadzwyczajny. Starała się pracować wolno i oszczędzać energię, ale nadzorcy byli czujni i potrafili popędzić tak, że na jakiś czas odechciewało się symulowania. Ogólnie pracowali dwanaście, czternaście, a nawet piętnaście godzin dziennie i osoby nieprzyzwyczajone do wysiłku rzeczywiście miały tam bardzo ciężko. Tych, którzy zapadali na zdrowiu, zabierano i nigdy więcej już nie wracali. Nikka nie miała wątpliwości co się z nimi działo. W swoich barakach nie słyszeli strzałów, ale na pewno gdzieś w lasach otaczających tę i inne kopalnie po wojnie znajdzie się wiele masowych grobów. 

    Jednak musiała przyznać, że nie widziała, by zabijali ludzi tylko dla własnej rozrywki. Owszem, pozbywali się chorych i bez żadnych oporów strzelali do uciekinierów, łatwo można było też dostać w twarz za opieszałość czy rzekome krzywe spojrzenie, ale ich propaganda głosiła, że są tu, by maksymalnie wykorzystać Akurię i jak najbardziej się tu wzbogacić. A z martwych Akuryjczyków będą raczej marni robotnicy. Wyjątkiem byli buntownicy i członkowie Armii Wyzwoleńczej, dla nich nie było litości. Przed egzekucją dawano im jednak namiastkę sprawiedliwości i proces, chociaż wyrok był już z góry ustalony. Dlatego torturowali Ingę, żeby przyznała się do przynależności do Armii, i dlatego ją i jej przyjaciółki najpierw zamknęli w karcerze, zamiast rozstrzelać na miejscu za podżeganie do buntu. 

    - Samo to, że spotkałyśmy się w tej kopalni, już zakrawa na jakiś cud - umilkła na chwilę i przymknęła oczy. Każdy moment był dobry, by podziękować bogom za to, że wciąż żyje. Poprosiła też Panią Inę o pomyślność i opiekę dla Any i Maleny. - Oczywiście nie wytrzymałyśmy, zaczęłyśmy namawiać ludzi do ucieczki. Ileż można kopać tellarium dla wrogów, co nie? Ale niestety, ktoś był nieostrożny, gadał za głośno, dał się podsłuchać, nie wiem jak, ale się wydało. Trafiłyśmy do takiego prawdziwego lochu, ciemnego, zimnego. No i mówiłam wam już na statku, udało nam się uciec.

    Inga pokiwała głową, bezbłędnie wyczuwając, że Nikka w tym miejscu przerwie rozmowę. Dalej działy się rzeczy, o których lepiej tu nie mówić głośno. Kalia nie miała takiej intuicji i zapytała:

    - No i? Jak uciekliście, powiedz coś więcej.

    - Karcer nie był tak dobrze strzeżony jak to miejsce - Nikka powiodła wzrokiem po żołnierzach wciąż obecnych w hali. Było ich teraz tylko czterech, dwóch na galeryjce i dwóch przy wejściu, ale to wciąż wystarczyło, by uniemożliwić im ucieczkę. Może, ale tylko może dałyby radę z tymi przy drzwiach, ale zostawali jeszcze strzelcy na górze. Z nimi nie miały żadnych szans, by wyjść z tego cało. Nikka owszem, chętnie odda życie za królestwo, jeśli będzie to konieczne, ale nie chciała umierać, jeśli wciąż istnieje szansa na powrót do domu. A już na pewno nie chciała, żeby Kalia i Inga ucierpiały w jakikolwiek sposób.

    Kalia rozejrzała się po sali, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że są pilnowane przez uzbrojonych mężczyzn. Takie jak ona są przyzwyczajone do obecności służby i od małego uczą się ich nie zauważać, więc niespecjalnie zdziwiło to Nikkę. 

    - A jakbyś jednak chciała stąd uciec, to jak? - młoda dalej drążyła. 

    - Teraz? No niestety, według mnie teraz się nie da. Zdejmą nas zanim dobiegniemy do drzwi czy okien. Jedyne, co możemy zrobić, to czekać na jakąś zmianę.

    - No ale jakbyś naprawdę musiała, tak jak już nie miałabyś innego wyjścia?

    - Dajże spokój, Nikka mówi, że się nie da, a ja ci mówię, że ma rację - ofukała ją  Inga. - Dwa razy uciekła, to co ty myślisz, że tu nagle by nie próbowała? Bo co, bo nagle jej się spodobało siedzenie w więzieniu?

    Na to Kalia nie znalazła odpowiedzi, a i rozmowa nie chciała się już kleić. Podano obiad, który zjadły w milczeniu przerywanym tylko grzecznościową konwersacją. Kamilla już nie wróciła tego dnia.

niedziela, 20 grudnia 2020

rozdział 20

    Pan Hill i Erik siedzieli u nich kilka godzin. Po opowiedzeniu swojej historii Nikka już więcej nie zaszczyciła ich rozmową. Myślała o tym, czy to możliwe, żeby Amerikanie mogli ich podglądać. W sumie dlaczego nie, technika w tym świecie w niektórych dziedzinach była zacofana, ale w innych mogła być bardziej rozwinięta niż na Amarze. Stwierdziła, że nie podzieli się swoimi przypuszczeniami z koleżankami, no, chyba że spytają. Może zapomną o tym, co mówiła na ten temat, albo uznają to za żart. Nie było sensu dokładać im dodatkowych zmartwień. Nawet jeśli tutejsze władze uznają, że trzymanie ich tutaj jest wystarczającym rozwiązaniem i nie będą próbować ich dalej intensywnie przesłuchiwać, to i tak niedługo zaczną się problemy. Będą siedziały tu skazane na siebie, w zamkniętym pomieszczeniu, w którym nie ma się gdzie ukryć. A przecież różniły się znacznie w poglądach, w niektórych sprawach radykalnie. Ona była w stanie się opanować i odpuścić, ale Kalia wydawała się być o wiele bardziej wybuchowa i może dążyć do konfrontacji. No i Inga, może być tak, że jednak zechce przejąć dowodzenie, jeśli Nikka nie zrobi nic w kierunku realizacji swojej obietnicy.

    Najgorzej, że słynna komandor Nikka Selino nie miała pojęcia, w jaki sposób miałaby zabrać dziewczyny do domu. W tej chwili nie wiedziała nawet, jak miałyby opuścić ten budynek. Nie miała informacji ani wsparcia, czy choćby broni. Nie znała języka. Ciężko było jej to przyznać, ale tak, były teraz zdane na łaskę Amerikanów. Ani przez chwilę nie czuła jednak zwątpienia. Coś sprawiało, że powrót na Amar wydawał jej się tylko kwestią czasu. 

    Proszę was bogowie, opiekujcie się nami. Pani Ino proszę, czuwaj nad nami - modliła się bezgłośnie, bo to było najlepsze, co mogła zrobić w tej sytuacji.

    Kilka kolejnych dni wyglądało mniej więcej tak samo: rano dostawały śniadanie, potem przychodził Erik i rozmawiał z nimi przez większą część dnia. Nikka rzadko brała w tym udział, chociaż leżenie na łóżku zaczynało już ją nudzić. Krótko po południu Erik wychodził na jakiś czas, a one dostawały obiad. Potem znów rozmawiali. Wieczorem przychodził medyk sprawdzić ich stan, po nim żołnierze dostarczali im kolację i świeże ubrania. Później gadały ze sobą, chociaż Nikka miała wrażenie, że Inga i Kalia dogadują się lepiej, kiedy ona wychodziła do łazienki albo zajmowała się swoimi sprawami. 

    Kamilla Pik nie przychodziła i Nikka zaczęła się o nią martwić. Czyżby wojskowi albo pan Hill stwierdzili, że nie nadaje się do tej pracy? W końcu pojawiła się jednak przynosząc ze sobą bardzo interesującą wiadomość: amerikański przywódca przyjedzie tu, by się z nimi zobaczyć.

czwartek, 17 grudnia 2020

rozdział 19

    No tak, oczywiście, nie kupiła tego wytłumaczenia. Bystra jest, to musiał przyznać. A może tak spytać ją wprost? Nie oczekiwał konkretów, ale był ciekaw tego, co powie. Szybko nakazał Chenowi przetłumaczyć:

    - Kim jesteś? I czym się zajmowałaś w swoim świecie?

    Odchodziła już i była odwrócona plecami, ale to pytanie zadziałało, została z nimi przy stole. Zabrakło dla niej krzesła, więc patrzyła na nich z góry, ale Hillowi wcale to nie przeszkadzało.

    - Nazywam się Nika Selino, to już chyba wiecie - zaczęła. - Uczyłam się jeszcze, kiedy wybuchła wojna, rozmawiałyśmy sobie zresztą dziś o szkole, pan Eric jest świadkiem. A potem cóż, było trudno - tu urwała na chwilę, jakby wspominała ciężkie czasy. Albo zastanawiała się, ile może powiedzieć. - Mama ma stoisko z jedzeniem w porcie, wędzone ryby, szaszłyki, zupa, takie tam szybkie dania dla głodnych robotników. Pomagałam jej jak tylko mogłam. Murkey zniszczyli centrum miasta, ale chcieli, żeby port ciągle działał, więc przez jakiś czas mogłyśmy żyć w miarę spokojnie. A potem zaczęli łapać ludzi i wywozić ich do kopalni, na północ. Nie miałam szczęścia, zgarnęli mnie prosto z ulicy. Przez parę miesięcy musiałam pracować dla nich, ale udało mi się uciec. Później… później wędrowałam lasami na południe, trzymałam się gór i mniej uczęszczanych regionów, aż doszłam do Ellis. To duże miasto i myślałam, że uda mi się tam ukryć, ale znowu mnie zgarnęli i znowu chcieli wysłać do kopalni. Ale uciekłam, tym razem z Kalią i Ingą. Zdobyłyśmy statek, wzbiłyśmy się w powietrze, i nie wiem jak, ale jesteśmy tutaj.

    Piękna historia, gra aktorska godna Oscara - podsumował w myślach Hill. Biedna, prosta dziewczynka pokrzywdzona przez okrutną wojnę jakimś cudem zawsze wychodzi cało z tarapatów, nic tylko płakać nad jej strasznym losem. Gdyby dodać do tego jeszcze jakąś nieszczęśliwą miłość, byłby to murowany hit. Oczywiście, to wszystko trzymało się kupy, ba, Hill zakładał nawet, że to wszystko prawda. Ale z tego, co przemilczała, na pewno dałoby się nakręcić kolejny film, który byłby raczej wojennym filmem akcji niż łzawym melodramatem.

    W końcu wszystko z niej wyciągnie, niech tylko góra da zielone światło. Po pierwsze musi dać im swobodny dostęp do statku, a po drugie po prostu był ciekawy. Nika wydawała się być kimś więcej niż zwykłą dziewczyną. Obstawiał, że miała wiele wspólnego z Armią Wyzwoleńczą, o której wspomniała w szpitalu. Była odważna, uparta i honorowa, zupełnie jak typowy bojownik o wolność z dowolnego kraju w tym świecie. Byłoby lepiej, gdyby chciała współpracować. Ech, czyżby zrobiło mu się jej szkoda? Może trochę… Ale to niczego nie zmienia, i tak zrobi to, co będzie konieczne. 

wtorek, 15 grudnia 2020

rozdział 18

    Nikka już po chwili tego żałowała.. Oczywiście Inga i Kalia chciały wiedzieć więcej. Trudno, opowie tę historię również Hillowi. 

    - To było tuż przed tym, jak dotarłam do Ellis. Wędrowałam głównie nocami, żeby nie rzucać się w oczy. Spałam w dzień u pomocnych ludzi albo w jakiś gęstych krzakach z dala od głównych dróg… Ale do sedna. Przechodziłam obok jednej z tych dużych farm.

    - Wiem, gdzie to jest - wtrąciła Kalia.

    - No to właśnie gdzieś w tamtej okolicy w nocy natknęłam się na patrol Murkey. Wiesz, że tam są raczej same pastwiska, nie było się gdzie schować. A noc była jasna, dwa dni do pełni. Kucnęłam za kępą chwastów, ale i tak było mnie widać - wróciła wspomnieniami do tamtej chwili. Równina zalana księżycowym światłem, patrol i  ten żołnierz, który szedł prosto na nią… - Jeden mnie zauważył, jestem tego pewna. Widziałam jego twarz, widziałam, jak zdejmuje karabin i mierzy do mnie. 

    Pierwszy raz o tym mówiła. Myślała, że będzie to trudne, ale teraz słowa jakoś same z niej wypływały.

    - Myślałam, że za chwilę zginę, spojrzałam więc na księżyc, żeby przynajmniej mój ostatni widok był ładny. I wtedy poczułam obecność, jakby ktoś stał obok i powiedział “Nie przejmuj się, zaraz to załatwimy”. Nie słyszałam słów, ale miałam właśnie takie poczucie, bardzo silne. A tamten… Cały czas na mnie patrzył, ale już mnie nie widział. Spojrzał na broń, jakby się zdziwił, dlaczego trzyma ją w rękach. I odszedł, razem z innymi. 

    - Niesamowite - podsumowała to Inga. Erik kończył przekładać całą historię na tę amerikańską bełkotliwą mowę.

    - Rzeczywiście, niesamowite - przyznała. - Od tamtej pory ciągle dziękuję Pani Inie i traktuję wszystkich naszych bogów bardziej poważnie.

    Zakończyła opowieść i nie zamierzała się więcej odzywać. Hill wyglądał na mocno zamyślonego, jakby intensywnie coś rozważał. Zapyta o to, co wydarzyło się na przesłuchaniu? Ale nie, nie zrobił tego, chociaż moment był dobry. Tego Nikka nie potrafiła sobie wyjaśnić. Zresztą, cały Hill zachowywał się inaczej. Już wcześniej zauważyła, że patrzy na nią dziwnie, a kiedy spytała go, kim jest, miała wrażenie, że to zrozumiał. W ogóle wydawało jej się, że Hill tylko udaje, że potrzebuje tłumacza, nie miała jednak pomysłu, jak to sprawdzić. Zapytać? Na pewno odpowie, że nie, i że w ogóle skąd coś takiego przyszło jej do głowy, przecież ten język jest martwy i znają go tylko nieliczni uczeni. Nie będzie więc ujawniać tego, że go podejrzewa. Zamiast tego postanowiła sprawdzić coś innego. 

    Wstała i oznajmiła, że idzie się przejść, rozprostować nogi. Nie spieszyła się, podeszła prawie do wyznaczonej linii, postała sobie trochę, pogapiła się przez okno. Ruszyła wzdłuż linii, co jakiś czas przystawała, rozglądała się. Jej przypuszczenia okazały się słuszne - za każdym razem, gdy na niego patrzyła, pan Hill siedział w taki sposób, żeby widzieć ją choćby kątem oka. Na pewno był wojskowym lub szpiegiem. Komandor Nikka Selino nigdy nie przeszła chociażby podstawowego szkolenia, a wysoki stopień zawdzięczała temu, że wstąpiła do Armii Wyzwoleńczej w pierwszych dniach jej istnienia i właściwie pomagała ją budować, ale przez ponad rok wojny zdążyła się wiele nauczyć. Taka ostrożność, taka obserwacja terenu była właściwa ludziom, którzy wszędzie wypatrywali wroga.

    Kusiło ją, żeby jeszcze spróbować zajść go od tyłu i sprawdzić jak na to zareaguje, ale stwierdziła, że to będzie przesada. Pooglądała więc sobie jeszcze strażników, a potem wróciła na łóżko. Erik ciągle rozmawiał z Ingą, a pan Hill uprzejmie udawał zainteresowanie. Jej koleżanka właśnie bardzo głośno wyrażała zdziwienie faktem, iż na Erf oddaje się cześć wielu bogom, a czciciele jednego bóstwa uznają istnienie innych za kłamstwo. To był ciekawy temat, ale nie, nie przyłączy się do dyskusji. Niech sobie gadają. Położyła się, pozwoliła myślom odpłynąć, ale coś na suficie przykuło jej uwagę. Pomiędzy metalowymi belkami pod stropem zauważyła kilka urządzeń ze szklanymi soczewkami do złudzenia przypominających to, które stało na stole w trakcie ostatniego przesłuchania. Nadal nie wiedziała do czego dokładnie miało to służyć, ale podobieństwo do lunety sprawiało, że mógł być to jakiś sensor do obserwacji. O to mogła spytać Erika. Wstała więc i znów podeszła do stołu.

    - Czy mógłbyś mi powiedzieć co to za urządzenia? - zadała to pytanie uprzejmym tonem, jednocześnie wskazując ręką na sufit. Wszyscy podążyli wzrokiem za tym gestem. 

    - Eee, to? To są te, no… - tłumacz zaczął kręcić, nie wiedział, co powiedzieć. Nikka nie wierzyła w to, że pierwszy raz widzi coś takiego, obstawiała raczej, że biedny cywil nie ma pojęcia, ile może im wyjawić.

    Hill coś powiedział obojętnym tonem. Erik przytaknął mu gorliwie i od razu przetłumaczył:

   - To czujniki przeciwpożarowe, wiecie, jakby coś zaczęło się palić, to włączy się alarm. Przepraszam, nazwa wyleciała mi z głowy - dodał po krótkiej przerwie. Nikka nie uwierzyła w ani jedno jego słowo, ale podziękowała mu wylewnie.

    - Ach, przeciwpożarowe… Jesteśmy naprawdę wdzięczne, że dbacie o nasze bezpieczeństwo, naprawdę. Przez chwilę myślałam, że to coś, przez co możecie na nas patrzeć, ale to przecież byłoby niedorzeczne - ukłoniła się lekko i jak gdyby nigdy nic odwróciła się, by odejść na swoje posłanie.

wtorek, 8 grudnia 2020

rozdział 17

    Hill znów jechał do bazy w Hanscom. Ten idiota Chen nie chciał już rozmawiać z zatrzymanymi, mówił, że nie będzie brać udziału w torturach. Nie miał pojęcia, o czym mówi. Gdyby pozwolono mu zabrać się za prawdziwe tortury, pomoc cywilnego tłumacza nie byłaby potrzebna. Ale poszła plotka, że prezydent chce zobaczyć te dziewczyny, na razie więc Firma nie mogła się nimi odpowiednio zająć. 

    Zatrzymał się na stacji benzynowej, kupił kawę. Spał krótko i niezbyt dobrze, ciągle dręczyły go myśli o tej dziwnej postaci złapanej na taśmie. Analizy też to zauważyły, nawet wcześniej, niż on. Dwie klatki: za dużo, by mówić o błędzie, za mało, by można byłoby ustalić coś więcej. Na razie nikt nie wiedział, co to mogło być. 

    Może te dwie, Inga i Kalia, będą bardziej rozmowne. Pójdzie tam i spróbuje z nimi spokojnie pogadać. Ale najpierw dorwie Chena i przemówi mu do rozsądku. Znalazł chłopaka przed halą sportową dla personelu bazy, którą jakiś wojskowy kretyn, może nawet sam Margharetti, kazał przerobić na więzienie. On sam trzymałby je oddzielnie, wtedy byłyby bardziej chętne do współpracy. No, ale ktoś miał tu miękkie serce, i jak tak dalej pójdzie, to sobie jeszcze długo poczeka na te dziwne silniki. Nie dziwił się tłumaczowi, że panikuje, to cywil, a w dodatku młody, ale od wojskowych oczekiwał jednak więcej rozumu.

    - Eric Chen? - zwrócił się do niego uprzejmie. - Słyszałem, że masz tu jakieś kłopoty.

    Chłopak popatrzył na niego dziwnie. 

    - To ty jesteś tym tajemniczym panem Hillem? - zapytał.

    - Ethan Hill - przedstawił mu się. - Wcześniej nie mieliśmy okazji porozmawiać... Jestem konsultantem Departamentu Stanu. Mam przygotować wizytę prezydenta - dodał, jakby to wszystko wyjaśniało. - Co prawda nie wiemy jeszcze dokładnie, skąd pochodzą te dziewczyny, ale nawiązanie stosunków dyplomatycznych zawsze jest dobrym pomysłem. I cieszę się, że mi w tym pomagasz, twoja znajomość ich języka jest nieoceniona.

    Dziś założył na siebie zwyczajny garnitur, mógł więc spokojnie udawać urzędnika i wykorzystać plotkę o prezydencie. Chociaż to może nie być plotka i cały cyrk w końcu tutaj zawita. Ta myśl bynajmniej go nie ucieszyła. Wolał pracować w spokoju. Obserwował Erica uważnie, ale nienachalnie. Musiał go uspokoić.

    - Och, a ja… Nika mówiła… Chyba wziąłem cię za kogoś innego.

    - Tak? - podniósł brwi ze zdziwienia jednocześnie zachęcając go do dalszych zwierzeń.

    - Mówiła, że coś jej wstrzyknąłeś, chciałeś wymusić zeznania. Pokazywała ślady po igle.

    - Wczoraj wieczorem miała pobieraną krew do badań - stwierdził lekceważąco. - Byłem przy tym. Faktycznie pułkownik Margharetti ją trochę wypytywał, może się przestraszyła? Słuchaj, czytałem akta, a ty z nimi rozmawiałeś. Jeśli to wszystko jest prawdą, to w ich kraju toczy się wojna, którą ich strona przegrywa. Może myślą, że udawanie ofiar im w czymś pomoże? Już sam nie wiem… - udał wahanie.

    - Może… W końcu zapewniliśmy im lekarzy i dach nad głową. No i chyba to wyglądałoby inaczej,  jeśli naprawdę chciałby ją przesłuchać jakiś agent.

    Żebyś wiedział - pomyślał Hill, ale głośno powiedział co innego:

    - Co? Pracuję dla rządu, ale… Nie myślałeś chyba, że ja... 

    Obaj się roześmiali. Więc Chen chciał wierzyć, że to tylko nieporozumienie. Dobrze.

    - Słuchaj, a możesz mi powiedzieć, co właściwie mówiła Nika? Chciałbym się dowiedzieć tych wszystkich niesamowitych rzeczy o sobie.

    Weszli do środka i usiedli na ławce w holu. Chłopak sprawnie streścił mu przebieg rozmowy posiłkując się rzeczowymi notatkami. Czyli jednak uczyli ich czegoś pożytecznego na tych uniwersytetach.

    Uwagę Hilla przykuła wzmianka o bogach.

    - Tak powiedziała? Że bogowie się nią opiekowali?

    - Owszem, użyła liczby mnogiej, najwidoczniej mają politeistyczny system wierzeń.

    To było absurdalne, ale przecież nie znalazł żadnego logicznego wyjaśnienia. Nie zaszkodziło spróbować. W końcu czym innym można było wytłumaczyć wyniki badań krwi, jak nie cudem?

    Wypił z Chenem kolejną kawę, potem poprosił go, by mu towarzyszył. Powiedział, że chce dowiedzieć się jak najwięcej o religii dziewczyn, by uniknąć nieporozumień kulturowych.

    - Zrobiłoby się bardzo niezręcznie, gdyby prezydent jakoś je uraził w trakcie wizyty - tłumaczył mu. Zgodził się bez większych problemów.

    Weszli razem na halę. Ta najmłodsza, Kalia, stała z boku i gapiła się na niebo. Inka…, nie, Inga, wykonywała powoli jakieś ćwiczenia gimnastyczne przy łóżku. A jego ulubienica, Nika, wyszła właśnie z kontenera, który chyba pełnił tu funkcję łazienki. Niosła umyte plastikowe talerze i sztućce, jeszcze kapała z nich woda. Na jego widok zesztywniała na chwilę, ale szybko odzyskała panowanie nad sobą. Dobrze, mniej uważny obserwator niczego by nie zauważył. Coraz mniej wierzył, że była tylko zwykłą dziewczyną. Owszem, w trakcie wojny ludzie dojrzewają szybciej i uczą się wielu rzeczy, ale tu kryło się coś więcej. Tak mówiła mu intuicja, a ona rzadko go zawodziła.

    Nika kazała koleżankom być cicho. Podeszły bliżej i były zainteresowane, ale posłuchały. Sama usiadła przy stole, naprzeciwko niego.

    - Kto ty, pane Hill? - zapytała patrząc mu prosto w oczy.

   Kto ja? Chciałabyś wiedzieć - pomyślał. Oczywiście udał, że nie zrozumiał i zwrócił się do tłumacza:

   - Powiedz im, że chcę porozmawiać o ich wierze. Niech opowiedzą nam o bogach, świętach i zwyczajach.

    Chen przetłumaczył. Nika nie spuszczała z niego oka. Jej mina mówiła coś w stylu: Naprawdę? Naprawdę chcesz rozmawiać akurat o tym? Widocznie trafił, bo westchnęła głośno i zwróciła się do Ingi: 

    - Zechcesz o tym opowiedzieć? Ja jakoś… Nie czuję się na siłach.

    Tamta zgodziła się i dziewczyny zamieniły się miejscami. Przed nim siedziała teraz blondynka, ta starsza. Miała może z dwadzieścia pięć lat, więcej by jej nie dał, chociaż wyglądała dość poważnie. Na początku tylko odpowiadała na pytania, ale udało mu się wciągnąć ją w dyskusję, chociaż może była to bardziej zasługa Chena, który zafiksował się na definicji słowa “wiara” i nalegał, by wyjaśnić rzecz do końca.

    Okazało się bowiem, że - o ile to prawda, bo Hillowi wciąż było ciężko przyznać, że istnieje jakiś równoległy świat z niebem w innym kolorze - w ich świecie nie wierzy się w bogów. Ich istnienie jest przyjmowane za pewnik; są też ludzie którzy naprawdę doświadczyli ich obecności, mocy, a nawet z nimi rozmawiali. Według Ingi można było wierzyć drugiemu człowiekowi, jeśli ten coś obiecał, bo nie wiadomo, czy dotrzyma tej obietnicy. Bogowie byli tak oczywiści, że używanie w ich kontekście słowa “wiara” byłoby wielką obrazą. 

    W Akurii była więc czwórka bogów: Reed, Zoyanna, Navarro i Ina. Inga twierdziła, że nikt nie wie skąd się wzięli, czego chcą, ani nawet za bardzo nie wiadomo, jak wyglądają. Najczęściej ukazują się pod postacią niewyraźnych plam, czasem jednak przybierają ludzkie postaci, więc utarły się pewne kanony ich wizerunków, którym wyznawcy oddają cześć. Nie mieli kapłanów jako takich, jedynie ludzi odpowiedzialnych za opiekę nad budynkami świątyń. To zdziwiło Hilla, przecież w każdej religii istnieje kasta przywódców duchowych, którzy często starają się zdobyć również jak najbardziej świecką władzę. Inga twierdziła, że wszystkie większe ceremonie są odprawiane pod przewodnictwem reprezentantów króla, więc w ich świecie władza świecka i duchowa są ze sobą nierozerwalnie związane.

    O ile to jest prawda, znów zaznaczył w myślach. Z drugiej strony, wszystkie trzy wierzyły w tę historię z “ich” światem równie mocno. Jakie jest prawdopodobieństwo, że cierpią na te same urojenia? Dobrze, na użytek tej rozmowy założy, że to prawda, i zobaczy, dokąd go to zaprowadzi.

    Inga opowiadała teraz o swojej rodzinie, bardzo religijnej babce, która modliła się codziennie, rodzicach, którzy upodobali sobie boga Navarro, i to głównie jemu oddawali cześć. Oboje pracowali na promie pasażerskim i miało to jakoby zapewnić im bezpieczeństwo,  gdyż był on uważany za patrona morza.

    - A ja modlę się rzadko. Bogowie mają lepsze rzeczy do roboty, niż przejmować się mną. Jest tylu ludzi na świecie, dlaczego mieliby wysłuchać właśnie mojej modlitwy?

    - Ja też tak kiedyś myślałam - odzywa się Nika, wreszcie. Ciągle miał nadzieję, że włączy się do rozmowy. - Dopóki Pani Ina nie uratowała mi życia.

niedziela, 6 grudnia 2020

rozdział 16

    Śniadania jednak nie było. Po kilku godzinach przyniesiono obiad, który podano na talerzach z lichego tworzywa. Sztućce też były wykonane z tego samego materiału. Bali się, że prawdziwym widelcem mogłyby zaatakować i pokonać siedmiu strażników z bronią palną? Nikka zjadła z wielkim apetytem. Dokończyła też porcję Kalii, którą trochę brzydziła ta potrawa: długie kluski z sosem z jakiegoś smacznego czerwonego warzywa i pulpetami.

    - To wygląda jak robaki - stwierdziła.

    - Nigdy nie wiadomo, kiedy następny raz nas nakarmią - podsumowała Nikka. Erik, który nigdzie nie odszedł i obserwował jak jedzą, spojrzał na nią zaskoczony.

    - Głodzili cię tu?

    - Na razie nie. Ale to nie pierwsze więzienie, w którym byłam, i wiem, że mogą zacząć.

    - Przecież to nie jest więzienie…

    - A niby co, luksusowy wypoczynek na Południowym Archipelagu? - zadrwiła. - Sam mówiłeś, że nie możemy wyjść za czerwoną linię, ci szarmanccy panowie w pięknych czarnych mundurach już tego dopilnują. 

    - Chyba, że to tylko taka zabawa, a karabiny noszą tylko do ozdoby - Inga ochoczo podjęła tę grę. 

    Mężczyzna zmieszał się nieco. Był młody, może w wieku Ingi, może kilka lat starszy. No i na pewno był cywilem, jak Kamilla Pik.

    - Może zatem powiesz nam, co to, twoim zdaniem, jest?  - Nikka zatoczyła dłonią krąg pokazując całą salę.

    - Powiedzieli mi, że to dla waszego bezpieczeństwa - odrzekł niepewnie.

  - Kolonel Margareti czy pan Hill? Ten szczupły, z zarostem, włosy nieco mu rzedną... - doprecyzowała, widząc, że to drugie nazwisko z nikim mu się nie kojarzy.

    - Tak, rozmawiałem z nim, kazał mi robić notatki i… - urwał, jakby uświadomił sobie, że powiedział za dużo.

    - To był ten, który wczoraj był z tobą z szpitalu? - spytała Inga. Nikka potwierdziła jej to skinieniem głowy i dodała:

    - Mam wrażenie, że on tu wszystkim rządzi. Panie Eriku, w porównaniu do niego jest pan jest naprawdę miłym człowiekiem.

    - Och, dziękuję pani Niko. I właściwie nie przedstawiłem się jeszcze, jestem Erik Czen. Nie chcemy, żebyście się źle czuły, nie chcemy was krzywdzić.

    Naiwny człowiek z tego Erika. Nikka podciągnęła rękaw i pokazała mu ślady po wkłuciach w zgięciu łokcia. Wokół jednego pojawił się ciemny siniak.

    - W takim razie proszę wyjaśnij mi, po co to było? Dlaczego pan Hill próbował zmusić mnie do mówienia wstrzykując leki, które miały mi rozwiązać język? Taką definicję nierobienia krzywdy macie w tym świecie?

    Na twarzy mężczyzny odmalowały się wyraźnie szok, niedowierzanie i wstyd. Otworzył usta, ale nic nie powiedział. Inga popatrzyła na nią uważnie.

    - Co powiedziałaś? - spytała cicho.

    - Na szczęście nic, bogowie mieli mnie w swojej opiece. Ale poczułam, że to zaczynało działać… I przez chwilę było źle.

    - Ja.. ja nie wiedziałem, że używa się czegoś takiego… I dlaczego mieliby to robić? - Erik zadał to pytanie głównie sobie. I chyba nie znalazł odpowiedzi. - W każdym razie przepraszam, coś takiego nigdy nie powinno było cię spotkać. I przepraszam, ale muszę teraz wyjść na chwilę… - urwał nagle i zaczął nerwowo składać swoje zapiski. Wciąż był zmieszany. 

    Dziewczyny odprowadziły go wzrokiem. Po jego odejściu zrobiło się dziwnie pusto, chociaż żołnierze wciąż trwali na swoich posterunkach.

    - Trochę mi go szkoda. Jest zdecydowanie za miękki do tej roboty - podsumowała w końcu Nikka. 

    - W szpitalu zawsze był dla nas miły - stwierdziła Kalia.

    - Do mnie przychodziła pani Kamilla, też bardzo miła kobieta. Ale widzicie, tu rządzi wojsko. 

    - I pan Hill - wtrąciła Inga.

    - I pan Hill, kimkolwiek on jest - Nikka absolutnie się z tym zgadzała. - I niestety wydaje mi się, że jeszcze ze mną nie skończył.

czwartek, 3 grudnia 2020

rozdział 15

    Owo pudło okazało się być łazienką, z której Nikka bezzwłocznie skorzystała. Ów Erik okazał się być tłumaczem, który rozmawiał już wcześniej z dziewczynami w szpitalu. Okazało się również, że zna Kamillę, z którą współpracuje od kilku lat przy badaniu języków słowiańskich, jak tutaj nazywano ich mowę. Idea, że ludzie mieszkający w różnych miejscach mogą porozumiewać się ze sobą różnymi słowami i nie rozumieć się nawzajem, nadal nie za bardzo mieściła się Nikce w głowie. Podeszła do dziewczyn i wreszcie mogły się przywitać. Kalia rzuciła jej się na szyję i sprawiło jej to przyjemność, chociaż zwykle nie przepadała za przytulaniem. Teraz jednak miło było poczuć koło siebie kogoś przyjaźnie nastawionego.

    - Jak tam, wyleczona? - zagadała do Ingi.

    - Chyba można tak powiedzieć, w końcu wypuścili mnie ze szpitala. I mogę się już bardziej ruszać. A ty? - popatrzyła na nią z troską. - Nie najlepiej wyglądasz.

    -  Och, moje ręce dochodzą do siebie - poruszyła dłońmi, co już prawie nie zabolało.

    - Nie o to mi chodzi. Wyglądasz, jakbyś w ogóle nie spała.

    - Ach, tak, to była ciężka noc - przyznała Nikka. - Pan Hill, który ma tu chyba najwięcej do powiedzenia, postanowił ze mną poważnie porozmawiać.

    - Przesłuchiwali cię? - z niepokojem spytała Kalia.

    - Przesłuchiwali? Można to tak nazwać. Ale nie poszło im za dobrze - uśmiechnęła się i zmieniła temat - Słuchajcie, ja się położę na chwilę. Faktycznie jestem zmęczona.

    - Pewnie, odpocznij sobie, a my zajmiemy się naszym gościem - podchwyciła Inga. - Jesteśmy okropnymi gospodyniami, gadamy tu sobie, a Erik stoi. Zapraszam, usiądźmy.

    Dziewczyny i Erik poszli do stołu, Nikka wyciągnęła się na łóżku i tylko im się przysłuchiwała. Po spotkaniu z panem Hillem nie miała ochoty na żadne rozmowy, nawet przeprowadzane w miłej atmosferze. Nikt też na to nie nalegał, i dobrze. Postanowiła, że wstanie dopiero wtedy, kiedy podadzą śniadanie. O ile jakieś podadzą.  

    Właściwie przez większość czasu mówiła Kalia. Wyglądało na to, że dokańczają jakąś zaległą dyskusję na temat szkolnictwa. Opowiadała właśnie o stypendiach dla zdolnych dzieci z biednych rodzin, które fundowała jej babka. 

    - Niektórych nie stać na wysłanie dziecka do dobrej szkoły, a w darmowej jego talent by się tylko zmarnował. Babcia co roku funduje stypendia dla pięciorga najzdolniejszych uczniów. To znaczy fundowała, bo teraz jest wojna… - głos jej zadrżał. - Ale przedtem, przez piętnaście, nie, szesnaście lat nasza rodzina wysyłała uczniów do szkół. Babcia wpadła na ten pomysł zaraz po tym, jak została wybrana do Rady Miejskiej.

    Ta informacja wyrwała Nikkę z zamyślenia.

    -  Twoja babcia jest w Radzie? - zapytała. Kurcze, Kalia musiała pochodzić z bogatej rodziny. Niby w Akurii arystokracja teoretycznie straciła przywileje już prawie sto pięćdziesiąt lat temu, ale w praktyce  nadal skupiali w swoich rękach dużą część władzy i nie chcieli się nią dzielić. Radny jakiegokolwiek dużego miasta pochodzący z ludu wciąż był rzadkością taką samą jak biały wieloryb.

    - A, to ty jeszcze nie wiesz - Inga odwróciła się w jej stronę. - Nasza przyjaciółka to Kalia Lin-Mollari.

    - Dokładnie tak - potwierdziła Kalia.

    Lin-Mollari. Nikka spędziła w Ellis wystarczająco dużo czasu, żeby wiedzieć, że ród Lin i ród Ellis, od którego miasto wzięło swą nazwę, to największe siły polityczne w regionie. Ba, nawet nie musiała tam przyjeżdżać, wystarczyło uważać na historii, żeby wiedzieć, że te rodziny są związane z zachodnią Akurią od co najmniej sześciuset lat. Wyglądało więc na to, że ma pod swoją opieką nie lada osobistość.

    -  Wybacz pani, ale jestem zbyt zmęczona, by wstać i oddać ci pokłon - powiedziała z lekką drwiną w głosie. 

    - Już? Pożartowałaś sobie? - dziewczyna chyba poczuła się urażona, Nikka więc roześmiała się przyjaźnie.

    - Już, już. Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać. Ale na poważnie, mogę ci powiedzieć jak takie stypendia wyglądają od drugiej strony - usiadła na łóżku i jednak włączyła się do rozmowy. Temat był jej zbyt bliski, by go odpuścić.

    - Jak to od drugiej strony? - Kalia nie załapała, o co jej chodzi.

    - Ja korzystam.., ech, korzystałam ze stypendium. Kto inny go fundował, ale nieważne. Bez niego nigdy nie stać byłoby mnie na szkołę Albis-Cotto.

    - Czekaj, czy ty mówisz o tej szkole? Imienia królowej Iwany Albis-Cotto? - wtrąciła się Inga. - Mój kuzyn chciał do niej iść parę lat temu, ale się nie dostał, zabrakło mu punktów na wstępnym…

    - Tak, egzamin wstępny to był koszmar - potwierdziła Nikka. - Mi się udało. I nie jest tak, że nie doceniam tego, że ktoś bogaty płaci, żebym mogła się tam uczyć.

    - To co ci nie pasuje w takim razie? - przerwała jej Kalia, chyba wciąż troszkę obrażona. Erik nie wtrącał się do ich rozmowy, słuchał uważnie i robił notatki.

    Nikka przymknęła na chwilkę oczy. Od czego zacząć? Od tego, że większość nauczycieli i część uczniów w najlepszym razie traktowało ją jak powietrze? Czy może od tego, że nie mogła sobie pozwolić na żaden większy błąd, by nie zawstydzić swoich sponsorów? Że przez pięć lat nauki musiała wstawać przed świtem, by zdążyć na pierwszy prom i dotrzeć do szkoły na czas? Sporo tego było. Zamiast tego powiedziała tylko:

    - Słuchaj Kalia, ty też pewnie chodzisz do dobrej szkoły, prawda? I powiedz nam, co by się stało, gdyby pewnego dnia nie chciało ci się tam iść? Albo jakbyś urwała się z lekcji ze znajomymi i poszła z nimi pić wino w krzakach nad rzeką? 

    - Ja nie robiłam takich rzeczy.

    - Ale jakbyś nabrała na to ochoty, co by się stało? Pomyśl, na pewno jacyś twoi koledzy mieli takie doświadczenia.

    - Kiedyś mój brat miał podobny pomysł, zamiast na lekcje poszedł z dziewczyną w, jak to ujęłaś, krzaki nad rzeką. Nie wiem, czy pili wino, ale do szkoły tego dnia już nie dotarli. 

    - No i co się stało? - drążyła Nikka?

    - Ojciec trochę na niego krzyczał, że nauka jest ważna i takie tam. A w szkole… chyba musiał napisać dodatkową pracę i zaliczyć cały materiał z tego dnia. A co?

    - Czyli można powiedzieć, że nic mu się nie stało, bo dodatkowa praca to żadna kara. W Albis-Cotto tacy uczniowie musieli zostawać po lekcjach tyle czasu, ile ich wcześniej nie było. Ale nie ja. Zaraz na początku nauki dyrektorka wezwała nas, stypendystów, do gabinetu i oznajmiła, że nie możemy opuszczać lekcji, chyba że jesteśmy tak chorzy, że nie damy rady wstać z łóżka. Że każda nieusprawiedliwiona nieobecność będzie skutkować wyrzuceniem ze szkoły. Że mamy być wdzięczni państwu Elihard, że raczyli wydać pieniądze na takich jak my - przypomniała sobie ten dzień bardzo wyraźnie. Oficjalny strój dyrektorki i jej głos, na pozór miły, ale ociekający pogardą. A potem przypomniała sobie inny dzień, pięć lat później. Ten sam gabinet, tym razem siedziała tam z Aną i Maleną. Zabawne, że tym razem każda z nich przeskrobała co innego. Czekały na dyrektorkę i właśnie wtedy zaczęły spadać pierwsze bomby. - Cóż, chcę po prostu powiedzieć, że ideały owszem, są szczytne. Ale ich realizacja pozostawia jeszcze wiele do życzenia.

    - Nadal nie rozumiem, przecież miałaś szansę uczyć się w najlepszej szkole w królestwie - stwierdziła Kalia. 

    - Tak, ale zdała testy, zasłużyła na to - weszła jej w słowo Inga.  - A dyrektorka zachowywała się, jakby wyświadczała jej wielką łaskę.

    - Przynajmniej ty mnie rozumiesz - mruknęła Nikka i z powrotem się położyła.

    - Tego nie powiedziałam - zaśmiała się Inga. - Ale rozumiem już, skąd u ciebie to rewolucyjne zacięcie.

    Erik zainteresował się tematem rewolucji i Inga zaczęła mu pokrótce wyjaśniać zawiłości systemu politycznego Akurii, a także poglądy Dawida Wolsha.

    - Wychodzi więc, że nasza przyjaciółka chciałaby powszechnej równości. tak jak to jest u Murkey. Prawo i tradycje Akurii najwidoczniej niezbyt jej się podobają.

    Wcześniej Nikka prawie przysypiała słuchając wykładu Ingi pełnego nie tyle błędów, co niedopowiedzeń, ale to, co przed chwilą powiedziała, było niczym innym jak kłamstwem.

    - Inga, moja droga, ja cię lubię - przerwała jej stanowczo. - Ale jak jeszcze raz zasugerujesz, że popieram Wolsha, to wstanę do ciebie i walnę cię prosto w mordę, rozumiesz?

    - No dobra, to może byś tak raczyła powiedzieć co masz na myśli, bo już się gubię. Raz krytykujesz wszystko, a później wydajesz się być największą patriotką w całej Akurii. Nic już z tego nie rozumiem - jej ton był rzeczowy, faktycznie chciała podyskutować. 

    Szkoda, że ten cały Erik tu jest - pomyślała Nikka, po czym westchnęła, podniosła się i podeszła do stołu. 

    - Jak to było? Patriotka-rewolucjonistka? Moim zdaniem to się trochę wyklucza - prychnęła Kalia. 

    Do Nikki znów wróciły wspomnienia burzliwych dyskusji toczonych w górach późnymi wieczorami. Wylewania żali, snucia pełnych nadziei planów na przyszłość i zwykłych kłótni o przeszłość. I tego dziwnego momentu, w którym w nerwach nazwała króla idiotą, a on się tylko roześmiał, budząc ptaki śpiące na drzewie nad ich głowami. Moja mała patriotka-rewolucjonistka, mawiał na nią później, kiedy chciał ją rozzłościć. Chciała to opowiedzieć dziewczynom, ale nie teraz, nie kiedy Amerikanie słuchali.

    Usiadła na krześle obok Ingi i zwróciła się bezpośrednio do niej, nieszczególnie zwracając uwagę na Erika. Niech robi te swoje notatki, pewnie później będzie je analizował razem z Hillem.

    - Przede wszystkim to, co robią Murkey, jest zaprzeczeniem równości, nie zauważyłaś? Zarezerwowali równość tylko dla siebie, resztę uznają za gorszych. To żadna rewolucja, tylko zamiana miejsc. Jedną uprzywilejowaną grupę zastępuje druga. Wiesz, czego ja bym chciała? - Inga pokiwała głową zachęcając ją, by mówiła dalej. - Chciałabym, żeby nasze cholerne prawo było przestrzegane dokładnie tak, jak zostało napisane, bez oglądania się na tradycję i pochodzenie - westchnęła głęboko. Wiedziała, że to było trudne, jeśli nie niemożliwe do osiągnięcia. Ale wiedziała też, że zmiany w Akurii powoli idą w dobrym kierunku. To znaczy szły, dopóki nie wybuchła wojna, poprawiła się w myślach. 

    Inga milczała przez chwilę, po czym przerwała Erikowi, który już chciał o coś zapytać.

    - A gdyby Murkey przynieśli do Akurii taką równość, jakiej pragniesz? Koniec z królem, koniec z arystokracją, takie same prawa dla wszystkich, dla nas, dla was i będziemy tego pilnować. Poparłabyś ich?

    - Nie chcę kłamać - Nikka spojrzała jej prosto w oczy - nie wiem, co bym zrobiła. Ale jeśli ich deklaracje byłyby szczere, to… Wtedy? Dwa lata temu? Niewykluczone, że bym ich poparła. 

    - A teraz, jeśli przeniosłybyśmy się do domu i okazałoby się, że Murkey tak teraz rządzą?

    Na to pytanie było jej o wiele łatwiej odpowiedzieć.

    - Teraz, moja droga, jestem już zupełnie innym człowiekiem - uśmiechnęła się do siebie. - I nie, w życiu nie stanęłabym  po stronie tych skurwysynów.

    Inga klepnęła ją w ramię, mocno, po przyjacielsku.

    - No, i właśnie coś takiego chciałam usłyszeć.

rozdział 80

     Ostatnia godzina minęła nie wiadomo kiedy. Potem Nikka nie za bardzo pamiętała ten czas, czuła się podekscytowana i zdenerwowana jednoc...